Pośród znanych mi kilkudziesięciu osób homoseksualnych, które przeszły próbę zmiany swojej orientacji – nie spotkałem przypadków zakończonych „sukcesem”. Biskupi mają inne doświadczenie?

„Stanowisko Konferencji Episkopatu Polski w kwestii LGBT+” to – zdawałoby się – dokument wysokiej rangi, zapowiadany od dawna, przez wielu oczekiwany. Pamiętam, że w rozmowie udostępnionej parę miesięcy temu na YouTubie abp Grzegorz Ryś uchylił się od podjęcia tej palącej „kwestii”, tłumacząc swój unik tym, że już wkrótce pojawi się wypowiedź na ten temat całego episkopatu. No i mamy ją – 27-stronicowy, w istocie niewnoszący nic nowego do nauczania moralnego Kościoła, pokrętny tekst, który od razu wzbudził ostrą, uzasadnioną krytykę.

Jak matka czy jak bezduszny krytyk?

Najpierw trzeba pokreślić, że jest to wypowiedź o charakterze doktrynalnym, a nie duszpasterskim. Tymczasem właśnie wypowiedź duszpasterska byłaby pilnie potrzebna. Podobno Kościół ma być dla wszystkich swoich dzieci Mater et Magistra, Matką i Mistrzynią. Także dla setek tysięcy wierzących osób LGBT+ i ich rodzin. Najpierw – matką! Nawet jeśli Kościół, który na mocy urzędu reprezentują biskupi, czuje się w obowiązku, wchodząc w rolę „mistrzyni” (nauczycielki moralności), wypomnieć komuś błędną postawę, powinien czynić to jak matka – z miłością. Upomnienie powinno być wypowiadane w przestrzeni miłości, a miłość jest relacją, wymaga zauważenia drugiej osoby, wczucia się w nią.

W dokumencie mówi się wprawdzie o „osobach związanych z ruchem LGBT+”, ale autorzy nie dostrzegają ich życiowego dramatu, ich bólu, któremu dają wyraz także w manifestacjach budzących kontrowersje. Co gorsza, osoby te, wielokrotnie atakowane ostatnio przez hierarchów, choćby takimi określeniami, jak „tęczowa zaraza”, mają prawo poczuć się wyjątkowo źle potraktowane przez obecne „stanowisko”. Cała zróżnicowana społeczność, określana skrótem LGBT+, została bowiem przez jego autorów wrzucona do jednego worka z wszelkim złem tego świata – a więc: rewolucją seksualną, ideologią gender, rozwiązłością, pornografią, zgorszeniem i seksualizacją dzieci (jednego tylko zła mi tu zabrakło: zbrodniczej pedofilii w Kościele).

Dokument episkopatu nie jest więc w żadnym razie działaniem duszpasterskim, skoro nie ma w nim przestrzeni miłości do człowieka. Nie znaczy to jednak, że nie wywoła on żadnych skutków duszpasterskich. Obawiam się niestety, że będą one negatywne: jedni jeszcze bardziej oddalą się od wiary i Kościoła, inni – z drugiej strony – znajdą pożywkę dla moralnego potępiania osób LGBT+, wykluczania ich ze swoich katolickich rodzin i wspólnot, a także poddawania presji w kierunku zmiany orientacji z homoseksualnej na heteroseksualną.

Nadużycie psychoterapeutyczne

W punkcie 38. czytamy bowiem expressis verbis: „Wobec wyzwań tworzonych przez ideologię gender i ruchy LGBT+ […] konieczne jest tworzenie poradni (również z pomocą Kościoła, czy też przy jego strukturach) służących pomocą osobom pragnącym odzyskać zdrowie seksualne i naturalną orientację płciową”.

Trudno nie skomentować użytych w tym zdaniu pojęć. Sformułowanie o „odzyskaniu zdrowia seksualnego” ewidentnie oznacza, że orientację homoseksualną autorzy dokumentu uważają za chorobę. A pojęcie „naturalnej orientacji płciowej” to zaiste oryginalny wkład w naukę o człowieku. Zostawmy jednak ironię felietonistom „chrystianofobicznych” mediów. Sprawa jest poważna.

Terapia stawiająca sobie za cel zmianę orientacji seksualnej uznawana jest przez nauki o człowieku za nieskuteczną, niedopuszczalną i szkodliwą

Jeśli dobrze rozumiem, polscy biskupi uważają za „konieczne” tworzenie – z pomocą Kościoła i przy jego strukturach – ni mniej, ni więcej, tylko ośrodków terapii konwersyjnej, czyli oferującej osobom homoseksualnym, cierpiącym z powodu swej orientacji i nieakceptującym jej, powrót (sic!) do „zdrowia seksualnego” i orientacji heteroseksualnej. Jak wiadomo, terapia stawiająca sobie taki cel uznawana jest przez nauki o człowieku za nieskuteczną, niedopuszczalną i szkodliwą. Autorzy są chyba świadomi, że ich koncepcje nie znajdują potwierdzenia w realnym ludzkim doświadczeniu ani w badaniach naukowych, dlatego asekurują się ogólnikiem: „Przychodnie te mają sens również wtedy, kiedy pełna transformacja seksualna okaże się być zbyt trudna, ale jednak w istotnym stopniu pomogą radzić sobie z psychoseksualnymi wyzwaniami”.

Na pytanie, czy jest możliwa na drodze terapii zmiana orientacji z homoseksualnej na heteroseksualną, prof. Irena Namysłowska, doświadczona psychiatra i psychoterapeutka, odpowiada krótko: „to nadużycie psychoterapeutyczne”.

Spotkanie „twarzą w twarz”

Nie jestem ani psychiatrą, ani psychologiem, chciałbym jednak i ja w tej konkretnej kwestii zabrać głos. Tak się bowiem składa, że jakiś czas temu – a konkretnie w latach 2002-2004 – uczestniczyłem jako „mentor” grupy nastolatków w tego rodzaju kościelnym eksperymencie, czego dziś się wstydzę.

Zaczęło się od tego, że napisałem reportaż o lubelskiej grupie Odwaga, założonej przez trzy odważne kobiety z diakonii ruchu Światło-Życie. Spotykały one wiele młodych osób homoseksualnych, przeżywających dysonans poznawczy w ramach silnej identyfikacji religijnej. Z pragnienia, aby takim ludziom jakoś pomóc, zrodziła się idea ośrodka, gdzie mogliby oni o sobie i swoich problemach otwarcie mówić. Było to przełamaniem kościelnego tabu, że o homoseksualności katolik mówi tylko w konfesjonale, a przed otoczeniem się ukrywa. Intencje założycielek Odwagi w tym sensie trzeba więc docenić.

Ich inicjatywa mogła zaistnieć dzięki temu, że ruch oazowy cieszył się pewną autonomią w ramach Kościoła instytucjonalnego. Tak było jeszcze w PRL-u, za czasów księdza Franciszka Blachnickiego. Wiadomo też, że oazom, zwalczanym przez niektórych biskupów, sprzyjał kardynał Wojtyła. W Lublinie działaniom Odwagi przychylny był natomiast abp Józef Życiński. Kiedy jednak próbowałem zainteresować eksperymentem ówczesnego sekretarza generalnego episkopatu i napisałem do niego list, proponując spotkanie, odpisał mi uprzejmie, że „będzie się modlił”… Biskupi do pomysłu, by zająć się duszpastersko wierzącymi osobami homoseksualnymi, odnosili się z rezerwą. To był dla nich „gorący kartofel”.

Poczucie porażki i świadomość odrzucenia przez bliskich powodują ogromne cierpienie u osób homoseksualnych, mogą wręcz doprowadzić do tragedii

Przy okazji pracy nad reportażem zbliżyłem się ze środowiskiem Odwagi i w rezultacie „kierownictwo” zaproponowało mi poprowadzenie „grupy wsparcia” dla kilkunastu licealistów. Opisałem dokładniej tę moją przygodę w książce „Wyzywająca miłość” (Więź, 2013), w tekście „Spisani na straty”, opublikowanym potem na tych łamach.

Istotą mego doświadczenia z Odwagą było spotkanie z losem osób homoseksualnych „twarzą w twarz”. Właśnie spotkanie z konkretnymi ludźmi, poznanie ich doświadczeń pozwoliło mi zdystansować się od naiwnej wiary, że na drodze intensywnej pracy nad sobą (porównywalnej z „treningiem olimpijczyka”), modlitwy i terapii można zmienić swoją świadomie rozpoznaną orientację homoseksualną na heteroseksualną.

Pragnę dla ścisłości podkreślić, że według mojej wiedzy w tamtym czasie w Odwadze nie prowadzono w dosłownym sensie „terapii konwersyjnej”, choć niewątpliwie idea, że możliwa i wskazana jest zmiana orientacji, przyświecała organizatorkom. Nie wiem, jak jest obecnie.

Spotkania w mojej „grupie zaufania” (jak ją z czasem nazwaliśmy) zapewne dały coś siedmiu chłopakom – wiarę w siebie, pragnienie rozwoju i nawiązywania bezinteresownych przyjaźni, poprawę relacji z rodzicami, przekonanie, że Bóg jest zawsze „po stronie człowieka” – a bardzo dużo dały mnie. Wyzbyłem się stereotypów i uproszczeń w myśleniu o homoseksualności. Po dwóch latach, kiedy chłopcy zdali maturę i poszli w świat, rozstałem się z Odwagą.

Szanować różne drogi

Podjąłem studia i szkolenie w dziedzinie psychoterapii, a jednocześnie poznawałem coraz więcej osób homoseksualnych, które zgłaszały się do mnie w związku z moimi publikacjami. Poznawałem ich prawdziwe życie – już nie przez pryzmat uprzedzeń czy lęków.

Dziś mogę stwierdzić z całym przekonaniem kilka rzeczy. Znam wiele par jednopłciowych, żyjących w trwałych i wiernych związkach przyjacielskich, wspierających się w codziennym zwyczajnym życiu, trwających w żywej wierze i praktykach religijnych, takich jak wspólna modlitwa, lektura Pisma, udział w Eucharystii, sakrament pojednania. Mieli szczęście spotkać na swojej drodze księży, którzy im towarzyszą. Znam osoby homoseksualne, które spotkały się z miłością wspólnoty religijnej (ale nie katolickiej, lecz zielonoświątkowej), tak pomocną, że są szczęśliwe mimo życia w samotności – a pozostają samotne z wyboru, albo dlatego, że tak im się los ułożył.

Zróżnicowana społeczność, określana skrótem LGBT+, została przez biskupów wrzucona do jednego worka z wszelkim złem tego świata

Znam niestety także przypadki rodzin żarliwie katolickich, które – kierując się nauczaniem moralnym Kościoła i klimatem w społeczeństwie – nie akceptują wyboru swego dorosłego dziecka. Znam też osoby, które zwalczając w imię woli Bożej swoje „wewnętrzne nieuporządkowanie”, wyparły skutecznie własne pragnienia homoseksualne i cierpią na skutek nerwicowych objawów. W tym miejscu aż się prosi o cytat z Karola Wojtyły: „Popęd seksualny jest w człowieku faktem, który musi być przez niego uznany, a nawet zaafirmowany jako źródło naturalnej energii – w przeciwnym razie wywołuje zaburzenia psychiczne” („Miłość i odpowiedzialność”, Kraków 1962, s. 288). Wiadomo też, że poczucie porażki, niesprostanie wymaganiom superego mającego oblicze Boga, świadomość odrzucenia przez bliskich, powodują ogromne cierpienie i mogą doprowadzić do tragedii.

Pośród znanych mi kilkudziesięciu osób homoseksualnych, które – motywowane religijnie – przeszły w takiej czy innej formie próbę zwalczenia i zmiany swojej orientacji – nie spotkałem przypadków zakończonych „sukcesem”. Owszem, jeden z bohaterów mego reportażu, absolwent Odwagi, mając pełną świadomość tego, kim jest, ożenił się, gotów zapłacić dużą cenę za swoją decyzję. Nic nie wiem o kobiecie, która się na to zgodziła.

Myślę, że Kościół, pełniąc swoją misję towarzyszenia ludziom na drodze do zbawienia, powinien szanować różne drogi, jakie wierzące osoby homoseksualne podejmują, szukając Boga – jak mówi papież Franciszek. To poszukiwanie powinno się zawsze dokonywać w wolności sumienia, o którego prymacie Kościół tak często przecież przypomina.