Amerykańscy ewangelikanie szukali autorytarnego przywódcy, który obroni ich przed sekularyzmem, islamem, feminizmem, imigrantami czy LGBT. Znaleźli go w osobie Donalda Trumpa.

Kiedy 81 proc. białych ewangelikanów poparło Donalda J. Trumpa w wyborach prezydenckich w 2016 r., wielu komentatorów amerykańskiej sceny politycznej przecierało oczy ze zdumienia. Zastanawiano się, jak ten pyszałkowaty biznesman – w dodatku rozwodnik i kobieciarz – chełpiący się nie znajomością Pisma Świętego, a – o zgrozo – długością swojego przyrodzenia i podbojami seksualnymi, mógł zaskarbić sobie zaufanie rzeszy bogobojnych Amerykanów? Obecnie, pod koniec pierwszej kadencji Trumpa, odpowiedź na to pytanie wciąż pozostaje dla wielu zagadką. 

Za proste

Dwie najbardziej popularne teorie są proste. Pierwsza domniemuje amatorszczyznę ankieterów, którzy rzekomo nie potrafili prawidłowo zmierzyć poparcia wśród „prawdziwych” ewangelikanów. „Prawdziwych”, a więc tych, którzy naprawdę identyfikują się z naukami tego nurtu chrześcijaństwa i – co niezwykle istotne – którzy regularnie uczestniczą w nabożeństwach i innych obrzędach religijnych.

Druga teoria jest jeszcze mniej skomplikowana: ewangelikanie nie mieli rzekomo wyboru. Żaden pobożny chrześcijanin, argumentowano, nie mógł zagłosować przecież na wyemancypowaną zwolenniczkę aborcji, od lat oczernianą przez radykalną prawicę i portretowaną jako zagrożenie dla chrześcijańskiej Ameryki – byłą pierwszą damę, Hillary Clinton.

Ewangelikalizm w dzisiejszej postaci jest produktem, przez lata konsekwentnie kreowanym za pomocą komercyjnego kompleksu religijno-kulturowego

Obie teorie są jednak nie do obrony, jeśli zderzyć je z faktami. Sondaż opinii publicznej przeprowadzony po niespełna 3 miesiącach od zaprzysiężenia Trumpa na urząd prezydenta przez Pew Research jasno bowiem pokazuje, że poparcie dla niego wśród białych ewangelikanów pozostało praktycznie bez zmian (78 proc.). Co najciekawsze i ostatecznie zadające kłam przekonaniu o braku wiarygodności sondaży – to właśnie wśród „prawdziwych” białych ewangelikanów, regularnie chodzących do kościoła, poparcie dla prezydenta było wyższe (80 proc.) niż wśród tych, którzy zadeklarowali ankieterom tylko sporadyczne uczestnictwo w nabożeństwach (71 proc.).

Co do drugiej teorii, historia pokazuje, że religia często nie ma bezpośredniego przełożenia na głosowanie ewangelikanów. Gdyby tak było, to nie opuściliby oni swojego współwyznawcy Cartera na rzecz Reagana w 1980 r., a Trump nie wygrywałby rywalizacji o głosy ewangelikanów w republikańskich prawyborach w 2016 r. z ultrakonserwatywnym i bogobojnym południowym baptystą z Teksasu, senatorem Tedem Cruz’em.

Make America White Again

Zdziwienie spowodowane masowym poparciem białych ewangelikanów dla Trumpa w wyborach prezydenckich w 2016 r. wynika z niezrozumienia charakteru ruchu ewangelikanckiego w Stanach Zjednoczonych i jego ewolucji, odbywającej się na przestrzeni ostatnich kilku dekad.

Świadczy to niejako również o efektywności przekazu medialnego samych ewangelikanów, którym udało się na nowo napisać historię początków swojego romansu z polityką. Ich mitem założycielskim jest opozycja wobec legalizacji aborcji, będącej konsekwencją orzeczenia Sądu Najwyższego z 1973 r. w sprawie Roe v. Wade. 

Owszem, orzeczenie to stało się źródłem konfliktów w amerykańskim społeczeństwie i papierkiem lakmusowym przynależności partyjnej, ale nie od razu po publikacji. Jeszcze w rok po orzeczeniu Sądu Najwyższego Południowa Konwencja Baptystyczna, największa protestancka organizacja wyznaniowa w USA, przegłosowała rezolucję, która dopuszczała aborcję m.in. w przypadku gwałtu, deformacji płodu, czy zagrożenia dla życia matki. Przeciwko decyzji sędziów nie oponował nawet jeden z największych religijnych fundamentalistów XX w., pastor w kościele First Baptist Dallas, W.A. Criswell. 

Trump został wybrany nie pomimo cech, które posiada, ale ze względu na nie

Idea, która faktycznie zjednoczyła amerykańską chrześcijańską prawicę, była jednak zdecydowanie mniej chlubna niż troska o życie nienarodzonych dzieci. Paul Weyrich – legenda wśród ewangelikalnych chrześcijan i założyciel jednego z najbardziej wpływowych konserwatywnych think-tanków na świecie, Heritage Foundation – za spoiwo ruchu mającego odmienić amerykański krajobraz polityczny uznał walkę z desegregacją szkół.

I nie przeliczył się. Kiedy Bob Jones University, ewangelikalny college z Greensville w Południowej Karolinie, został pozbawiony przez Urząd Podatkowy (Internal Revenue Service, IRS) ulg z powodu rasistowskiego regulaminu rekrutacji (nieprzyjmowanie na studia Afroamerykanów trwało do 1971 r.; w latach 1971-1975 r. przyjmowano tylko Afroamerykanów w związkach małżeńskich; od 1975 r. Afroamerykanów nie będących w związkach małżeńskich, ale wciąż nie przyjmowano tych będących w małżeństwach międzyrasowych), z odsieczą przyszli mu wpływowi ewangelikanie, w tym teleewangelista Jerry Falwell.

Konserwatywni chrześcijanie przegrali bitwę w 1983 r. – Sąd Najwyższy orzekł, że ze względu na politykę dyskryminacji rasowej Urząd Podatkowy miał prawo pozbawić uczelnię ulg podatkowych. Wygrali jednak wojnę – po raz pierwszy stworzyli wspólny front w bitwie o duszę Ameryki, „Moralną Większość” walczącą o „wolność religijną”, która po kilku dekadach przesądziła o wygranej Trumpa w wyborach. 

Samiec alfa jako odtrutka 

Ewangelikalizm w dzisiejszej postaci jest produktem, przez lata konsekwentnie kreowanym za pomocą komercyjnego kompleksu religijno-kulturowego. W jego skład wchodzą megakościoły, stowarzyszenia kościelne, chrześcijańskie uczelnie wraz z kampusami, wydawnictwa, radiostacje, stacje telewizyjne, czy, w końcu, chrześcijańska blogosfera.

Ruch propagowany był również przez swoje gwiazdy – wspomnianych Weyricha, Falwella czy Phyllis Schlafly – na wiecach, w których uczestniczyły setki tysięcy Amerykanów. Kazania radykalnych pastorów, nagrywane i rozpowszechniane przez chrześcijańskie domy medialne, docierały do najbardziej odległych zakątków Ameryki, rozpowszechniając nauki białych ewangelikanów. Wreszcie, w sukurs chrześcijańskiej prawicy przyszedł Roger Ailes i jego telewizja Fox News.

Ewangelikanie mieli również wpływ na przekaz kierowany do najmłodszych obywateli – nauki religijne przemycane były przez bohaterów popularnych „Opowieści warzyw” (VeggieTales), Pomidora Boba i Ogórka Larry’ego. Wisienką na prawicowym torcie jest „chrześcijański Walmart” – Hobby Lobby, w którym można kupić szwarc, mydło i powidło: od chrześcijańskich harlequinów, przez brokatowe akcesoria kuchenne dla idealnej pani domu, a skończywszy na memorabiliach z Johnem Wayne’m i plakatach gloryfikujących drugą poprawkę do Konstytucji, przyznającą Amerykanom prawo do noszenia broni. 

Amerykańską chrześcijańską prawicę zjednoczyła nie troska o życie nienarodzonych dzieci, a walka z desegregacją szkół

Z kakofonii ewangelikalnego przekazu medialnego wyłania się spójny ideał męskości, rozpowszechniany w ostatnich dekadach. To silny samiec alfa, kipiący testosteronem, agresywny w słowach i gestach, mający w głębokim poważaniu poprawność polityczną. Jego uosobieniem pozostaje wspomniany John Wayne. 

Po zamachach terrorystycznych z 11 września 2001 r. można zaobserwować rosnący kult militarnego wzorca męskości, który zaczął penetrować ewangelikalny mainstream. Miał on swój wyraz w uwielbieniu dla „Szklanej pułapki” z Bruce’m Willisem, grającym twardego policjanta Johna McClane’a, a także filmu „Braveheart” i granego przez Mela Gibsona przywódcy szkockich powstańców, Williama Wallace’a. Bohaterowie kreowani na ekranie przez Willisa i Gibsona mieli być odtrutką na pastorów „demaskunilizujących” Jezusa, co prowadziło – zdaniem ewangelikanów – do feminizacji mężczyzn. 

Obrońca chrześcijańskiej Ameryki 

Głosy oddane przez ewangelikanów na Trumpa nie były historyczną aberracją, a konsekwencją kultu wojowniczej jednostki, chrześcijańskiego samca alfa, propagowanego przez ultrakonserwatywne środowiska. Ewangelikanie szukali autorytarnego przywódcy, który obroni ich przed „największymi zagrożeniami dla chrześcijańskiej Ameryki”: sekularnym humanizmem, feminizmem, organizacjami międzynarodowymi, „islamofaszyzmem”, imigrantami, radykalną lewicą z jej ideologią LGBTQ, Hillary „Hitlery” Clinton, czy atakami na wolność religijną. 

O wygranej Trumpa nie przesądziły mniejszości, ale grupy dominujące w społeczeństwie – jak choćby biali, chrześcijańscy mężczyźni – które obawiały się utraty tego statusu i czuły się dyskryminowane. Trump został wybrany nie pomimo cech, które posiada, ale ze względu na nie. 

Upadek i nadzieja

Fakt, że dopiero nieudolna walka z pandemią koronawirusa doprowadziła do spadku popularności Trumpa wśród białych ewangelikanów świadczy tylko o ich upadku moralnym, obłudzie i zakłamaniu.

Pozostaje mieć nadzieję, że chrześcijanie, którzy nie poparli Trumpa, uznając głosowanie na niego za bluźnierstwo i zaprzeczenie nauk Jezusa, będą mieli szanse dotrzeć do większego grona swoich braci w wierze i namówić ich do zrobienia rachunku sumienia.

Nadzieją dla nurtu powinni być zwłaszcza młodzi ewangelikanie, najbardziej odporni na syreni śpiew teleewangelistów i bardziej krytyczni wobec kazań medialnych pastorów. Patrząc jednak na wspomniany prężnie działający kompleks religijno-rozrywkowy, stworzony i opanowany przez ultrakonserwatystów, nie łudziłbym się, że nastąpi to szybko.