Nie wolno zatrzymać się na poziomie polemik. Trzeba próbować sięgnąć głębiej – do serca młodych. Wymaga to czasu, cierpliwości, uwagi, dobrej woli, wzajemnego szacunku i zaufania.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/2003.

Kubie H.-P.

Niedawno zostałem zaproszony do udziału w dyskusji w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej pod tytułem: „Jak współczesnej młodzieży mówić o Bogu?”. Przez dwa lata pracowałem jako katecheta w jednym z warszawskich liceów. To trudne doświadczenie, w którym poczucie sensu i spełnienia mieszało się z poczuciem porażki i niemożności, nauczyło mnie jednego: że młodym ludziom nie wystarczy „mówić o Bogu” – z nimi trzeba koniecznie o Bogu rozmawiać.

Już w samym sformułowaniu: „jak współczesnej młodzieży mówić o Bogu?” przy pewnej dozie podejrzliwości można doszukać się ukrytego założenia, że oto my, dorośli, mamy gotową wiedzę o Bogu, znamy całą prawdę o Nim, a problem polega jedynie na znalezieniu odpowiedniego języka, którym tę prawdę uda nam się przekazać młodym. W tym sensie „mówić o Bogu” mogłoby oznaczać: „pouczać młodzież o Bogu”, czyli przekazywać jakąś wiedzę „z góry do dołu”. My mówimy, oni słuchają. Myślę, że nieraz stajemy przed tego rodzaju pokusą (zwłaszcza młodzi księża, którzy zasmakowali już ambony, a stają w szkole przed młodzieżą). Kto by nie chciał znaleźć się w takiej komfortowej sytuacji: znam prawdę, wychodzę przed ludzi, a oni z aprobatą przyjmują to, co mówię…

Oczywiście misją i zadaniem Kościoła jest przepowiadanie Ewangelii i głoszenie katechezy. Są sytuacje, kiedy trzeba po prostu „mówić o Bogu”. Zawsze jednak warto zdawać sobie sprawę, kto jest naszym słuchaczem i adresatem. I – szczególnie w przypadku młodzieży – jeśli tylko okoliczności na to pozwalają, naszemu „mówieniu o Bogu” powinna towarzyszyć „rozmowa o Bogu”.

Podejmując, po świeżo ukończonych studiach teologicznych, pracę katechety w liceum, i ja wyobrażałem sobie naiwnie, że oto stanę przed zasłuchaną i wpatrzoną we mnie gromadką chłopców i dziewcząt i będę im wykładał o tajemnicach wiary, o Bogu, o Biblii. Nic z tego! Choć bardzo się starałem, okazało się to niemożliwe, bo oni – niektórzy tylko z początku, inni do samego końca – w ogóle nie chcieli mnie słuchać. Ten zimny prysznic był dla mnie jednak błogosławionym doświadczeniem. Zrozumiałem, że będę mógł ewentualnie mówić (wykładać) moim uczniom o tajemnicach wiary dopiero wtedy, gdy uda mi się nawiązać z nimi ludzki kontakt, czyli – gdy spróbuję zainicjować dialog, rozmowę.

Po dwóch latach odszedłem ze szkoły, ze świadomością, że prawdziwa rozmowa z młodzieżą o Bogu w ramach systemu szkolnego jest czymś ogromnie trudnym. Dla mnie okazało się to zadaniem ponad siły. Nie o tym chcę jednak mówić. Czasami bowiem udawało nam się – mnie i moim uczniom – przeżyć zalążek takiej rozmowy. I tym pozytywnym doświadczeniem pragnę podzielić się z czytelnikami.

Nawiązać dialog

Nawiązanie rozmowy o Bogu nie jest proste. Wymaga pewnej dozy zainteresowania, zaangażowania – i to z obu stron. A na szkolnej lekcji religii bywa z tym różnie… Rozmowa zakłada też dopuszczenie do głosu drugiej strony. Nauczyciel musi więc być gotów wysłuchać swoich uczniów i wręcz powinien zachęcić ich do wypowiadania się, nawet jeśli czasami będą mówić głupstwa. Bardzo wskazana jest tu forma pisemna, która sprzyja skupieniu i powadze, gwarantuje intymność i dyskrecję.

W mojej szkole każda klasa była trochę inna, ale wszędzie osoby „wierzące i słuchające” stanowiły zdecydowaną mniejszość. Inną kategorię stanowili kontestatorzy, których obecność była o tyle cenna, że świadczyła już o jakimś zaangażowaniu. Niestety, dominowała postawa obojętności. Może jednak u wielu była to tylko ostrożność, wstyd przed kolegami, maska, barwy ochronne?

W jednej ze starszych klas miałem jednak ułatwione „wejście”. Zaraz na początku natarli na mnie bowiem krytycy Kościoła. Zaproponowałem im, że skoro tyle rzeczy w Kościele ich boli, to możemy poświęcić tej kwestii całą następną lekcję. Poprosiłem, aby się starannie przygotowali, i zapewniłem, że każdy będzie mógł się w pełni wypowiedzieć. Tak się też stało. Usiadłem między uczniami, a oni po kolei wychodzili na środek klasy i ex cathedra przedstawiali w uporządkowany sposób swoje zarzuty. Słuchałem cały czas w milczeniu, robiąc notatki. Reszta klasy też słuchała w ciszy (a ja w duchu zacierałem ręce, że wreszcie nikt nie rozmawia). Tak minął nam czas aż do dzwonka. Oznajmiłem uczniom, że wypowiem się na następnej lekcji, i wyraziłem nadzieję, że będą mnie słuchali z taką samą uwagą, jak ja słuchałem ich.

Młodym ludziom nie wystarczy „mówić o Bogu” – z nimi trzeba koniecznie o Bogu rozmawiać

Za tydzień przywitali mnie słowami: „Czy pan się przygotował?”… Najpierw doceniłem ich zaangażowanie, ich idealizm, wyrażający się w oczekiwaniu, że każdy ksiądz będzie mądry, święty i nieskazitelny. Wyjaśniłem też pewne nieporozumienia, a potem przeszedłem do tego, co najważniejsze: uświadomiłem im istnienie tajemnicy Kościoła, ludzkiej ułomnej wspólnoty, w której na pewno obecny jest w sposób duchowy i sakramentalny sam Jezus Chrystus, i która tylko dlatego jest święta. Udało mi się przy okazji wspomnieć o Soborze Trydenckim i wyjaśnić zasadę ex opere operato (łaska sakramentalna działa na mocy zbawczej męki Chrystusa, nawet wtedy, gdy szafarz jest niegodny). „Tak więc – zaapelowałem na koniec – krytykując słusznie to, co jest złe w Kościele, nie wylewajmy dziecka razem z kąpielą”… Od tej pory nie skarżyłem się w tej klasie na brak zaangażowania ze strony uczniów, choć nieraz jeszcze toczyliśmy ostre spory.

Kiedy bowiem dopuścimy uczniów do głosu, to – biorąc oczywiście poprawkę na nieuniknione w tak młodym wieku pozerstwo i świadome prowokacje – przekonamy się niestety, do jakiego stopnia ich świadomość podlega dziś szkodliwym wpływom masowej kultury, powodującej swoiste „pomieszanie pojęć”, narzucającej podstępnie różne półprawdy na temat człowieka, ludzkiej seksualności, historii Kościoła itd. Trzeba więc prostować rażące błędy w myśleniu, ale nie można przy tym dać się wciągnąć w pułapkę słownych polemik i w demaskowanie „złego świata”. Młodzi ludzie traktują bowiem często polemikę z dorosłym (wychowawcą czy rodzicem) jako swoisty ring, na którym chodzi im o pokonanie przeciwnika za wszelką cenę.

Zrozumieć

Moje szkolne doświadczenie przekonało mnie, że jeśli chcemy naprawdę rozmawiać z młodzieżą o Bogu, to nie wolno zatrzymać się na poziomie polemik. Trzeba próbować sięgnąć głębiej – do ich serca. Wymaga to czasu, cierpliwości, uwagi, dobrej woli, wzajemnego szacunku i zaufania. Kilka razy udało mi się nawiązać taki głębszy dialog. Mogłem się wówczas przekonać, że w tych młodych dziewczętach i chłopcach są, często szczelnie opakowane i zamaskowane: wrażliwość na krzywdę, pragnienie dobra, tęsknota za prawdziwą miłością i szczęściem rodzinnym, potrzeba bezpieczeństwa, poczucie godności. Z drugiej strony także – różne zranienia i rozczarowania, poczucie zagubienia, lęk przed dorosłym życiem, przed przyszłością.

W młodszych klasach, gdzie była stosunkowo duża frekwencja (w klasach maturalnych na religię zapisana była już tylko połowa, a przychodziło jeszcze mniej), na ogół przeszkadzał mi cały czas lekki „szumek”. Pamiętam jednak parę sytuacji, kiedy zrobiła się absolutna cisza. Był to dla mnie zawsze sygnał, że jakimś słowem, myślą czy pytaniem „trafiliśmy w dziesiątkę”, to znaczy dotknęliśmy jakiegoś ważnego dla nich problemu. Kiedyś przeprowadzaliśmy analizę strukturalną ewangelicznej opowieści o uczcie u faryzeusza Szymona. We wstępie nawiązałem do uczty jako biblijnego obrazu szczęścia wiecznego i odwołałem się do uniwersalnego doświadczenia wieczornego posiłku, kiedy to wszyscy członkowie rodziny, po trudach dnia, spotykają się przy jednym stole i, jedząc smaczne rzeczy, z miłością i zaufaniem dzielą się ze sobą swoimi przeżyciami, osiągnięciami i porażkami, marzeniami i troskami… Czy może być większe szczęście? – zapytałem retorycznie. Zrobiła się cisza. O co chodzi? – pomyślałem. Wreszcie jakiś śmiałek (chłopak, który zwykle lubił błaznować) stwierdził ponuro: u mnie tak nie jest…

Kiedy indziej opowiadałem uczniom o pewnym własnym przeżyciu. Otóż autobus, którym jechałem, zatrzymał się na przystanku tuż obok kolejki bezdomnych i bezrobotnych czekających na otwarcie darmowej stołówki prowadzonej przez kapucynów, a ja mimowolnie patrzyłem przez szybę na smutne twarze tych zwyczajnie wyglądających ludzi, myśląc, że i ja mógłbym być jednym z nich… W rozgadanej zwykle klasie zrobiła się grobowa cisza.

Szczególnie ważne jest, by ukazywać młodym Boga nie tylko jako Stwórcę, Prawodawcę i Sędziego, ale jako Zbawcę, źródło siły życiowej, Ducha Pocieszyciela, mającego moc przemienić ludzkie życie

Nie zapomnę, jak pod koniec lekcji o Ośmiu Błogosławieństwach jeden z chłopaków wykrzyknął: „To bez sensu! Dzisiaj tak się nie da. Błogosławieni, którzy mają pieniądze…”. Myślę, że nie był to z jego strony cynizm, raczej wyraz bólu i protestu.

Pouczające było też dla mnie doświadczenie całego cyklu lekcji w klasach maturalnych – o miłości małżeńskiej i katolickiej etyce seksualnej. Bałem się podjęcia tego tematu, wiedząc, jakie budzi kontrowersje. Chciałem podejść do sprawy pozytywnie, a nie od strony zakazów. Jako punkt wyjścia przyjąłem więc „teologię ciała” Jana Pawła II. Mówiłem, jak piękną rzeczą jest pożycie seksualne będące wyrazem wzajemnego, bezwarunkowego oddania kochających się, wiernych sobie małżonków. Nie było żadnej reakcji… Czułem, że rzucam kulą w płot. W końcu postanowiłem podejść od innej strony. Słuchajcie – powiedziałem – małżeństwo to jest droga niesłychanie trudna, po latach człowiek poznaje bez reszty własną nędzę i słabości współmałżonka, przychodzi zniechęcenie, i w takiej sytuacji budowanie jedności graniczy z cudem. Właśnie dlatego potrzebny jest Chrystus, czyli bezinteresowna życzliwość, przebaczenie, cierpliwość, modlitwa i łaska. Dlatego warto jeszcze przed ślubem Jemu zaufać, przyjąć Jego twarde warunki, zaprosić Go do nas dwojga… Od tego momentu w lekcjach nastąpił jakby przełom. Otworzyli się, zaczęli się wypowiadać i nagle zwiększyła się frekwencja. Zrozumiałem, że idealny obraz małżeństwa, jaki zaserwowałem im na początku, zbyt kontrastował z ich trudnym życiowym doświadczeniem (wielu z nich miało rozwiedzionych albo skłóconych rodziców), natomiast sam temat okazał się dla nich niesłychanie ważny. Doszło do tego, że na początku lekcji przez parę tygodni odmawialiśmy specjalną modlitwę o spotkanie na drodze życia tej jedynej osoby, na którą warto czekać.

Te doświadczenia nauczyły mnie więc, że w „rozmowie o Bogu”, podejmowanej z młodymi ludźmi – czy to będzie lekcja religii, czy spotkanie w jakiejś grupie – ogromnie ważne jest wsłuchanie się w najgłębsze pragnienia ich serca, w ich niepokoje, zranienia i lęki. Niewątpliwie żyjemy w czasie ogólnego kryzysu kultury, załamania się dotychczasowych wzorów życia, konfrontacji ze światem bezwzględnej konkurencji, budzącym lęk nie tylko w słabszych i mniej zdolnych, ale też w silnych i utalentowanych (lęk, że nie sprostają stawianym sobie wymaganiom, że przegrają…). Doświadczenie codzienne i powierzchowna obserwacja świata budzą często zniechęcenie, prowadząc do rezygnacji, bierności, zamykania się w sobie albo szukania ucieczki w różnych namiastkach. W tej sytuacji szczególnie ważne jest, by ukazywać młodym Boga nie tylko jako Stwórcę, Prawodawcę i Sędziego, ale jako Zbawcę, źródło siły życiowej, Ducha Pocieszyciela, zdolnego przemienić i uszczęśliwić ludzkie serce, mającego moc przemienić ludzkie życie i – odnowić świat. Wbrew przeróżnym zagrożeniom i ciemnym chmurom gromadzącym się na horyzoncie, my, dojrzali chrześcijanie, powinniśmy głosić wchodzącym w życie pokoleniom prawdziwie Dobrą Nowinę, niosącą nadzieję i radość.

Uznać dobro

W rozmowie-dialogu dorosłego chrześcijanina z młodzieżą uczestniczą dwie strony. Jeśli dokonuje się prawdziwe spotkanie i dzielenie się wiarą, może się zdarzyć, że ten, który pragnie obdarowywać, sam nieoczekiwanie zostanie obdarowany.

Wielokrotnie byłem zaskoczony głębią wiary niektórych chłopców i dziewcząt, i to niekoniecznie tych, którzy w odpowiedzi na moje teologiczne pytania grzecznie recytowali zapamiętane z dzieciństwa formułki katechizmowe. Często ci najgłębiej myślący i zaangażowani byli najbardziej milczący. I dopiero w jakiejś kolejnej pracy pisemnej (a lubiłem stawiać pytania otwarte) dawali wyraz swoim zaskakująco dojrzałym, oryginalnym przemyśleniom.

Kiedyś jako temat pracy pisemnej zaproponowałem rozwinięcie jednego z trzech danych do wyboru cytatów z Nowego Testamentu. Jeden z nich brzmiał: „Zbliżajcie się do Boga, a On przybliży się do was” (Jk 4, 8). Różne były interpretacje tych słów, niektóre zupełnie błędne (na przykład: że Bóg jest dla nas łaskawy dopiero wtedy, gdy spełniamy Jego przykazania). Jeden chłopak, który zwykle siedział na lekcjach z lekko wyzywającą, łobuzerską miną i nie odzywał się, napisał lakonicznie: „Jeśli pragniesz, żeby Bóg zagnieździł się w twoim sercu, to musisz dać Mu znak”. Bardzo go pochwaliłem i wobec zdziwionej klasy dokonałem egzegezy tego uczniowskiego logium: Bóg został tu porównany do ptaka (gołębica jest symbolem Ducha Świętego – przypominają się też słowa psalmu: „Ukryj nas w cieniu Twych skrzydeł…”), a ludzkie serce – do pustego gniazda; Bóg jest delikatny, szanuje wolność człowieka i dlatego czeka na jego przyzwolenie…

Rozmawiając z młodymi ludźmi o Bogu, nigdy nie należy udawać, że wiara w Niego jest czymś oczywistym ani łatwym

Przekonałem się też, jak trzeba być ostrożnym w osądzaniu młodych ludzi. Na początku roku zgłosił się do klasy maturalnej nowy uczeń i przedstawił jako niewierzący. Przyprowadziła go dziewczyna, która siedziała obok niego i uśmiechała się do mnie pojednawczo. Sam chłopak miał minę, którą odczytałem jako wyzywającą. W pierwszej chwili nie wzbudził bynajmniej mojej sympatii, ale oczywiście zgodziłem się go przyjąć. Już po kilku lekcjach zorientowałem się, że jest wybitnie inteligentny. Przy każdej okazji jednak kontrował to, co mówiłem. Kiedy na sprawdzianie podjął temat historycznych błędów Kościoła, a do dzwonka nie zdążył dokończyć swego demaskatorskiego wywodu, zaproponowałem mu, by kontynuował pisanie w domu i oddał mi swoją pracę później.

Po tygodniu podszedł do mnie na korytarzu i wręczył parostronicowy tekst napisany starannie na komputerze. „To na inny temat”, wyjaśnił lekko zażenowany. W domu stwierdziłem ze zdumieniem, że jest to całkiem interesujący esej, stawiający pytania filozoficzne, których nie powstydziłby się sam Heidegger. Osiemnastoletni Łukasz (który z pewnością Heideggera nie czytał) używał takich określeń, jak „sens wszystkiego”, „po co żyć”, „lęk egzystencjalny”… Umówiłem się z nim w szkolnej czytelni. Rozmawialiśmy przez godzinę o jego tekście, a także o jego życiu i planach na przyszłość. Nie próbowałem go wcale przekonywać do wiary w Boga – znał przecież moje stanowisko. Powiedziałem tylko: „Nie rezygnuj nigdy ze swego maksymalizmu w szukaniu prawdy, a kiedyś ją znajdziesz”. Potem, na rozdaniu matur, Łukasz i jego dziewczyna podeszli do mnie z kwiatami… Nie wiem, co się z nim teraz dzieje. Był w tym pewien paradoks, że udało mi się trafić do serca chłopaka niewierzącego, podczas gdy „wierząca i niepraktykująca” większość pozostała obojętna i bierna.

Nie ukrywać trudności

Myślę, że rozmawiając z młodymi ludźmi o Bogu, nigdy nie należy udawać, że wiara w Niego jest czymś oczywistym ani łatwym. Wiara jest łaską, darem samego Boga. I wcale nie jest tak, że zawsze otrzymujemy ją w przekazie od innych. Często rodzi się w tajemniczy sposób w głębi naszego serca, przychodzi nagle jak olśnienie, albo przedziera się jak niewyraźne światełko w ciemnościach, gdy jesteśmy pogrążeni w rozpaczy. Nie jest też czymś niezmiennym. Jest spotkaniem żywego człowieka z tajemnicą żywego Boga i dlatego jest rzeczywistością dynamiczną – w trakcie naszego życia rozwija się, dojrzewa, ale może też ulegać rutynie bądź przejściowym kryzysom i załamaniom.

Wiadomo, że okres wczesnej młodości to czas przewartościowań, krytycyzmu, zwątpień i poszukiwań, a także trudnych wyborów, podejmowanych często w osamotnieniu. Wiele się mówi o samotności osób w podeszłym wieku, a zapomina się, jak straszna może być samotność w okresie dorastania, często przeżywana w środku dysfunkcjonalnej rodziny i obojętnej albo wrogo nastawionej szkoły. Przekonałem się wielokrotnie, że trzeba być bardzo delikatnym w ocenianiu wiary bądź niewiary młodych chłopców i dziewcząt, a do wątpiących i kontestujących – odnosić się ze zrozumieniem. Myślę, że nie ukrywając przed nimi trudności, jakie niesie z sobą wiara i samo życie, dorosły chrześcijanin może stać się tylko bardziej wiarygodny. Paradoksalnie, możemy w ten sposób młodym, wystawionym na ciężkie życiowe próby, dodać otuchy i pomóc im w zbliżeniu się do Boga.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/2003.