Dopóki kobiety w polityce nie będą oceniane wedle tych samych kryteriów co mężczyźni, dopóty historyczny wybór Kamali Harris na urząd wiceprezydenta przez Joe Bidena – niezależnie od rezultatów listopadowych wyborów – pozostanie tylko symbolicznym gestem. Kolejną aberracją systemu politycznego od lat faworyzującego biały patriarchat.

Kiedy demokrata Joe Biden zdecydował się w sierpniu na wybór swojej byłej przeciwniczki z prawyborów partyjnych na przyszłą kandydatkę do objęcia drugiego urzędu w państwie, mało kto był zdziwiony. Senator Kamala Harris, była prokurator generalna Kalifornii, od dłuższego już czasu pojawiała się bowiem na czele zestawień potencjalnych kandydatek.

Owszem, były momenty, kiedy do rangi faworytek dorastały inne finalistki żmudnego procesu selekcji – m.in. polityczny geek z Harvardu i senator z Massachusetts Elizabeth Warren; gubernator Michigan Gretchen Whitmer, z którą Biden miał rzekomo nadawać na tych samych falach; w końcu Susan E. Rice, była doradczyni do spraw bezpieczeństwa narodowego prezydenta Baracka Obamy.

Ze świecą jednak szukać tych, którzy wątpili w słuszność decyzji Bidena. 

Na kartach historii

Kamala Devi Harris, urodzona w Oakland w Kalifornii córka emigrantów – jamajskiego ekonomisty Donalda Harrisa i indyjskiej badaczki choroby nowotworowej Shyamali Gopalan – wydaje się kandydatką nieomal idealną. Na jej korzyść przemawia bezsprzecznie doświadczenie prokuratorskie, znajomość procesów legislacyjnych, a także jej talenty oratorskie i medialność.

Nie bez znaczenia pozostają jej biegłość w nawigowaniu systemem politycznym i liczne koneksje. Zwolennikiem jej kandydatury, jak donosiły media, miał być rzekomo dowódca mniejszości demokratycznej w Senacie, Chuck Schumer z Nowego Jorku. 

Gdyby Biden wygrał listopadowe wybory, to ta 55-latka pozostałaby najmłodsza w gronie najbardziej wpływowych demokratów – 80-letniej spikerki Izby Reprezentantów Nancy Pelosi z Kalifornii, 77-letniego Bidena i 69-letniego Schumera.

Wreszcie płeć i rasa czynią jej kandydaturę historyczną. To trzecia kobieta, która będzie ubiegała się o stanowisko wiceprezydenta jednej z dwóch głównych partii politycznych – po kongresmence z Nowego Jorku Geraldine Ferraro, walczącej o Biały Dom u boku demokraty z Minnesoty Waltera Mondale’a, i Sarze Palin, gubernator Alaski, która została wybrana w 2008 r. na to stanowisko przez sztab Johna McCaina, republikanina z Arizony.

W przypadku zwycięstwa w nadchodzących wyborach byłaby pierwszą Afroamerykanką i pierwszą Amerykanką pochodzenia południowoazjatyckiego piastującą urząd wiceprezydenta. 

Afroamerykanie resuscytują kampanię Bidena 

Biden już kilka miesięcy temu zakomunikował, że na stanowisko wiceprezydenta wybierze kobietę. Miało to zapewne wzbudzić nieco większy entuzjazm wobec jego kandydatury. Nie jest bowiem tajemnicą, że deklarujący głosowanie na niego w listopadowych wyborach robią to w większości ze względu na chęć odsunięcia od władzy Donalda J. Trumpa.

Gdyby charyzma była drugim imieniem Joe, to zapewne jego poprzednie kampanie wyborcze – z 1988 i 2008 r. – nie zakończyłyby się fiaskiem. Wybór Harris był w jego zamierzeniu ukłonem w kierunku kobiet i Afroamerykanów, tym bardziej koniecznym w czasach niepokojów społecznych po zabójstwie George’a Floyda i rosnącej siły ruchu Black Lives Matter

Kobiety od lata są siłą napędową Partii Demokratycznej. Konsekwentnie odrzucają polityczne zaloty republikanów. Wystarczy spojrzeć na rozkład głosów z trzech ostatnich wyborów: w 2016 r. aż o 12 proc. więcej kobiet oddało głos na Clinton niż na Trumpa, cztery lata wcześniej o 11 proc. więcej poparło Obamę niż Mitta Romneya, a w 2008 r. o 13 proc. więcej kobiet zagłosowało na Obamę niż na jego republikańskiego przeciwnika McCaina.

Afroamerykanie obu płci skutecznie tchnęli życie w kampanię Bidena. Dzięki ich poparciu wygrał w lutym tego roku prawybory demokratyczne w Południowej Karolinie, miażdżąc Bernie’ego Sandersa. Potem na fali zwycięstwa zdominował 3 marca wybory z tzw. super wtorku (Super Tuesday), kiedy wygrał aż 10 z 14 stanów, w których odbywały się głosowania. Niedługo potem Sanders zadeklarował, że nie będzie dłużej rywalizował z Bidenem, czyniąc go de facto kandydatem partii na urząd prezydenta. 

Antybohater amerykańskich feministek

Sztab Bidena od miesięcy szukał tej właściwej kobiety. Wybór Harris mógłby być o wiele bardziej znaczący, gdyby na samym wstępie nie sprowadzono rywalizacji o stanowisko drugiej osoby w państwie do politycznego konkursu piękności, gdzie głównym jurorem był kolejny biały mężczyzna w podeszłym wieku (za selekcję kandydatek odpowiadał 76-letni Christopher Dodd, były senator z Connecticut i bliski współpracownik Bidena).

Politycznym testamentem Bidena mogła być zmiana status quo, czyniąca z Partii Demokratycznej siłę idącą z duchem czasu i odzwierciedlająca zmiany społeczno-kulturowe w Ameryce. W rezultacie, cytując Trumpa, „jest jak jest”: nominacja senator z Kalifornii jest nagrodą pocieszenia, o którą mogła walczyć jedynie z przedstawicielkami własnej, „słabszej” płci. 

Polityczną wpadkę Bidena można by zrzucić na karb niefrasobliwości, gdyby nie historia mizoginizmu i seksizmu, którymi przesiąknięta jest polityka, czy szerzej – amerykańska kultura. Ze względu na długi staż w polityce Biden był świadkiem tejże historii. Sam zresztą stał się jej częścią. Także jako czarny charakter.

W 1991 r. przewodniczył senackiej komisji do spraw sądownictwa i był odpowiedzialny za organizowanie zeznań młodej prawniczki Anity Hill. W komisji zasiadało 14 białych mężczyzn. Hill oskarżyła sędziego Clarence’a Thomasa – nominowanego przez George’a H.W. Busha na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego – o molestowanie seksualne. Biden nie zrobił nic, kiedy członkowie komisji upokarzali Hill pytaniami o intymne szczegóły kontaktu z Thomasem i podważali jej wiarygodność.

W rozmowie telefonicznej z Hill po 28 latach od wydarzeń, wyraził ubolewanie nad tym, przez co przeszła, ale nie przeprosił jej. W „Good Morning America” wyznał tylko, że „bierze odpowiedzialność za to, że [Hill] była źle traktowana”. 

Czy umiesz piec jagodowe muffinki?

Biden powinien też pamiętać o wszystkich seksistowskich komentarzach wobec Shirley Chisholm, kongresmenki z Nowego Jorku, która starała się – bezskutecznie – o nominację prezydencką z ramienia Partii Demokratycznej w 1972 r.

Powinien pamiętać o tym, że Geraldine Ferraro pytano o to, czy potrafi piec jagodowe muffiny, by potem zapowiedzieć ją na konwencji demokratów w 1984 r. jako „numer 6”, nawiązując do rozmiaru jej sukienki. Wreszcie, powinien pamiętać rok 1994 r., gdy na wiecu przeciwników reformy służby zdrowia palono kukłę ówczesnej pierwszej damy, a zarazem propagatorki tejże reformy, Hillary Clinton.

W przypadku zwycięstwa w nadchodzących wyborach Harris byłaby pierwszą Afroamerykanką i pierwszą Amerykanką pochodzenia południowoazjatyckiego piastującą urząd wiceprezydenta

Najbliżsi współpracownicy Bidena winni go uczulić na to, że tylko 49 proc. mężczyzn i 59 proc. kobiet – jak wynika z najnowszych badań opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych – czułoby się komfortowo z kobietą u władzy.

Ponadto historia Trumpa używającego w stosunku do kobiet najróżniejszych epitetów – nazywał je „świniami”, „psami”, „obleśnymi zwierzętami” czy „oblechami” – powinna stanowić lekcję, z której wyciąga się wnioski. Biden przeszedł nad nimi do porządku dziennego. 

Ohydne ataki

Jakkolwiek by było, historia potoczyłaby się tak samo: niczym stary kotlet odgrzano by absurdalną teorię dowodzącą, że Harris – jak wcześniej Obama – nie jest uprawiona do ubiegania się o urząd wiceprezydenta. I rzeczywiście, tak zrobiono. Prym znów wiódł Donald Trump, wspierany przez sojuszników z telewizji FOX News i, nieoczekiwanie, „Newsweeka”. 

Efekt kuli śnieżnej mieli wzmocnić radykalni prawicowi komentatorzy, ignoranci i mizoginiści głosujący na Trumpa, czy wreszcie – jego dzieci. Tak, też się wydarzyło. Dinesh O’Souza zastanawiał się w FOX News, czy Harris ma prawo określać się mianem Afroamerykanki. Popularny prezenter tejże stacji Tucker Carlson usilnie przeinaczał wymowę jej imienia, nawet po tym, jak został poprawiony przez swojego rozmówcę. Syn prezydenta Eric Trump polubił na Twitterze post – który został potem usunięty – określający wybór Harris słowem „whorendous” (gra słów: słowo „tremendous” znaczy fantastyczny, wspaniały, a „whore” to dziwka). Wreszcie, jeden z redaktorów Wikipedii zmienił imię Harris z Kamala na „Cuntala” (kolejna gra słów: słowo „cunt” znaczy „cipa”), doprowadzając do tego, że „Cuntala Harris” była czołowym wynikiem zapytania o imię świeżo wybranej kandydatki do objęcia drugiego urzędu w państwie pokazywanym przez wyszukiwarkę Google’a.

W multikulturowych Stanach Zjednoczonych rozmowa o tożsamości osób wielorasowych to wciąż temat tabu

Biden nie jest winien seksizmu i mizoginizmu Amerykanów. Jest jednak winny zaniedbania i był lekkoduchem w tych kwestiach. Świadczą o tym nie tylko sposób potraktowania Hill czy selekcji Harris, lecz także pojawiające się ostatnio oskarżenia o nadmierne spoufalanie się z kobietami i molestowanie ich. Warto wspomnieć, że zarzut napaści seksualnej wysunęła pod jego adresem była doradczyni z lat 90. Tara Reade. 

(Jedna) kropla przelewa czarę

Kiedy w trakcie prawyborów poproszono Harris o zdefiniowanie własnej tożsamości, odparła: „Jak określam samą siebie? Określam siebie mianem dumnej Amerykanki”. Kandydatka na urząd wiceprezydenta, owszem, mówi o swojej przeszłości, jednakże – czego świadectwem zacytowana wypowiedź – jak ognia boi się zaszufladkowania. Nic w tym dziwnego – jak pokazują badania, wielorasowi Amerykanie spotykają się często z kwestionowaniem ich tożsamości.

W multikulturowych Stanach Zjednoczonych, gdzie wielorasowi Amerykanie stanowią według Pew Research prawie 7 proc. dorosłej populacji – a liczba ta do 2060 r. ma wzrosnąć trzykrotnie – rozmowa o tożsamości osób wielorasowych to wciąż temat tabu. Dlatego też niewiele było publikacji skupiających się w 2016 r. na fakcie, że Harris została pierwszą Amerykanką południowoazjatyckiego pochodzenia wybraną do Senatu, podkreślano natomiast jej Afroamerykańską tożsamość. 

Dyskurs o rasie jest determinowany również przez tzw. zasadę jednej kropli krwi (one-drop rule). To relikt z czasów niewolnictwa stanowiący, że osoba posiadająca domieszkę choćby jednej kropli krwi rasy czarnej, jest uważana za przedstawiciela tejże rasy. Naukowcy z Harvardu doszli przed kilkoma laty do wniosku, że osoba wielorasowa nie jest traktowana przez większość jako pełnoprawny członek grup etnicznych, z których wywodzą się jej rodzice. Jest ona kategoryzowana jako członek grupy o niższym statusie społecznym. To wyjaśnia, dlaczego południowoazjatycki aspekt tożsamości Harris bywa często przemilczany, zarówno przez nią samą, przez komentatorów politycznych, czy też jej przeciwników. 

Kwiatek do kożucha?

Kamala Harris – między innymi z racji na wiek Bidena – ma szanse już wkrótce zostać najbardziej wpływowym wiceprezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. W dniu zaprzysiężenia będzie on miał aż 78 lat i byłby najstarszym prezydentem w historii. Harris może objąć urząd również w przypadku jego problemów zdrowotnych czy śmierci. To właśnie w ten sposób najczęściej dojście kobiety do władzy pokazywane było w popkulturze – czy to w serialu „Veep” produkcji HBO, czy kultowym „House of Cards”, gdzie Claire Underwood grana przez Robin Wright zostaje prezydentem USA po tym, kiedy jej mąż, Frank (Kevin Spacey), zrzeka się urzędu. 

Biden nie jest winien seksizmu i mizoginizmu Amerykanów. Jest jednak winny zaniedbania i był lekkoduchem w tych kwestiach

Gdyby Biden nie ubiegał się o reelekcję w 2024 r., co wydaje się wielce prawdopodobne, Harris byłaby bez wątpienia jedną z faworytek – aczkolwiek nie pewniakiem – do zdobycia nominacji partyjnej. Po drugiej wojnie światowej aż 8 z 13 wiceprezydentów, nie licząc Mike’a Pence’a, uzyskało nominację swojej partii. Jednakże raptem trójka – Richard Nixon, Lyndon Johnson i George H.W. Bush – wygrała wybory i została zaprzysiężona na urząd prezydenta.

Co więcej, Harris nie została wybrana, aby ratować tonącą polityczną szalupę. Nie stoi na „szklanym klifie”, jak to było w przypadku Ferraro czy Palin (tak psychologowie określają decyzje o awansie kobiet w momencie, kiedy prawdopodobieństwo niepowodzenia jest większe niż zazwyczaj). To właśnie fakt, że najwyższy urząd w państwie jest w zasięgu jej ręki, przesądza o częstotliwości ataków i o tym, że są one tak ohydne, częstokroć gorsze nawet niż te sprzed kilku dekad. 

Biały patriarchat ma się dobrze 

Dopóki kobiety w polityce nie będą oceniane jednak wedle tych samych kryteriów co mężczyźni, dopóty historyczny wybór Kamali Harris przez Joe Bidena – niezależnie od rezultatów listopadowych wyborów prezydenckich – pozostanie tylko symbolicznym i nic nie znaczącym gestem, kolejną aberracją systemu politycznego od lat faworyzującego biały patriarchat.

Pozostaje mieć nadzieję, że szybko urzeczywistni się marzenie wybrzmiewające w dokumencie „Hillary” produkcji Hulu – będącym portretem Clinton, lecz także doskonałym studium amerykańskiego feminizmu przełomu XX i XXI wieku – a tak pięknie ujęte przez idolkę Harris, Shirley Chisholm: „Mam nadzieję, że zostanę zapamiętana ze względu na to, co dokonałam, a nie ze względu na to, kim jestem”.