Przełożeni księdza Piotra S. – najpierw bp Alojzy Orszulik, a potem, od 2004 roku, bp Andrzej Dziuba – wiedzieli o zarzutach wobec podwładnego, a mimo to przez lata przenosili go z parafii do parafii. W 2018 r. Watykan odebrał bp. Dziubie prowadzenie sprawy.

Dziennikarze Oko.press, Sebastian Klauziński i Daniel Flis, we wczorajszym artykule opisali sprawę ks. Piotra S. Duchowny miał przez lata molestować ministrantów, robił to na plebanii i podczas wakacyjnych wyjazdów.

Jak czytamy w tekście, pierwsze zarzuty wobec duchownego pojawiły się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Przełożeni księdza w diecezji łowickiej – najpierw od 1992 r. bp Alojzy Orszulik, a potem, od 2004 r., bp Andrzej Dziuba – wiedzieli o zarzutach wobec podwładnego, a mimo to długo nie wszczynali postępowania kanonicznego, a jedynie przenosili go z parafii do parafii.

Odebrane dochodzenie

W marcu 1996 roku do władz łowickiego seminarium zgłasza się kleryk, który kilka lat wcześniej miał być molestowany przez księdza S. Dziesięć lat później inny skrzywdzony, Kamil, pisze list do bp. Dziuby. W 2007 roku seksualne ekscesy duchownego opisuje tygodnik „Nie”. Z kolei w 2012 roku Janusz, wykorzystany przez Piotra S. w wieku 13 lat, zgłasza sprawę kurii łowickiej.

W październiku 2013 r. kuria oferuje Januszowi pomoc psychologiczną. Psychologiem jest ks. Mirosław Nowosielski. Jak twierdzi pokrzywdzony, w 2014 r. z maila od kurii dowiedział się jednak, że pomoc miała służyć przygotowaniu opinii na potrzeby procesu kanonicznego. Ks. Nowosielski opisał Janusza jako „niedojrzałego i niezrównoważonego”.

W marcu 2015 r. Watykan zleca biskupowi łowickiemu wszczęcie procesu w sprawie ks. Piotra S. i jeszcze innego duchownego diecezji. Okazało się, że przez niemal trzy lata kuria prowadziła jedynie dochodzenie wstępne.

Już w jego trakcie ksiądz S. swobodnie pracuje z dziećmi. W 2013 roku w Sochaczewie ze swoją drużyną ministrancką zdobywa puchar, który odbiera z rąk swojego ordynariusza. Zostają nawet uwiecznieni na wspólnym zdjęciu.

Bp Dziuba odsunie podwładnego od pracy z dziećmi dopiero na wyraźne polecenie Watykanu. Wcześniej jednak m.in. mianował go wikarym w parafii, w której proboszczem jest rodzony brat ks. Piotra. Tam duchowny nadal opiekował się drużynami piłkarskimi lektorów i ministrantów.

Proces w Łowiczu ciągnął się przez sześć lat, do sierpnia 2018 roku. Kilka miesięcy później Stolica Apostolska decyduje, że dochodzenie musi zostać przeprowadzone od nowa i przekazuje jego prowadzenie do Gniezna, do abp. Wojciecha Polaka. Dopiero wtedy przesłuchano świadków wskazanych przez jednego z pokrzywdzonych.

Od maja 2019 r. śledztwo w sprawie ks. Piotra S. prowadzi Prokuratura Rejonowa Łódź-Górna. Do dzisiaj śledczy nie postawili duchownemu zarzutów. Równocześnie prokuratura prowadzi też śledztwo w sprawie niezawiadomienia organów ścigania o przestępstwach seksualnych księdza Piotra przez bp. Dziubę.

Według naszych informacji, ksiądz S. przebywa obecnie w jednym z domów sióstr zakonnych na terenie diecezji, gdzie jest kapelanem.

„Nie wiem, jak to dokładnie było”

Kilka dni temu, 22 sierpnia, jeden ze skrzywdzonych w młodości przez ks. Piotra S., wspomniany już Janusz, spotkał się z bp. Dziubą. W opublikowanych dziś na stronie Oko.press nagraniach z tej rozmowy biskup łowicki przyznaje, że nie zna powodu, dla którego Watykan odebrał mu prowadzenie sprawy.

Na uwagę mężczyzny, że jako biskup znał dokumentacje dotyczącą duchownego, czyli wiedział o jego przeszłości, obecny ordynariusz łowicki zrzuca winę na swojego poprzednika. „Odpowiadam za ks. Piotra od momentu, kiedy zostałem jego biskupem. Natomiast nie mam żadnej odpowiedzialności za to, co zaniechał bp Orszulik” – przekonuje, zapominając, że sam jest przełożonym Piotra S. dłużej niż poprzednik, w dodatku już w 2006 roku otrzymał bezpośrednio od jednego z molestowanych list opisujący działania S.

Swoją bierność w sprawie bp Dziuba tłumaczy domniemaniem niewinności oskarżonego, tym, że do momentu procesu kuria nie miała „żadnego dowodu”, „nie było zgłoszeń konkretnej osoby”. „Może pan z perspektywy swojej to widzi w sposób bardziej właściwy. I teraz z perspektywy tych całych akt, jak pan mówi, widać, że to było zło bardzo straszne. (…) ale sprawy nie są tak oczywiste, kiedy się coś zaczyna badać” – mówi.

Pokrzywdzony powołuje się na swoją rozmowę z abp. Grzegorzem Rysiem, metropolitą łódzkim (diecezja łowicka należy do tej metropolii). Abp Ryś miał mu powiedzieć, że sposób przeprowadzenia procesu przez bp. Dziubę „w Rzymie uznano za niewłaściwy”.

Gdy skrzywdzony przez S. zaznacza, że są też inni świadkowie, biskup łowicki reaguje: „To jest bardzo ważne”. „Tylko że pierwsze wzmianki były już w połowie lat 90., prawda?” – zauważa Janusz. „I tu może było może właśnie u nas jakieś zaniechanie, że – zresztą nie wiem dokładnie, jak to wyglądało – czy inni w ogóle chcieli zeznawać, czy nie chcieli zeznawać. Ja nie wiem, jak to dokładnie było” – twierdzi bp Dziuba. Przyznaje, że fakt, iż wcześniej nie przesłuchano świadków to „silny argument zaniechania”, sam proces „okazał się nieefektywny i zrobiony słabo”.

„No chwała Panu, jeżeli determinacja pana doprowadziła pana do chwały Pana, tego przez wielkie «P» pisane, nie? Do tego, że sprawa się zamknie. I po prostu oczyści się przez ten ból” – zwraca się do pokrzywdzonego łowicki ordynariusz. Warto przypomnieć, że bp Dziuba jest profesorem teologii moralnej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

DJ