Czy podobne jak abp Skworc trudności ze zrozumieniem dokumentów papieskich mogło mieć więcej polskich biskupów?

Zacznijmy od kilku faktów, bo to one są dla tej sprawy kluczowe. Kilkanaście dni temu ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski opisał na swoim blogu sprawę chłopaka wykorzystanego seksualnie na Ukrainie przez ks. Stanisława P. Wskazał, że pierwsze informacje o molestowaniu przez owego kapłana małoletnich trafiły do kurii tarnowskiej już w 2002 roku (ordynariuszem tej diecezji był wtedy biskup Wiktor Skworc). Nic wówczas z nimi nie zrobiono. Sprawa nie została zgłoszona, wbrew ówczesnemu prawu, do Kongregacji Nauki Wiary, a księdza skierowano na Ukrainę.

Odzew tarnowskiej kurii był natychmiastowy. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że władze diecezji przeprosiły i zapewniły o woli wyjaśnienia sprawy. Zamiast tego ks. Ryszard Nowak, rzecznik kurii, zaatakował ks. Isakowicza-Zaleskiego, uznając, że jego wpis „zawiera osąd wydany z pominięciem dowodów i (jest) oparty na jednostronnej relacji”. Kuria zapowiedziała nawet podjęcie kroków prawnych w celu obrony dobrego imienia diecezji i jej ówczesnego ordynariusza.

Nie minęło wiele czasu, a okazało się, że nie bardzo jest czego bronić, bo z dokumentów kurii wynika wprost, że odpowiednich działań nie podjęto, informacje zlekceważono, zaś decyzje biskupa sprawiły, że ksiądz P. wykorzystał kolejnych chłopców. Dwa dni temu kuria tarnowska zdecydowała się więc przeprosić skrzywdzonych (ale już nie ks. Isakowicza-Zaleskiego, nie wspomniała też nawet słowem o formułowanych wcześniej groźbach wkroczenia na drogę sądową).

Z kolei wczoraj późnym wieczorem (co już samo w sobie pokazuje, że sprawa została potraktowana jako niebezpieczna, i że metropolita katowicki uznał, że jest pewien problem z jego ówczesnymi decyzjami) oświadczenie wydał rzecznik i sekretarz arcybiskupa Skworca, ks. Tomasz Wojtala. Jego tekst jednak nie tylko niczego nie wyjaśnia, ale wręcz stanowi poważne oskarżenie wobec osoby, której miał w założeniu bronić. Wystarczy uważnie przeczytać oświadczenie, by to zrozumieć.  

Albo biskupowi nie wystarczyło pół roku, by zrozumieć, że ma obowiązek zgłaszać sprawy wykorzystywania Watykanowi. Albo nie wiedział on, czy jasne zalecenia traktować poważnie, czy też postępować po staremu

„Po otrzymaniu na początku 2002 roku informacji o podejrzeniu nadużyć wobec małoletnich, ordynariusz zlecił przeprowadzenie postępowania wyjaśniającego. Zbadanie wiarygodności oskarżenia przekazano osobom kompetentnym, w tym, zgodnie z przyjętą praktyką, także osobie posiadającej wiedzę z zakresu psychologii. Jednocześnie podejrzewany duchowny przestał sprawować funkcję proboszcza. Przepisy motu proprio «Sacramentorum sanctitatis tutela», promulgowane pół roku wcześniej stanowiły, iż jeżeli «ordynariusz lub hierarcha otrzyma wiadomość, przynajmniej prawdopodobną, o popełnieniu przestępstwa zastrzeżonego, po przeprowadzeniu badania wstępnego winien powiadomić o tym Kongregację Nauki Wiary». W wyniku postępowania wyjaśniającego oceniono sprawę jako niespełniającą warunków do przekazania jej do Kongregacji. W konsekwencji nie było przeszkód do wyrażenia zgody na posługę księdza P.  na Ukrainie” – czytamy.

Co wynika z tych słów? Otóż ni mniej, ni więcej, a tyle, że sprawy nie przekazano do Kongregacji Nauki Wiary, choć na biskupie ciążył taki obowiązek, jeśli tylko miał on „przynajmniej prawdopodobną” informację o molestowaniu czy wykorzystywaniu seksualnym. Jeśli biskup uznał ją za „nieprawdopodobną” (a tylko w takiej sytuacji wydaje się, że mógłby on sprawy nie zgłaszać), to warto zadać pytanie, na jakiej podstawie decyzja taka (jak przyznaje teraz sam arcybiskup – błędna) została podjęta? Co takiego sprawiło, że wiarygodne obecnie doniesienie okazało się wówczas „nieprawdopodobne”? Kto za to odpowiadał? Odpowiedzi na te pytania są istotne dla zrozumienia ówczesnej decyzji i tego, czy można uznać ją za błąd w rozeznaniu czy raczej za świadome tuszowanie.

Trudno też nie zadać jeszcze innego pytania: jeśli sprawa była na tyle nieprawdopodobna, że nie zgłoszono jej do Watykanu, to dlaczego ks. P. wysłano na Ukrainę, a nie przywrócono na parafię, gdzie był wcześniej proboszczem, albo nie powierzono mu innej placówki?

Wiarygodności arcybiskupa nie zwiększają poza tym kolejne zdania oświadczenia. „Nie można wykluczyć, iż bardzo krótki czas, jaki upłynął od promulgacji nowych przepisów, i brak doświadczeń w dziedzinie ich stosowania mogły wpłynąć na podjętą ocenę sprawy, czy wiarygodności oskarżeń” – pisze jego rzecznik. Jeśli miało to wyjaśniać cokolwiek czy kogokolwiek usprawiedliwiać, nie udało się. Można nawet powiedzieć mocniej – słowa te jedynie pogarszają sytuację.

Jeśli sprawa księdza P. była na tyle nieprawdopodobna, że nie zgłoszono jej do Watykanu, to dlaczego oskarżonego wysłano na Ukrainę, a nie przywrócono na parafię?

Albo bowiem jest tak, że doktorowi nauk humanistycznych (a taki tytuł ma arcybiskup Skworc) i jego współpracownikom nie wystarczyło pół roku, by zrozumieć, że mają obowiązek zgłaszać sprawy wykorzystywania Stolicy Apostolskiej. Albo – i to jest sytuacja jeszcze gorsza – słowa te znaczą, że nie wiadomo było wówczas, czy jasne zalecenia płynące z Watykanu traktować poważnie, czy też postępować po staremu. I – z braku doświadczeń – potraktowano je jak zwykle.

Cieszy mnie oczywiście, że arcybiskup bierze na siebie odpowiedzialność za dawne decyzje i przeprasza ofiary, ale martwi treść oświadczenia jego rzecznika. Uświadamia ona bowiem, nie po raz pierwszy zresztą, że podobne trudności z właściwym zrozumieniem dokumentów papieskich mogło mieć więcej polskich biskupów.

Dotychczasowe doświadczenia związane z tego rodzaju sprawami pozwalają mocno uwiarygodnić owo podejrzenie. A to oznacza, że problem ma nie tylko arcybiskup Skworc (który powinien bardzo rzeczowo wyjaśnić Watykanowi, jak również wiernym, dlaczego nie dopełnił swoich obowiązków), ale także wielu innych – emerytowanych i obecnych – polskich hierarchów.

Za te zaniedbania przyjdzie nam wszystkim jeszcze srogo zapłacić.