Mamy szanować człowieka o orientacji homoseksualnej, niezależnie od tego, czy jego orientacja jest uwarunkowana biologicznie czy psychologicznie – mówi prof. Irena Namysłowska.

Katarzyna Jabłońska: Światowa Organizacja Zdrowia w roku 1973 wykreśliła homoseksualizm z listy zaburzeń psychicznych. Dlaczego tak długo homoseksualizm był traktowany jako choroba?

Cezary Gawryś: Zapytajmy raczej, dlaczego się tam w ogóle znalazł?

Irena Namysłowska: Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na tak postawione pytanie. DSM (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders), czyli klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego – którą posługują się psychiatrzy na całym świecie – miała kilka edycji i podlegała w znacznym stopniu wpływom społeczno-kulturowo-politycznym. Jednym z powodów zmiany był niewątpliwie nacisk środowisk homoseksualnych, który w latach 70. XX wieku nasilił się w ramach walki z dyskryminacją. Pojawiło się też przekonanie – wtedy jeszcze nie w pełni poparte badaniami, dziś wiemy więcej na ten temat – że homoseksualność ma przede wszystkim podłoże biologiczne. Obecnie już wiemy, że orientacja seksualna kształtuje się w bardzo skomplikowanym procesie – począwszy od życia płodowego, poprzez wczesne dzieciństwo, adolescencję, doświadczenia życiowe.

A dlaczego homoseksualizm znalazł się na liście chorób? Cóż, w cywilizacji zachodniej przez całe wieki uznawano go za zaburzenie psychiczne.

Jabłońska: Jednocześnie w wielu krajach, od średniowiecza po czasy nam współczesne, był penalizowany.

– Inaczej było w starożytnej Grecji. Erotyczna więź między mężczyznami u Platona jest synonimem kultury. Kobiety były gdzieś zupełnie z boku.

Gawryś: Ruth Benedict we „Wzorach kultury” opisuje związki między mężczyznami w pewnym plemieniu Indian amerykańskich, żyjącym jeszcze w pierwotnych warunkach. Istniała tam instytucja mężczyzny jako „żony”. Indianin, który nie miał predyspozycji ani do wojowania, ani do polowania, a sprawdzał się w prowadzeniu gospodarstwa, zostawał partnerem życiowym – niejako „żoną” drugiego mężczyzny. I to było przez tamtejszą społeczność akceptowane.

– W czasach nowożytnych, aż po drugą połowę XX wieku, sposób traktowania homoseksualizmu wynikał z przekonania całego społeczeństwa, w tym także psychiatrów, że nie jest to normalna preferencja seksualna. Dlaczego tak uważano – to wymaga, jak sądzę, głębszej analizy interdyscyplinarnej.

Warto tu zadać inne ciekawe pytanie – pojawiające się nie tylko w kontekście DSM – a mianowicie: jak tworzona jest diagnoza psychiatryczna? Niektórzy jej krytycy już samą w sobie diagnozę psychiatryczną uważają za opresję i sugerują, że niektóre zachowania zostają za jej pomocą wykluczone ze społecznego porządku, ponieważ jakoby mu zagrażają. Sądzę, że z takim właśnie mechanizmem mieliśmy do czynienia w odniesieniu do homoseksualizmu. W świecie zachodnim nastąpiły pod tym względem zasadnicze zmiany, niewiele jednak zmieniło się w tej kwestii w świecie wschodnim. Także w większości państw afrykańskich homoseksualizm jest wciąż karany.

DNA NIE JEST NASZYM PRZEZNACZENIEM

Cezary Gawryś: Pani Profesor wyraziła kiedyś opinię, która bardzo mnie zaskoczyła. Powiedziała Pani: „W przeciwieństwie do większości moich kolegów uważam, że homoseksualizm może być również uwarunkowany psychologicznie”. Czy mogłaby Pani rozwinąć tę kwestię?

– Wychodzę z założenia, że przy dzisiejszym stanie nauki i naszej wiedzy na temat rozwoju człowieka anachroniczne jest twierdzenie, że coś jest uwarunkowane wyłącznie biologicznie albo wyłącznie psychologicznie. Taki kartezjański dualizm duszy i ciała w ogóle nie powinien mieć w nauce miejsca. Człowiek jest całością, a pewne predyspozycje genetyczne – których istnienia nikt przecież nie podważa – w zależności od wpływów środowiskowych mogą, ale też nie muszą się rozwinąć.

Myślę, że nauka oddala się od aksjomatu znaczenia podwójnej spirali. W 2010 r. „Time” opublikował ważny artykuł zatytułowany „Dlaczego DNA nie jest naszym przeznaczeniem”. Jesteśmy w erze epigenetyki – epigenom pośredniczy pomiędzy genami, a więc naszym biologicznym wyposażeniem, aktywując lub dezaktywując niektóre geny. W moim głębokim przekonaniu człowiek jest interakcją genów, mózgu i środowiska. Dlaczego więc homoseksualizm traktować inaczej?

W tej chwili dysponujemy badaniami wskazującymi na to, że predyspozycje genetyczne mają większą szansę ujawniać się w okresie adolescencji. To bardzo ciekawe odkrycie, ponieważ dotąd skłonni bylibyśmy raczej sądzić, że te predyspozycje ujawniają się najbardziej w okresie dzieciństwa. Tymczasem w świetle badań jest odwrotnie: w dzieciństwie większą rolę odgrywają czynniki środowiskowe, a w okresie adolescencji – czynniki biologiczne.

Gawryś: Czy w kwestii orientacji homoseksualnej wiemy coś więcej o tych czynnikach biologicznych?

– Jest trochę badań na temat podwzgórza w mózgu i istnienia tam u niektórych mężczyzn struktur przypominających pewne struktury kobiece. Jest to jednak bardzo skomplikowana kwestia, nie będę się więc tutaj w nią zagłębiać. Sama jestem zdania, że na tę predyspozycję biologiczną nakładają się wpływy środowiskowe – wszystkie te czynniki mogą się rozkładać nierówno. W niektórych wypadkach u osób homoseksualnych większa jest siła czynników biologicznych, a w innych większa może być siła uwarunkowań psychologicznych.

Z ostatnich badań i obserwacji klinicznych wynika również, że preferencja seksualna kobiet jest bardziej zmienna w czasie. Kobieta może mieć preferencje homoseksualne czy biseksualne, a potem przejść do preferencji wyłącznie homoseksualnych bądź heteroseksualnych. Natomiast u mężczyzn – z jakichś powodów, prawdopodobnie biologicznych – preferencja seksualna jest bardziej stała.

Najprościej byłoby powiedzieć, że człowiek rodzi się jako istota seksualna. Dopiero potem różne czynniki skłaniają go ku preferencji heteroseksualnej, biseksualnej lub homoseksualnej

Odwołajmy się do prostego przykładu. Heteroseksualna kobieta zostaje za młodu wykorzystana seksualnie i maltretowana przez ojca. Ta sytuacja może ją popchnąć w kierunku preferencji homoseksualnej, ponieważ tylko z kobietą może się ona czuć bezpiecznie. Podobnie wiele kobiet po gwałcie nie jest w stanie wrócić do relacji heteroseksualnych – mężczyźni jawią im się jako jeden wielki prześladowca. Ale nie jestem pewna, czy ta sytuacja jest równoznaczna z orientacją homoseksualną.

Najprościej byłoby powiedzieć, że człowiek rodzi się jako istota seksualna. Dopiero potem różne czynniki występujące w rozmaitej proporcji skłaniają go ku preferencji heteroseksualnej, biseksualnej lub homoseksualnej. Ostatnio nasze ukochane DSM zakłada jeszcze jedną preferencję – aseksualną. Z badań wynika bowiem, że są także ludzie, których seks w ogóle nie interesuje i nie jest im potrzebny. Sama stoję na stanowisku, że człowiek jest jednością biologii, natury i kultury.

Gawryś: A pamiętamy jeszcze ten dawny paradoks: natura versus kultura.

– Ten paradoks nie ma już racji bytu. Wpływy środowiskowe mogą nakładać się na nasze predyspozycje genetyczne, ale mogą też je tłumić i powodować, że predyspozycja homoseksualna nigdy się nie ujawni. Podobnie jest w odniesieniu do skomplikowanej i poważnej choroby psychicznej, jaką jest schizofrenia. Wprawdzie występują tu pewne uwarunkowania biologiczne – najprawdopodobniej poligenetyczne, wiadomo już bowiem, że schizofrenia nie jest sprawą jednego genu – ale nakładają się na nie także różne czynniki psychologiczne oraz inne uwarunkowania odpowiedzialne za różne nasze zachowania. Najprawdopodobniej podobnie dzieje się z naszą preferencją seksualną.

Można spotkać się z przekonaniem, że trudna więź w patriarchalnej rodzinie między ojcem a synem – jeśli ojciec jest restrykcyjny, nadmiernie surowy, autorytarny – może przyczyniać się do tego, że jego syn w przyszłości będzie szukał dobrego, opiekuńczego związku z mężczyzną. Oczywiście sytuacja może być jeszcze bardziej skomplikowana, na skutek symbiotycznej relacji syna z matką. Nic w nas nie jest uwarunkowane jedynie biologicznie. Jeszcze raz powtórzę: jesteśmy uwarunkowani i biologicznie, i społecznie.

Katarzyna Jabłońska: Wszyscy rodzimy się seksualni, ale u niektórych z nas istnieje już, jak rozumiem, jakaś predyspozycja biologiczna odnośnie preferencji seksualnej?

– Jednak, moim zdaniem, jest ona przez niektórych badaczy i publicystów akcentowana zbyt mocno. W takim podejściu tkwi zresztą pewien paradoks. Skoro bowiem mamy szanować człowieka o orientacji homoseksualnej, to chyba powinniśmy go szanować niezależnie od tego, czy jego orientacja jest uwarunkowana biologicznie czy psychologicznie. Osoba o orientacji homoseksualnej jest inna – poszanowania wymaga jej wybór, jej wolność i jej tożsamość. Po co biologia jako usprawiedliwienie dla naszej postawy szacunku? Bo tak podkreślaną przez niektórych biologię odbieram jako swego rodzaju niepotrzebne „usprawiedliwienie” homoseksualizmu. Jeśli mówimy, że szanujemy czyjś wybór, który powstał na jakimś etapie drogi biologiczno-środowiskowo-genetycznej, to szanujmy go bezwarunkowo.

NAUCZANIE KOŚCIOŁA JEST OKRUTNE?

Jabłońska: Katechizm Kościoła katolickiego nazywa homoseksualizm „obiektywnym nieuporządkowaniem”.

Gawryś: Czytamy tam jednocześnie, że „jego psychiczna geneza pozostaje w dużej części niewyjaśniona”…

– Ale biologiczna też nie jest do końca wyjaśniona! A na pewno jest złożona. Teza, że homoseksualizm jest uwarunkowany wyłącznie biologicznie, nie ma więc podstaw naukowych.

Gawryś: Katechizm nie używa w odniesieniu do homoseksualizmu terminu „orientacja”, lecz konsekwentnie nazywa go „skłonnością” – co może sugerować tylko jakąś przejściową przypadłość, a nie głęboką tożsamość. „Skłonność taka – czytamy – obiektywnie nieuporządkowana…”. Sformułowanie takie może być odbierane przez osoby homoseksualne jako pomniejszające ich godność. Jest też stanowcze stwierdzenie, że „Tradycja, opierając się na Piśmie świętym, przedstawiającym homoseksualizm jako poważne zepsucie, zawsze głosiła, że akty homoseksualne z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane”. Nieuporządkowane, czyli złe? Istotnie: „W żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane”.

Jabłońska: Takie podejście pociąga za sobą określone konsekwencje w nauczaniu Kościoła – wezwanie skierowane do osób homoseksualnych, aby całkowicie wyrzekły się życia seksualnego.

Gawryś: Mam znajomego homoseksualistę, który jako młody chłopak był bardzo religijny. Po latach wyznał mi: „Ilekroć ulegałem swoim pragnieniom, a nie potrafiłem się przed tym powstrzymać, ogarniało mnie tak straszne poczucie winy, że bałem się o swoje zdrowie psychiczne”. Dziś jest ateistą.

– Ta wyznawana przez Kościół katolicki zasada: akceptujemy osoby homoseksualne, ale nie akceptujemy czynów homoseksualnych – budzi mój sprzeciw nie tylko jako psychiatry, ale również jako katoliczki. Według mnie w takim postawieniu sprawy jest pewna niesprawiedliwość, a nawet okrucieństwo.

Dla osoby wierzącej, której orientacja jest jasna i trwała – musi to być źródłem ogromnego konfliktu i cierpienia. Ten konflikt jest bardzo głęboki i trudny do rozwiązania dla wierzącej osoby homoseksualnej. Z jednej bowiem strony jej seksualna tożsamość jest zaakceptowana, z drugiej zaś nie może być realizowana, nawet gdyby oznaczała trwały, dobry, czuły związek zgodny przecież z preferencjami biologicznymi.

PRZYGODA W NOWYM JORKU

Sama mam wiele sympatii dla osób homoseksualnych. Jest to owocem pewnego mojego przeżycia z młodości. To długa historia. Podczas wojny w rodzinie mojego ojca udzielono pomocy kobiecie żydowskiego pochodzenia. Jej rodzina, uratowana z Zagłady, znalazła się potem w Stanach Zjednoczonych, utrzymywaliśmy ze sobą kontakt. Kiedy miałam 23 lata, córka tej pani, Margaret, zaprosiła mnie do siebie do Nowego Jorku. Był rok 1963, można więc sobie wyobrazić, jakim przeżyciem był dla mnie, młodej kobiety, wyjazd do Ameryki – z biletem w obie strony, który mi przysłano, i z dziesięcioma dolarami w kieszeni, które mogłam kupić w państwowym banku.

Wylądowałam na lotnisku Kennedy’ego, a tam okazało się, że nikt po mnie nie wyszedł. Miałam przy sobie tylko te dziesięć dolarów i adres, gdzie mieszkała Margaret. Ktoś na lotnisku w końcu się zlitował i zawiózł mnie pod wskazany adres. Tam portier oświadczył mi, że lokatorka, której szukam, wyjechała na dwa tygodnie na Wschodnie Wybrzeże, ale on ma klucze od jej mieszkania. Wprowadził mnie do środka i zadzwonił do jakichś przyjaciół Margaret. Ona była początkującą aktorką filmową, jak się potem okazało, niezwykle barwną postacią. I po prostu zapomniała, że ja mam przyjechać! Czekam więc sama w pustym mieszkaniu, wystraszona. Po pół godzinie pukanie do drzwi i stają w nich dwaj, jak się szybko przekonałam, przemili panowie. Okazali się parą homoseksualną.

Przy dzisiejszym stanie wiedzy na temat rozwoju człowieka anachroniczne jest twierdzenie, że coś jest uwarunkowane wyłącznie biologicznie albo wyłącznie psychologicznie. Dlaczego więc homoseksualizm traktować inaczej?

Muszę przyznać, że nigdy w życiu nikt nie zajmował się mną tak troskliwie jak oni. Moja mama była rzeczową, silną, pozbieraną osobą, która poniosła w życiu straszne straty. Nie rozczulała się ani nad sobą, ani nade mną. Chciała, żebym była osobą silną i niezależną. Mit niezależności jako ważny przekaz transgeneracyjny miał według niej przygotować mnie na potencjalne straty i chronić przed nimi. A ta para dwóch gejów potraktowała mnie jak własne dziecko.

Margaret miała wrócić dopiero za dwa tygodnie. Mieszkałam więc z nimi i przez ten czas pokazali mi cały Nowy Jork. To był jeden z najcudowniejszych okresów w moim życiu. Nikt nigdy tak o mnie nie dbał, nie traktował z taką empatią. Tych panów łączyła bardzo głęboka więź, oni naprawdę się kochali i dodatkowo byli to wyjątkowo dobrzy ludzie. Pamiętajmy, że wtedy – był rok 1963 – nie tylko w Polsce homoseksualizm uznawany był za chorobę bądź zboczenie. Tymczasem we mnie, dwudziestotrzyletniej dziewczynie, nastąpił gdzieś imprinting bardzo pozytywnych uczuć. Do tej pory wspominam moich nowojorskich opiekunów z ogromną wdzięcznością. Wtedy po raz pierwszy w życiu miałam przy sobie parę rodziców. Jak już opowiadałam, mój ojciec zmarł niedługo po wojnie, miałam wówczas dwanaście lat, i nie pamiętam czasu, by opiekowali się mną oboje rodzice. Głównie była przy mnie mama, która mnie bardzo kochała, ale była rzeczowa i wymagająca.

Jabłońska: A tam, w Nowym Jorku, doświadczyła Pani czułości.

– Tam była czułość. Ci dwaj homoseksualni mężczyźni traktowali mnie jak własne dziecko, mimo że byłam już przecież dorosłą kobietą. Z przykrością powitałam przyjazd Margaret, rozstanie z nimi i potem powrót do Polski. To spotkanie na pewno wywarło na mnie wpływ – na początku dorosłego życia znalazłam się w obcym kraju i w nieznanym mi zachodnim świecie, gdzie mogłam doświadczyć czegoś tak pięknego. W Polsce w ogóle nie słyszałam o kimś, kto byłby homoseksualistą. Jeśli nawet ktoś taki był w moim otoczeniu, to bardzo skutecznie to ukrywał.

Dziś analizując sytuację par homoseksualnych mężczyzn i kobiet, odnoszę wrażenie, że w naszym społeczeństwie kobiecy homoseksualizm jest bardziej akceptowany niż męski. Wynika to prawdopodobnie z przeświadczenia, że intymna relacja między dwiema kobietami w większym stopniu niż w przypadku mężczyzn oparta jest na czułości i wynika z miłości. A może też kobiecy seks jest bardziej do zaakceptowania niż męski?

Gawryś: Męski homoseksualizm niesłusznie – bo przecież mężczyźni również potrafią budować między sobą relacje, w których najważniejsza jest miłość i czułość – sprowadzany jest najczęściej do sfery seksualnej i zachowań genitalnych.

– A te z kolei mają w sobie pewną brutalność. U kobiet tego nie ma i chyba to jest w społecznym odbiorze istotne i decydujące.

CZY MOŻLIWA JEST ZMIANA ORIENTACJI SEKSUALNEJ?

Gawryś: Wcale nie tak rzadko spotkać się można z twierdzeniem, że skoro nie znaleziono w mózgu ośrodka odpowiedzialnego za orientację homoseksualną, to nie można jej uznać za równoprawną z orientacją heteroseksualną. Homoseksualizm traktowany jest więc przez zwolenników takiego myślenia jako odstępstwo od normy. Uważają oni również, że – jeśli biologia nie ma tu decydującego znaczenia – zmiana orientacji z homoseksualnej na heteroseksualną jest możliwa na drodze terapii…

– Dobrze, że nie odwrotnie! Bo przecież teoretycznie przy takim sposobie myślenia powinno być możliwe także działanie odwrotne… Powiem krótko: to jest nadużycie psychoterapeutyczne.

Jabłońska: Czy to znaczy, że w ogóle nie jest możliwa praca terapeutyczna z osobą, która nie akceptuje swojej orientacji?

– Praca terapeuty polega na podążaniu za tym, czego oczekuje i potrzebuje nasz pacjent. Jeśli więc przyjdzie ktoś, dla kogo jego homoseksualność jest problemem i bardzo źle to przeżywa, na przykład nie wie, jak o tym powiedzieć rodzicom, czy w ogóle ten fakt komukolwiek ujawniać, lub pragnie uzyskać pomoc, bo jest depresyjny – to oczywiście takiej pomocy terapeuta powinien mu udzielić. Ale powinien zrobić to w ramach uznania jego orientacji i wspólnego przyjrzenia się temu, z czym przyszedł.

Osobiście jestem przeciwna terapii naprawczej, zwanej też reparacyjną. Uważam, że psychoterapeuta nie powinien się tego rodzaju terapii podejmować. Dopuszczam tu ewentualnie jedną możliwość – gdy problem dotyczy bardzo młodej osoby, w wieku od piętnastu do siedemnastu lat, a więc będącej jeszcze w okresie dorastania, kiedy szuka się własnej szeroko pojmowanej tożsamości. Młody człowiek zastanawia się, bada, kim jest, kim chce być, kim może być, a dotyczy to również tożsamości seksualnej.

Twierdzenie, jakoby na drodze terapii możliwa była zmiana orientacji z homoseksualnej na heteroseksualną, jest nadużyciem

Weźmy taką sytuację: do gabinetu terapeuty czy psychiatry przychodzi piętnastolatek i oznajmia, że jest homoseksualistą. Utwierdzenie go w tym przekonaniu bez wnikliwego przyjrzenia się jego historii byłoby dużym błędem. W takiej sytuacji potrzebna jest rozmowa i wspólne przemyślenie sprawy. Jeśli z tej rozmowy terapeutycznej wyniknie, że adolescent istotnie ma orientację homoseksualną, to oczywiście należy to zaakceptować.

Najpierw jednak trzeba się temu spokojnie przyjrzeć, bo orientacja psychoseksualna w wieku 15-17 lat jest jeszcze czymś bardzo niepewnym. Rola terapeuty jest tutaj bardzo duża. Może on pomóc młodemu pacjentowi w rozstrzygnięciu tej tak przecież ważnej kwestii, ale zbyt pochopnymi działaniami może takiemu nastolatkowi bardzo zaszkodzić. Utwierdzanie go w przekonaniu, że skoro czuje się homoseksualny, to taki z pewnością jest, jak również przekonywanie go, że homoseksualnych odczuć nie należy brać na serio – byłoby błędną postawą. Młodego człowieka nie można popychać w żadnym kierunku.

Jabłońska: A czy do Pani Profesor zwracał się ktoś, kto prosił o pomoc w zmianie swojej orientacji homoseksualnej?

– Nigdy mi się to nie zdarzyło, mimo że miałam wielu homoseksualnych pacjentów. Owszem, czasem przychodzą do mnie pary homoseksualne, ale przedstawiają one takie same problemy, jak pary heteroseksualne. Chodzi o konflikty, ujawnioną zdradę, różnice zdań na temat wzorców we własnym związku, na które rzutują czynniki związane z ich rodzinami pochodzenia. W tym sensie terapia pary homoseksualnej niczym się nie różni od terapii pary heteroseksualnej.

Przyszła kiedyś do mnie para homoseksualna na terapię rodzinną. Było to dwóch panów mających dzieci z poprzednich heteroseksualnych związków, które się rozpadły. Młodszy syn jednego z tych panów oraz córka drugiego mieszkali z nimi. Dzieci wydawały się szczęśliwe. Panowie zgłosili się na terapię z powodu dziewczynki, która miała ADHD. Chłopiec ujawniał ciepłe uczucia wobec ojca i jego partnera, bardzo dobrze się uczył, niepokoiło go jedynie, jak zareagują na jego rodzinną sytuację koledzy w gimnazjum. Postanowił więc nie wtajemniczać ich w te sprawy. Zapytał mnie, czy dobrze zrobił. Zamiast mu odpowiedzieć, spytałam, co tata i jego partner sądzą na ten temat. Okazało się, że doradzają mu, by tak zostało. Słusznie, bo gimnazjum to bardzo trudny okres w życiu nastolatków, nie zawsze potrafią oni sprostać sytuacjom, które są dla nich nowe. Chociaż teraz, po pewnym czasie od tamtej rozmowy, myślę, że w ostatnich latach bardzo wzrosła w szkole akceptacja innej orientacji niż heteroseksualna.

Wątpliwości co do własnej tożsamości psychoseksualnej są normą dla wieku młodzieńczego

Inny pacjent martwił się, jak swoim dorastającym dzieciom powiedzieć, że chciałby żyć w związku homoseksualnym z partnerem, który ma córkę. Bardzo ważne było dla niego, jak to wszystko poukładać, aby jak najmniej odbiło się na dzieciach. Podobne problemy jak on zgłaszają ludzie po rozwodach, którzy wchodzą w nowe związki i zastanawiają się, jak ułożyć relacje z byłymi partnerami oraz dziećmi swoimi i nowych partnerów.

Gawryś: Wyobraźmy sobie jednak, że przychodzi do Pani ktoś z oczekiwaniem, że terapia pozwoli mu zmienić orientację seksualną.

– Gdyby to był nastolatek, to wiem, że rozmawiałabym z nim o tym, na jakiej podstawie sądzi, że jest homoseksualny; jakie miał dzieciństwo; jakie były jego relacje z rodzicami. Bardzo dokładnie wypytałabym, czy miał już jakieś kontakty homoseksualne i co spowodowało, że ma takie wątpliwości odnośnie do własnej orientacji. Z mojej strony wyraźne byłoby przesłanie, że wątpliwości co do własnej tożsamości psychoseksualnej są normą dla wieku młodzieńczego.

Gdyby natomiast przyszedł człowiek dorosły, mający już za sobą relacje homoseksualne i powiedział, że chce się „leczyć” i oczekuje zmiany orientacji, to moja odpowiedź byłaby mniej więcej taka: „Nie wiem, czy mogę panu pomóc i czy to jest konieczne, ale spróbujmy o tym porozmawiać. Co spowodowało, że pan chce zmiany orientacji?”. W żadnym wypadku nie padłaby z mojej strony deklaracja: „Dobrze, siądźmy i będziemy zmieniać pana orientację”.

EKSPERYMENTOWANIE

Jabłońska: Warto tu podkreślić myśl, że pewna niejasność odnośnie własnej orientacji seksualnej nie jest w wieku nastoletnim niczym wyjątkowym. Że nie należy więc – jak to się niestety obecnie często dzieje – tej kwestii demonizować.

– Jest taki czas w okresie adolescencji, kiedy obie płcie eksperymentują z płcią własną i przeciwną. Chłopcy często porównują się ze sobą w aspekcie męskości. Sami ze sobą tę męskość badają – jest tam sporo dotykania czy samozaspokajania się. Z kolei dziewczyny lubią się do siebie przytulać, kochają się w nauczycielkach. To jest bardzo ważny okres dla kształtowania się tożsamości, także seksualnej, więc tych prób jest dużo. Ale żeby ktoś pod wpływem mediów czy agitacji stał się homoseksualny, to na szczęście nikomu nie zagraża.

Gawryś: Opowiadał mi jeden z bohaterów książki „Wyzywająca miłość”, że w okresie adolescencji miał serdecznego przyjaciela, który nie wiedział nic o jego homoseksualnej orientacji. Często jeździli we dwóch na wycieczki rowerowe i w ogóle spędzali razem dużo czasu. Bywało, że leżeli obok siebie przytuleni, trzymając się za ręce, bo tamten wychowywał się bez ojca i miał wyraźną potrzebę bliskości. Gdy bohater mego reportażu był już na studiach, w końcu przyznał się do swojej orientacji przyjacielowi, który zdążył się już ożenić. Tamten zareagował ze zdumieniem: „Chyba zwariowałeś?”. U niego te serdeczne gesty wynikały z potrzeb czysto emocjonalnych.

I drugie doświadczenie, opisane w tym samym reportażu. Mój bohater jako nastolatek spotykał się z innymi chłopakami w piwnicy, gdzie porównywali swoje genitalia i nawet się dotykali. Dla niego to było ekscytujące, podczas gdy żaden z tamtych kolegów z podwórka nie okazał się w dorosłym życiu homoseksualistą. To pokazuje, jak uproszczony jest stereotyp, że czymś niebezpiecznym są zainteresowania sferą seksualną u chłopców w okresie dorastania.

– Takie zachowania wpisane są w okres adolescencji i absolutnie nie są niebezpieczne. Natomiast czymś zdecydowanie złym jest uwodzenie ucznia lub uczennicy przez nauczyciela, trenera czy księdza.

Jabłońska: Dorosły wykorzystuje tu często relację podległości.

– Ale też wykorzystuje szczerą sympatię, jaką darzy go chłopak czy dziewczyna widzący w nim mentora czy przyjaciela. Wykorzystanie seksualne jest traumą ciążącą na całym dalszym dorosłym życiu. A uwodzenie rozbudza odczucia seksualne, więc w pewnym sensie może popchnąć chłopca lub dziewczynę w stronę homoseksualności. Być może jednak dzieje się tak tylko wtedy, kiedy adolescent już i tak ma skłonność homoseksualną. Inny uwiedziony młody człowiek całkiem przeciwnie: może się tak zrazić, że jedynym wybawieniem po przeżytej traumie będzie dla niego droga heteroseksualna.


Irena Namysłowska – psychiatra, prof. dr hab., certyfikowana psychoterapeutka i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Pracowała w Klinice Psychiatrii Akademii Medycznej w Warszawie oraz w Klinice Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, której była kierownikiem. Przez dziesięć lat pełniła funkcję konsultanta krajowego w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży przy Ministrze Zdrowia. Jest autorką ponad 100 prac naukowych opublikowanych w polskich i zagranicznych czasopismach, a także podręcznika „Terapia rodzin”. Pod jej redakcją powstał pierwszy w Polsce nowoczesny podręcznik „Psychiatria dzieci i młodzieży”. Mieszka w Warszawie.

Fragment książki zatytułowanej „Od rodziny nie można uciec”, która ukaże się jesienią nakładem wydawnictwa „Więź”. Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2019

Więź Zima 2019

Kup tutaj