Tropiła obszary nienazwane, niewyrażalne, graniczne. Była swego rodzaju medium – poprzez kontakt z rozsypaną literaturą polskiego romantyzmu, która nieświadomie rezonowała we współczesnych twórcach.

Być może najprzystępniejszą formą obcowania z Marią Janion są rozmowy Kazimiery Szczuki „Janion. Transe – traumy – transgresje”. Dobrze nadają się także na rozpoczęcie poznawania wątków – zmiennych, dodajmy – jej twórczości, stale jednak mających ścisły związek z polską tożsamością.

Janion zawsze chciała zaglądać pod podszewkę rzeczy, docierać do najgłębszych i najbardziej ukrytych sensów dzieła literackiego, które było traktowane przez nią jak rezerwuar zbiorowej nieświadomości. Szukała esencji literatury, i dlatego też przywiązywała ogromną wagę do metodologii, tak by nie popadać w nadmierny socjologizm w zderzeniu z tekstami polskich wieszczy romantyzmu.

Fascynacje i poszukiwania

Odczuwała odpowiedzialność roli historyka literatury, jak mówi w rozmowach Szczuki: „w tradycji polskiej nauka o literaturze miała status dziedziny namaszczonej, dobra narodowego. Mieliśmy być sługami świętego kanonu, którego sednem był właśnie romantyzm”.

Ślady romantyzmu, rozumianego przez nią jako moment skrystalizowania się polskiej tożsamości, widziała w całej polskiej kulturze, ona tylko „odkrywała znaczenia”, jak wskazywał tytuł jednej z jej książek. Romantyzm znajdowała i u Czapskiego (którego parafrazowała: „tylko duch poezji polskiej pozwala odczytać istotę polskości”), i u pokrewnego jej duchowo Konwickiego (który mówił gdzieś, że dopiero diagnoza Janion pozwoliła mu dostrzec cały repertuar romantycznych gestów stosowanych przez niego), a nawet i u klasycyzującego przecież Iwaszkiewicza (który zadedykował jej opowiadanie „Zarudzie”).

Janion tropiła obszary nienazwane, niewyrażalne, graniczne, które najczęściej przecież można odnaleźć w literaturze. Była swego rodzaju medium – poprzez kontakt z rozsypaną literaturą polskiego romantyzmu, która nieświadomie rezonowała we współczesnych twórcach (sama zresztą manię szukania romantyzmu w „dziś” nazywała szaleństwem; widziała je przecież też i u Białoszewskiego, który odczytując swoją poezję przed audytorium w mrówkowcu wydawał jej się romantycznym wieszczem).

Fascynowała się figurami postaci odrzuconymi przez społeczeństwo, nieprzystosowanymi, zmuszonymi do życia na uboczu (z tego wynika jej ogromne zainteresowanie wczesnymi filmami Wernera Herzoga i fotografiami Diane Arbus, figurami wampirów, kobietami takimi jak Maria Komornicka).

Jako nazwę dla poszukiwań, urządzanych wspólnie ze studentami nowo powstałego Uniwersytetu Gdańskiego, wybrała „transgresje”, termin zaczerpnięty z francuskiego kontrowersyjnego filozofa Battaille’a. Była niezwykle płodna i pracowita, wychowała imponujące grono magistrantów i doktorantów – kontynuowała rolę intelektualnej mentorki nawet po zakończeniu seminariów w 2008 r.

„Życie po życiu jakby”, czyli Janion prywatnie

Wywiady przeprowadzone przez Kazimierę Szczukę (uczennicę Mistrzyni), publikowane kolejno w 2013 i 2014 r., pokazują Janion bardziej prywatną, choć przecież dla niej prywatność była ściśle związana z pracą. Janion zaczyna opowieść od wczesnych lat dziecinnych, zupełnie niesielankowych. Urodzona w litewskich Mońkach, żyła w cieniu biedy i ojca alkoholika, od którego wcześnie uciekła z matką i bratem do Wilna.

Mówiła, że właśnie przez katolickich księży doradzających jej matce wytrwanie w małżeństwie mimo przemocy wzięła się jej niechęć do Kościoła – choć potem, po stanie wojennym, całkiem często wygłaszała wykłady o romantyzmie w salkach katechetycznych Warszawy; dodajmy, że na zaproszenie dominikanina o. Jacka Salija. Wykładała jako ateistka, której, jak ironizowała, i Salij nie chciał nawracać.

Dzieciństwo Janion przypadło na czasy zmieniających się okupacji: i niemieckiej, i sowieckiej. Widziała założenie getta w Wilnie, w którego likwidacji wzięli udział Litwini, nadzorujący wyprowadzenie Żydów na śmierć do Ponar. To wtedy miała zdecydować, że ich w jakiś sposób pomści: zrobiła to, pisząc o nich książki – zwłaszcza „Do Europy tak, ale z naszymi umarłymi”. Przylgnął do niej przydomek „duchowej Żydówki”.

Wykładała jako ateistka, której, jak ironizowała, i Salij nie chciał nawracać

W czasach wojennych należała do harcerstwa, uczestniczyła w kompletach, „przeżywała silne poruszenia patriotyczne”. To ważne dla jej późniejszej formacji intelektualnej i etosu, już po – jak to nazywała – ekspatriacji, czyli po przesiedleniu jej rodziny do Polski i rozpoczęciu życia w Łodzi.

Janion opowiada o fascynacji socjalizmem, z której przecież rozliczała się już w wywiadzie Jacka Trznadla w „Hańbie domowej”. Jeszcze raz wspomina, że nie da się rozpatrywać jej marksizmu i socjalizmu czy wstąpienia do partii bez powiązania z doświadczeniami wojny i okupacji: bez zobaczenia na żywo łapanek, wywózek (i tych niemieckich, i sowieckich), doświadczenia przesiedlenia. Mówi, że osoby, które przeżyły wojnę, miały jakieś poczucie dziwnej klęski: „los wygrany, a zarazem właśnie brzemię, nie dar. Dziwna taka kondycja, życie po życiu jakby”.

Łączyło ją to z przyjaciółką, Marią Żmigrodzką, saperką z AK, z którą potem napisała kilka dzieł o romantyzmie (Janion o poezji krajowej, Żmigrodzka o emigracyjnej). Jak mówiła: „obcowanie z Maryną Żmigrodzką uświadomiło mi, że doświadczenia ludzi z AK bywały traumą na miarę Holocaustu (…) istniał cały akowski syndrom posttraumatyczny, na ogół pełen sympatii wobec Żydów”.

Wiele osób z jej pokolenia żyło z brzemieniem przypadkowości, niesłuszności przeżycia wojny, jak Żmigrodzka właśnie. Wiara w socjalizm u Janion wynikała więc przede wszystkim w chęci wiary w pokój. Miała też określoną strategię: do partii wstąpiła, ale czekała, by ją wyrzucono (co nastąpiło w 1978 r., gdy podpisała akt założycielski pod Towarzystwo Kursów Naukowych, będących częścią Uniwersytetu Latającego). Naciskana przez Szczukę, przyznała jednak, że być może za długo to trwało.

Janion wszystkożerna

Nie mówi o prześladowaniach opozycjonistów, nie mówi o etosie intelektualisty czy inteligenta: całą uwagę poświęca na pracę. No właśnie – praca. To chyba u Janion podziwiam najbardziej. Pracowała non stop, od świtu do zmierzchu; niekiedy pozwalała sobie na kino czy wieczór w małym gronie przyjaciół. Najważniejsze było jednak to, by ciągle czytać i pisać.

Jej erudycja, jak sama przyznaje, była starego, dziewiętnastowiecznego typu, „wyniesiona z grobu młodości, lat spędzonych nad źródłami w bibliotekach, [która] staje się podstawą dla pomysłów interpretacyjnych mających poszerzać czy odnawiać rozumienie współczesności”.

Maria Janion, Kazimiera Szczuka, „Janion. Transe – traumy – transgresje”, tom 1.
Maria Janion, Kazimiera Szczuka, „Janion. Transe – traumy – transgresje”, tom 1., Wydawnictwo Krytyka Polityczna, Warszawa 2013

Niesamowita była jej wszystkożerność czytelnicza, niezwykłe obycie z literaturą światową. Sama biegle znała przecież rosyjski, niemiecki i francuski – i prenumerowała francuskie pisma, by z nich czerpać najnowsze idee filozoficzne. Opowiadała więc, że dzięki jej kontaktom studenci mieli możliwość zapoznania się na świeżo z Foucaultem czy Althusserem, powtarzała swoim słuchaczom: „tu, gdzie jesteśmy, jest Europa, tu poziom intelektualny w niczym nie może ustępować uczelniom europejskim”.

To niezwykle imponujące, jak wiele od siebie wymagała i jak wiele chciała wyciągnąć z innych, traktując studentów jak twórcze, zdolne jednostki. Zdawała sobie sprawę z istnienia tych miałkich odtwórców, którzy nawet nie zająkną się w przypisie, że pomysł zaczerpnęli od niej; wiedziała, że miała też swoich epigonów – to dlatego często przerzucała tematy, by nie dać się naśladować (jaka to wspaniała cecha! A ja się kiedyś zachwycałam, że Świetlicki niekiedy nie śpiewał o „nastroju nieprzysiadalnym”, gdy publiczność za bardzo znała słowa jego tekstów).

Dostrzegała upadek polonistyki, ale nie wskazywała, gdzie obecnie tworzy się znaczenia istotne dla polskiej tożsamości (chyba na socjologii?).

I jeszcze jedna rzecz mnie w Janion zachwyciła: jej przekonanie, że owszem, media (dodam: a zwłaszcza social media) nie dają należytego uznania porządnym tekstom naukowym czy esejom, co oznacza, że trzeba szukać innej drogi dla propagowania własnych pomysłów. Sama wybrała po prostu akademię i seminaria naukowe – to studenci, dyskutujący z Mistrzynią i twórczo rozwijający jej idee, stali się najważniejszymi odbiorcami jej tekstów.

Tekst opublikowany pierwotnie na stronie Wodzirejki