Lęk przełamuje się w spotkaniu jeden na jeden. Dziś spotykają się głównie symbole, np. krzyż z tęczą, a nie twarze – mówi Michał Oleszczyk w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”.

Rozmowa Michała Okońskiego z Michałem Oleszczykiem, konsultantem scenariuszowym, filmoznawcą i krytykiem, wykładowcą Wydziału „Artes Liberales” UW i Warszawskiej Szkoły Filmowej, autorem podkastu „SpoilerMaster”, ukazała się 19 sierpnia w „Tygodniku Powszechnym”.

Oleszczyk 8 sierpnia zamieścił na Facebooku osobisty wpis: „Jesteśmy jako LGBT+ siłaczkami i siłaczami, bo od najwcześniejszych lat szkolimy się w wytrzymałości na szczególny rodzaj bólu. (…) To jest ból wymuszonej niewidzialności; wymuszonego ignorowania siebie samego”. W rozmowie z „TP” przyznaje, iż miał nadzieję, że jego opowieść „przyniesie komuś otuchę”. „Na najprostszym poziomie: że ktoś usłyszy «nie jesteś sam». Albo «nie jesteś sama»” – dodaje, zastrzegając, że to nie był jego coming out, bo zdarzyło mu się już wcześniej mówić o swojej orientacji.

„Problemem naszego czasu jest to, że każdy skupia się wyłącznie na własnym bólu”, zaś „Polacy to bardzo niewypłakany naród” – zauważa filmoznawca. Na uwagę Okońskiego „No to niech się wypłaczą. Niech wyrażą swój ból, żal i gniew – zwłaszcza słuszny”, odpowiada: „Gniew to paradoksalne uczucie”. „Mówimy o emocji, o akcie, ale też o jednym z grzechów głównych – w dodatku chyba jedynym, o którym wiemy, że Jezus też go popełnił, wywracając stoły kupców w świątyni” – zwraca uwagę, podkreślając, że nawet słuszny gniew jest grzeszny, bo „choć pozwala przeciwstawić się niesprawiedliwości, ma niebywałą właściwość zamykania oczu na innych – głównie na tych, na których się gniewamy. Zaślepia”. „Byłoby fantastycznie, gdyby energię gniewu dało się użyć wyłącznie do naprawiania krzywd, i chciałbym, żeby obecna erupcja gniewu osób LGBT+ też była źródłem zmiany na lepsze” – mówi Oleszczyk.

Wyjaśnia, że do wspomnianego Facebookowego wpisu skłoniła go sytuacja, którą niedawno przeżył w pendolino. Gdy już wysiadał z pociągu, usłyszał końcówkę rozmowy współpasażerów, w której padło zdanie: „LGBT, LGBT… Ja zawsze mówię: niech to zna swoje miejsce i wszystko będzie OK”. „Poczułem, że chcę wreszcie powiedzieć, że LGBT+ to nie jakieś «to», tylko sąsiad z przedziału, który pomógł wam wsadzić walizkę na półkę i myślał o was sympatycznie, choć wy się nie zachowywaliście sympatycznie” – mówi, zastrzegając, że w jego tekście nie było gniewu na ludzi podobnych do tamtych współpasażerów, „raczej na polityków, którzy w ostatnich miesiącach wywołali tyle złych emocji”.

„Mnie najbardziej irytuje to, jak moje państwo nie rozpoznaje rzeczywistości: że sfera jego usług publicznych czy prawodawstwa nie obejmuje sporej grupy Polek i Polaków. Przecież związki osób LGBT+ to nie jest wydumany problem. My już żyjemy w związkach. To, jak musimy się nagimnastykować, żeby prawnie zagwarantować sobie coś, co dla każdego związku jest elementarne, czasami staje się wręcz torturą – zadawaną właśnie przez państwo” – tłumaczy.

Homofobia – przyznaje krytyk – jest „strategią obronną przed spotkaniem z sobą samym”. „Nie w znaczeniu zwulgaryzowanym: «masz takie skłonności, tylko boisz się przyznać». Chodzi o coś głębszego, bardziej egzystencjalnego. Jestem czytelnikiem Levinasa, więc powiem, że chodzi o spotkanie z twarzą innego. I że dzisiaj spotykają się głównie symbole innego – np. krzyż z tęczą – a nie twarze. Każdy lęk najłatwiej przełamuje się przecież w spotkaniu jeden na jeden” – precyzuje. Jak podkreśla, „osoby LGBT+ są w bólu wyćwiczone i znają miliony małych ukłuć, a oddanie sprawiedliwości bólowi jest istotą człowieczeństwa”.

Filmoznawca wyznaje, że ma „obraz społeczeństwa jako wielkiego zgromadzenia przy stole: każdy przyniósł swoją potrawę, każdy siada do wieczerzy, a potem dzielimy się obowiązkami przy zmywaniu”. Jednocześnie wyjaśnia, że „jedną z egzystencjalnych strategii, które osoby LGBT+ przyjmują, żeby nadrobić deficyt właściwej samooceny, jest albo pracoholizm, albo nadmierne wręcz nakierowanie na służbę innym”. „Ale ja już wiem, że to nie jest tak, że «zasłużyłem sobie» na miejsce przy stole, choćby pracą dydaktyczną. Ja na to miejsce zasługiwałem od samego początku, przez sam fakt bycia człowiekiem” – mówi.

DJ