W przeddzień zbrodni wśród żydowskich mieszkańców Tykocina panował coraz większy niepokój. Mało kto jednak wierzył, że nadchodzi koniec. Niemcy mieli tylko policzyć Żydów.

Jako białostoczanin z urodzenia i przywiązania, zamiłowany krajoznawca, często bywam w Tykocinie – czy też Tiktinie – i to od najmłodszych lat. Nie ominęły mnie szkolne wycieczki do tego podlaskiego miasteczka, wtedy pozbawionego praw miejskich (mimo że starsze niż mój rodzinny Białystok). Tykocin zachował swój unikalny układ przestrzenny. „Miasteczko-bajeczka” – miała o nim mówić Agnieszka Osiecka. Wtedy jeszcze na jego głównym placu rosły drzewa, które później wyłamała wichura. Było łatwiej cofnąć się w czasie, przemierzając uliczki, na których w słońcu błyskały kocie łby.

Kiedy przekraczało się most na niewielkiej Motławie, wpadającej za chwilę do Narwi, wkraczało się do dawnej żydowskiej dzielnicy w Tykocinie. I trafiało do synagogi. Nie było tam jeszcze tłumów.

Ilekroć wracam do tego miejsca, próbuję sobie zrekonstruować jego przeszłość. Odtworzyć coś, co już nigdy nie wróci. I wyobrazić, jak wyglądałby ten Tykocin i wiele innych miast w Polsce, gdyby nie straszliwa zbrodnia z czasów wojny.

Żydowski Tykocin

W tym położonym nad Narwią miasteczku pierwsi Żydzi pojawili się w 1522 roku. Sprowadził ich ówczesny litewski właściciel Tykocina, Olbracht Gasztołd. Otrzymali wyspę otoczoną wodą, na której mogli zbudować synagogę. To ona stanowiła serce żydowskiej części miasta, nazywanej Kaczorowem.

Nastały złote czasy tykocińskiej społeczności. Stała się jedną z najbardziej prężnych wspólnot żydowskich, skupiając w swoich rękach handel i rzemiosło. Z upływem wieków jej liczebność rosła, osiągając połowę mieszkańców Tykocina. Wśród nich nie zabrakło wybitnych rabinów, autorów religijnych. To stąd pochodziła Rebeka Tykocińska – Riwka Tiktiner – autorka rozprawy „Meneket Riwka” o wychowaniu dzieci i o roli kobiety w ówczesnej społeczności żydowskiej, wydanej pośmiertnie w 1609 roku w Pradze.

Przed wybuchem drugiej wojny światowej Żydzi stanowili 44 proc. mieszkańców Tykocina – prawie 2000 osób

Dzieje Tykocina są burzliwe. Kolejne wojny zostawiały po sobie trwałe ślady. W ruinę popadł miejscowy zamek, znany z czasów Potopu. Mimo to jeszcze w XVIII wieku wśród tykocińskich Żydów nie brakowało osób zamożnych, korzystających z przywilejów kolejnych właścicieli miasta. W czasie zaborów Tykocin zaczął tracić na znaczeniu wraz z przeniesieniem głównych szlaków komunikacyjnych i budową kolei warszawsko-petersburskiej, przecinającej Narew kilkadziesiąt kilometrów na południe, na wysokości miejscowości Uhowo i Łapy.

Tykocińscy Żydzi trwali jednak w swoim miasteczku. Cios gospodarczemu życiu żydowskiej wspólnoty zadały niespokojne lata 1919-1920. Mimo to, jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej, Żydzi stanowili 44 proc. mieszkańców Tykocina – prawie 2000 osób.

„Z powodu wielu przyczyn natury gospodarczo-ekonomicznej na początku XX w. bogate, kupieckie, żywotne miasto Tykocin zaczęło ekonomicznie wegetować. Młodzież, nie mając perspektyw urządzenia się na miejscu, na fali emigracyjnej wyruszyła i rozpłynęła się po wszystkich stronach kuli ziemskiej. Początkowo szczególnie silny był prąd do Ameryki, a później, po pierwszej wojnie, młodzież, a nawet całe rodziny, ciągnęły do Erec Izrael” – wspominał w swojej relacji Menachem Turek.

Nadchodzi wojna i antysemityzm

Niemcy pojawili się po raz pierwszy we wrześniu 1939 roku. Jak relacjonował Turek: „Po zajęciu miasteczka żołnierze niemieccy chodzili od domu do domu. Zabrali wszystkich mężczyzn i umieścili w kościele razem z mężczyznami polskiej narodowości. Kościół został obstawiony bronią maszynową, bez wody i chleba ludzie ci przesiedzieli tam trzy dni, dopiero kiedy oddziały wojskowe pomaszerowały dalej, ludzie ci zostali wypuszczeni na wolność”. Miało dojść również do grabieży mienia żydowskiego.

Na mocy porozumienia Ribbentrop-Mołotow Tykocin znalazł się na zachodnich rubieżach Związku Sowieckiego. Samo pojawienie się Armii Czerwonej zostało przyjęte z nadzieją na przetrwanie. Do miasteczka napłynęli również żydowscy uchodźcy z terenów zajętych przez armię niemiecką.

Pod koniec czerwca 1941 roku Tykocin ponownie zajęli Niemcy. W próżni powstałej między nacierającymi na wschód oddziałami Trzeciej Rzeszy a siłami okupacyjnymi doszło do rabunków na żydowskich mieszkańcach Tykocina. Budził się antysemityzm sąsiadów. „Na początku lipca do Tykocina przybyli ze strasznymi, bolesnymi wieściami uchodźcy z sąsiednich miasteczek – Wizny, Jedwabnego i Trzciannego. Żydzi z Wizny i Jedwabnego zostali spędzeni do stodoły przez miejscowych Polaków z pomocą niemieckich żołnierzy i żywcem spaleni” – wspominał Turek.

Jak noc sederowa

Zagładę żydowskiego Tykocina zwiastowało przybycie niemieckich żandarmów. Od 16 sierpnia 1941 roku Niemcy przygotowywali się do zbrodni. Żydzi otrzymali zakaz opuszczanie miasteczka. Jednak hitlerowcy do końca starali się ukryć swoje prawdziwe zamiary. Zaczęły pojawiać się informacje o dołach wykopanych w lesie Łopuchowo. Z rąk Niemców zginął Dawid Mersz Orowicz, który opuścił Tykocin w celu zdobycia żywności w pobliskiej wsi.

„Kilka dni później, w niedzielę 24 sierpnia, o godzinie 6 wieczorem, ogłoszono (zgodnie z tykocińskim zwyczajem przez obębnienie na ulicach), że nazajutrz, 25 sierpnia, o godzinie szóstej rano mają się zebrać na rynku wszyscy Żydzi z Tykocina, mężczyźni, kobiety i dzieci, z wyjątkiem kalek i chorych” – czytamy w relacji Turka.

„Każdy siedział załamany u siebie w domu. Nikt nie spał” – wspominał noc przed zbiórką jeden z ocalałych

Wśród żydowskich mieszkańców Tykocina panował coraz większy niepokój. Jednak wciąż mało kto wierzył w to, że nadchodzi koniec. Nie brakowało głosów, że nic się nie stanie. Niemcy znani z przywiązania do porządku mieli tylko policzyć Żydów. A może przydzielić ich do przymusowej pracy, jak pisał w swojej powieści „Tykocin. Zniszczony świat” Mogens Kjelgaard[1].

Po ogłoszeniu zbiórki doszło do zebrania u rabina. Odrzucono propozycję ucieczki, która skończyłaby się wyłapaniem uciekinierów przez wrogie im otoczenie, a na tych, którzy zostaliby w Tykocinie, sprowadziłaby wyrok śmierci. Zapadła decyzja o stawieniu się na tykocińskim rynku.

„Każdy siedział załamany u siebie w domu. Ta noc była jak noc sederowa, długa jak żydowska diaspora, nikt nie spał” – wspominał Turek.

Doły, z których nie było ucieczki

W poniedziałek, 25 sierpnia 1941 roku, o szóstej rano, na rynek zaczęli ściągać żydowscy mieszkańcy miasta. Na miejscu Niemcy zadbali o pozory prowadzenia rejestracji zgromadzonych. Kiedy Żydzi zapełnili już cały plac, miejsce zbiórki zostało zamknięte. Gestapo i polska policja pomocnicza zaczęła rozdzielać ludzi na grupy, w zależności od wieku, płci czy też profesji.

Tylko niektórym udało się uciec. Jeden z ocalonych, Abram Kapica, tak opisywał tę chwilę: „Po jednej stronie ustawiono kobiety, starców i dzieci, a po drugiej stronie – mężczyzn zdolnych do marszu. Uformowano ich w szeregu czwórkami. Na czele kroczyli wysocy wzrostem: Chackiel di Hojcher, Jakub Choroszucha, kupiec drzewny oraz jego teść Mojsze Gar. Za nimi szli klezmerzy: krawiec Daniel Dojcz, grający na trąbce, Szmelke Sokołowicz, dobosz i Eli Kawka, skrzypek. Oficerowie gestapo kazali im grać pieśń Ha-Tikwa («Nadzieja») a potem zmusili ich do śpiewania razem z nimi piosenki niemieckiej «Kiedy płynie żydowska krew, Niemcy wygrywają wojnę ». Szereg ciągnął się na przestrzeni kilometra”[2].

Słabszych załadowano na samochody. Pędzeni przez Niemców Żydzi dotarli do wsi Zawady, gdzie zostali zamknięci w budynku miejscowej szkoły. Stamtąd było już bardzo blisko do lasu łopuchowskiego.

Niemcy próbowali od samego początku zacierać ślady zbrodni. Oficjalnie twierdzili, że w lesie grzebią jeńców wojennych

Droga z Zawad na miejsce kaźni była już krótka. Pod szkołę podjeżdżały ciężarówki i wywoziły kolejne grupy Żydów, mówiąc im, że celem ich podróży jest getto w Czerwonym Borze. Zamiast getta trafili jednak do dołów. Nie było już z nich ucieczki.

Niemcy próbowali od samego początku zacierać ślady tej zbrodni. Oficjalnie twierdzili, że w lesie grzebią jeńców wojennych. Taką wersję zdarzeń mieli usłyszeć okoliczni chłopi wezwani do zasypywania dołów. Pierwszego dnia zginęło 1400 osób.

Niemcy kontynuowali mord 26 sierpnia. Wraz z polską policją pomocniczą wyciągali z domów tych Żydów, którzy nie stawili się na rynku, w tym starców, osoby niedołężne i niepełnosprawne. Szacuje się, że na miejsce kaźni wywieziono kolejnych 700 osób. Do dwóch dołów wrzucano jeszcze żywe osoby. W głębokich na pięć metrów wykopach zginął prawie cały żydowski Tykocin. W sumie ponad dwa tysiące osób.

Ponury epilog

Przed egzekucją udało się uciec raptem 150 Żydom. Część z nich trafiła do białostockiego getta, gdzie ostatecznie też czekała na nich śmierć. Inni chcieli schronić się u okolicznych chłopów. Jeśli zostali schwytani, wywożono ich do łopuchowskiego lasu. Trafiali do trzeciego dołu śmierci.

Ponury epilog napisał listopad 1941 roku. W podtykocińskich wsiach Łaziuki i Tatary schwytano ukrywające się tam grupy Żydów. Oni również trafili do trzeciej zbiorowej mogiły.

Z dnia na dzień Tykocin stracił połowę swoich mieszkańców. W ich domach pojawili się rabusie, zabierając wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Nie oszczędzono cmentarza. Został zamieniony w pastwisko, a cmentarny płot i macewy posłużyły za budulec. Ograbiono wnętrze synagogi, zabierając z niego nawet drewniane elementy. Dziś mówi się, że do rangi cudu urasta fakt, że przetrwał jej budynek.

„25 sierpnia 1944 r., pierwszy raz po wyzwoleniu, my, resztki żydowskiego Tykocina, w liczbie 16 osób zebraliśmy się w łopuchowskim lesie przy masowych grobach naszych sióstr i braci, ojców i matek. Staliśmy z poruszonymi sercami na miejscu, gdzie nasi bliscy ostatni raz patrzyli na Boży świat i z okrzykami rozpaczy – «dlaczego?» lub wołając: Szma Izrael – zostali wrzuceni do tych głębokich dołów” – kończył swoją relację ocalały z zagłady Menachem Turek.

Pamiętajmy

W czasie wojny Tykocin utracił żydowskich mieszkańców. Po wojnie, w 1950 roku, stracił prawa miejskie. Odzyskał je dopiero po 43 latach. Obecnie miasteczko – także za sprawą sielankowych filmów Jacka Bromskiego – przyciąga coraz więcej turystów. Dziś dzięki wysiłkom konserwatorskim możemy oglądać odnowiony budynek XVII-wiecznej synagogi. Zobaczyć to, co pozostało z żydowskiego Tykocina.

Odwiedzając miasteczko, nie zapominajmy zatrzymać się choć na chwilę w pobliskim lesie Łopuchowo. Od parkingu przy szosie zaczyna się leśna ścieżka. To ostatnia droga żydowskich ofiar straszliwego totalitaryzmu. O czym myśleli? Chcieli żyć, a odebrano im to fundamentalne prawo. Nikt w XX wieku nie spodziewał się, że ludzie będą zdolni do takiego bestialstwa. Tykocińscy Żydzi praktycznie do ostatniej chwili nie spodziewali się, że czeka ich tak straszliwa śmierć.

Pamiętajmy o tych, którzy żyli obok nas.


[1] M. Kjelgaard, „Tykocin. A World Destroyed”, Kingman 2006.
[2] Cyt. za A. Lechowski, E. Wroczyńska, „Wielka synagoga w Tykocinie”, Białystok 2004, s. 14.