Przyznanie prymasowi Polski przez papieża specjalnych uprawnień śledczych w zakresie wykorzystywania seksualnego osób małoletnich jest ostatnią możliwością, żeby rozplątywanie węzła gordyjskiego rozpoczęło się wewnątrz naszego Kościoła.

Ostatnie tygodnie przyniosły wysyp kościelnych skandali związanych z tuszowaniem przypadków wykorzystywania seksualnego osób małoletnich przez biskupów. Długo można by tu wymieniać nazwiska kolejnych hierarchów, których – większe czy mniejsze, dawne lub całkiem świeże – zaniedbania wychodzą na jaw. Co więcej, są już potwierdzone sytuacje, że biskupi zostali przyłapani na kłamstwach, za które muszą obecnie ze wstydem przepraszać. Śmiem jednak twierdzić, że to nie koniec.

Od czasu, gdy zostałem przez Konferencję Episkopatu Polski powołany do Rady Fundacji Świętego Józefa, a następnie ujawniłem swoje prawdziwe dane osobowe (wcześniej występowałem publicznie, także na łamach Więź.pl, jako Wiktor Porycki), mija niemal rok. W tym czasie miałem możność dotknięcia wielu problemów i otrzymałem wiele niepokojących sygnałów. Nie wchodząc zbytecznie w szczegóły, mogę odpowiedzialnie twierdzić, że – mimo obowiązywania od ponad roku nowego prawa papieskiego w tej materii – zdecydowanie nie wszystko działa w Polsce tak jak powinno.

Prawo prawem, ale nawet najlepsze przepisy stosują po prostu ludzie i to od nich zależy praktyka. Zdarzają się wciąż w kuriach odmowy przyjęcia zgłoszeń w towarzystwie osoby zaufanej, niekiedy wręcz z „uzasadnieniem”, że albo osoba pokrzywdzona sama złoży doniesienie, albo „do widzenia”. Zdarzają się nieobyci delegaci, sprawiający wrażenie raczej bezdusznych urzędników niż duchownych zatroskanych o dobro wiernych. Bywa, że kurie nie reagują na pisma czy prośby o wsparcie dla – jak sam nazywam osoby pokrzywdzone – nieumarłych. Problemem są też konsekwencje reformy administracyjnej Kościoła z 1992 roku. Kto winien udzielać pomocy? Diecezja „stara” czy ta nowa, której w momencie popełnienia czynu jeszcze nie było?

Mimo obowiązywania od ponad roku nowego prawa papieskiego w kwestii ochrony dzieci i młodzieży – zdecydowanie nie wszystko działa w polskim Kościele tak jak powinno

Najstarsza sprawa, z jaką się spotkałem, sięga mniej więcej roku 1950. Ale mam podstawy, by twierdzić, że jeszcze do niedawna powszechną praktyką w pałacach biskupich było zamiatanie pojawiających się oskarżeń pod kurialny dywan. Sytuacja zmieniła się na lepsze dopiero po wprowadzeniu zmian w kodeksie karnym, które weszły w życie w lipcu 2017 r. Zagrożenie karą pozbawienia wolności (od miesiąca do trzech lat) za ukrywanie sprawców działa odstraszająco.

Niestety jednak przed tą datą liczni hierarchowie, nie czując miecza nad głową, robili co chcieli i jestem przekonany, że kurialne szafy pełne są nierozpoczętych nawet, a w najlepszym razie niezakończonych spraw. Gorzej, wymiana oświadczeń między ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim a emerytowanym metropolitą krakowskim, kard. Stanisławem Dziwiszem pozwala postawić tezę, że niektóre dokumenty „zawieruszyły się” w kurialnych gabinetach i obecnie nie udaje się ich odnaleźć.

W tym ostatnim przypadku powrócił pomysł powołania niezależnej komisji. To słuszny postulat. Kto jednak miałby ją powołać? Nie można liczyć pod tym względem na władze państwowe. A czy można jeszcze liczyć na sam episkopat? W jesiennej „Więzi” Zbigniew Nosowski smutno skonstatował: „nadzieję na samooczyszczenie Kościoła w kwestii wykorzystywania seksualnego stracili nawet najwięksi optymiści. Nie, ten proces nie wyjdzie od wewnątrz KEP. Zbyt wielu ma tam zbyt wiele do ukrycia. Nie da się w tym gronie zbudować akceptacji dla rozwiązań opartych na prawdzie”.

Zgadzam się z tą tezą. Kolejne wychodzące na jaw skandale pokazują wyraźnie, że polscy hierarchowie sami sobie nie poradzą ze skandalem pedofilii w Kościele. Niezbędna wydaje mi się pomoc z kościelnej „góry”. Może ona przyjąć – jak w innych krajach – formę specjalnej watykańskiej komisji kontrolującej sytuację na miejscu. Szczególne zasługi w takich dochodzeniach ma abp Charles Scicluna, metropolita Malty i sekretarz pomocniczy Kongregacji Nauki Wiary.

Ale do pomyślenia jest też inne rozwiązanie: wyposażenie któregoś z polskich metropolitów w specjalne papieskie uprawnienia dotyczące całego kraju w zakresie wykorzystywania osób małoletnich przez duchownych i ukrywania tych sytuacji przez kościelnych przełożonych. W tym wariancie wszystkie dawne sprawy związane z tymi zagadnieniami oraz wszelkie bieżące postępowania (przynajmniej w drugiej instancji) mogłyby trafiać nie do watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, lecz do papieskiego legata w Polsce. On też wraz ze swoim biurem sprawowałby bezpośredni nadzór nad postępowaniami w diecezjach. Oszczędziłoby to i pieniędzy (brak konieczności tłumaczenia wszystkich dokumentów), i czasu. Struktury watykańskie są przecież obecnie coraz bardziej niewydolne i dochodzenia trwają w nich nadmiernie długo.

Skoro obecnie wybranym przed KEP delegatem ds. ochrony dzieci i młodzieży jest prymas Polski, metropolita gnieźnieński, abp Wojciech Polak, to właśnie jemu papież mógłby przydzielić taką dodatkową władzę. Nie byłaby to nowość, gdyż w historii Kościoła w Polsce prymasi – poczynając od Jana Łaskiego w XVI wieku, a kończąc na Stefanie Wyszyńskim w wieku XX – otrzymywali od papieży różne specjalne uprawnienia. Wielu żyjących pamięta jeszcze czasy PRL, gdy to prymas posiadał uprawnienia w sprawach zarezerwowanych normalnie dla urzędów watykańskich. Po późniejszych zmianach tytuł prymasa Polski stał się jednak tylko honorowym wyróżnieniem, bez żadnych uprawnień kanonicznych.

Przed 2017 rokiem liczni hierarchowie, nie czując miecza nad głową, robili co chcieli i jestem przekonany, że kurialne szafy pełne są nierozpoczętych nawet, a w najlepszym razie niezakończonych spraw

Abp Wojciech Polak swoją reakcją na film „Zabawa w chowanego” – gdy złożył do nuncjatury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa kanonicznego przez bp. Edwarda Janiaka – pokazał, ze zdolny jest do stanowczości, jaką powinien wykazać się potencjalny papieski legat. W mojej opinii – zwykłego, szarego katolika – przyznanie przez papieża takich specjalnych uprawnień śledczych prymasowi Polski jest obecnie ostatnią możliwością, żeby rozplątywanie węzła gordyjskiego rozpoczęło się wewnątrz naszego Kościoła.

Czy takie rozwiązanie jest możliwe? Raczej nie. Papież Franciszek bardzo respektuje samodzielność krajowych konferencji episkopatu. Zapewne zatem nie będzie chciał narzucać polskim biskupom takiego rozwiązania odgórnie, a niemożliwe wydaje się, aby kierownictwo KEP dobrowolnie wyraziło zgodę na rozpoczęcie działań, których nieuchronnym efektem byłyby dymisje części biskupów.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują zatem, że nasi purpuraci wybrali drogę irlandzką. Jeśli nie zostanie ustanowiony papieski legat, to polskim biskupom pozostaną tylko: bezsilne reagowanie na kolejne kompromitujące publikacje medialne, oczekiwanie na inne odgórne decyzje papieskie (np. zewnętrzna komisja śledcza) oraz w przyszłości (raczej później niż prędzej) stanowcze rozliczenia ze strony władz państwowych. Tylko gdzie w tym wszystkim jest – odmieniane w ustach hierarchów przez wszystkie przypadki – dobro Kościoła? Gdzie dobro ofiar? Gdzie człowiek, który ma być drogą Kościoła?