W sierpniu 1933 roku z rąk irackich żołnierzy, Arabów i Kurdów mogło zginąć nawet sześć tysięcy Asyryjczyków. Wtedy i dziś świat zdaje się nie pamiętać o tragicznym losie tego starożytnego ludu.

Simele jest nazwą, która dziś kojarzy się Asyryjczykom z ludobójstwem na ich społeczności. 7 sierpnia 1933 roku wojska niepodległego już Iraku przy pomocy miejscowych Arabów i Kurdów dokonały pierwszej masakry. Pierwszej, bo nastąpiły po niej kolejne – w sumie 63 pacyfikacje asyryjskich wsi i pogrom w Mosulu. W ten sposób irackie władze postanowiły pozbyć się problemu asyryjskiego, uznawanego za zagrożenie integralności terytorialnej ich państwa.

Asyryjczycy mieli już za sobą doświadczenie ludobójstwa z 1895 i 1915 roku, wykonanego przez Turcję przy okazji genocydu Ormian. W praktyce mordowano wszystkich chrześcijan, a ormiańskość stała się wyłącznie pretekstem do rozpoczęcia zaplanowanej zbrodni. Tej masakry nie przeżyło około dwóch trzecich Asyryjczyków rozrzuconych po Bliskim Wschodzie. Tyle mówią szacunki, ponieważ oprawcy nie prowadzili rejestru ofiar.

Ocaleńcy szukali schronienia pod osłoną wojsk państw Ententy, stając zbrojnie po ich stronie, najpierw u boku Rosji, później – w służbie Brytyjczyków.

Starożytny lud ginie od miecza

Asyryjczycy stanowili już wtedy swoisty fenomen. Pomimo upadku ich starożytnego państwa – tak, to ci sami Asyryjczycy, których znamy z kart Starego Testamentu – i rozproszenia po całym Bliskim Wschodzie, zachowali język i tradycję, a wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa przez wieki pozostali wierni nowej religii, zasilając szeregi Syryjskiego Kościoła Ortodoksyjnego i Asyryjskiego Kościoła Wschodu.

To właśnie organizacja kościelna podtrzymywała więzi w społecznościach, które nierzadko na nowe osiedla wybierały miejsca trudno dostępne i położone wysoko w górach, co z kolei prowadziło do ich samoizolacji. Jednak i tam nie mogły liczyć na spokój. Były atakowane przez lokalnych kurdyjskich watażków, którzy utrzymywali się z rozbojów. Nie brakowało również niszczących podziałów w obrębie samej wspólnoty. Działalność misjonarzy katolickich prowadziła do rozbijania i tak już kruchej jedności Asyryjczyków, gromadzących się od wieków w Kościołach Wschodu. 

Kres asyryjskiemu istnieniu miał położyć XX wiek – wiek ludobójstwa. Doświadczenie zagłady przez Asyryjczyków stało się jednym z pierwszych dwudziestowiecznych genocydów. Osłabieni tragicznym okresem prześladowań nazywanym przez nich Sejfo – sejfo oznacza miecz – mieli nadzieję na własne państwo. Nadzieję tę obudziła w nich konferencja pokojowa w Paryżu w 1919 roku.

Marzenie o własnym państwie

Po zakończeniu wojny Asyryjczycy zwrócili się z wnioskiem o utworzenie własnego państwa na obszarze prowincji Mosulu. Jednak ich terytorialne aspiracje zostały szybko stłumione z racji strategicznej roli, jaką odgrywał Irak, jak i sam Mosul. Państwa Ententy nie chciały również zaogniać stosunków z Arabami, których spotkało rozczarowanie, kiedy Bliski Wschód został oddany pod mandat angielski i francuski. W tym celu asyryjską delegację skierowano jeszcze w trakcie trwania paryskiej konferencji do Londynu, gdzie została celowo zatrzymana aż do zakończenia jej obrad. 

Ostatecznie Asyryjczycy otrzymali jedynie zgodę na zwarte osadnictwo w Iraku, tak, aby zlikwidować stan rozproszenia, w jakim żyli. Brytyjczycy obiecali również, że brytyjski mandat nad Irakiem potrwa co najmniej 25 lat. Asyryjczycy w ten sposób kupowali czas na ułożenie sobie życia w irackim państwie.

Państwa Ententy nie chciały zaogniać stosunków z Arabami, więc asyryjską delegację skierowano jeszcze w trakcie trwania paryskiej konferencji do Londynu, gdzie została celowo zatrzymana aż do zakończenia jej obrad

Jednak już w 1932 roku Londyn złamał obietnicę i zwinął brytyjski parasol ochronny nas asyryjską mniejszością, przyznając Irakowi niezależność. Hipokryzja Londynu polegała na tym, że w momencie rezygnacji z kontroli nad tym obszarem, obiecali asyryjskim liderom własne państwo. Na fali tej obietnicy Asyryjczycy upomnieli się o wykrojenie kawałka ziemi u władz irackich. Te z kolei potraktowały asyryjską petycję jako wrogi krok i uznały za pretekst do rozprawienia się z problematycznymi rezydentami.

Część Asyryjczyków opuściła służbę w wojsku na terenie Iraku i próbowali przedostać się do Syrii, znajdującej się pod mandatem francuskim. Francuzi zgodzili się na ich przyjęcie, ale nagle zmienili decyzję – najprawdopodobniej pod naciskiem Anglików nie wpuścili asyryjskich uchodźców. Na zawróconych Asyryjczyków czekała iracka armia, która atakowała grupy uciekinierów. Być może Londyn uległ namowom władz Iraku i dlatego zablokował możliwość ucieczki do Syrii.

Pogromy

Wstępem do ostatecznej rozprawy był lipiec 1933 roku. To wtedy ukazał się szereg informacji o antyasyryjskiej treści. Asyryjczyków przedstawiano jako wrogów islamu, z którymi należało zrobić porządek. Na północ Iraku została wysłana duża część irackich żołnierzy. Pozyskano również Kurdów i Beduinów, zachęcając ich nagrodą pieniężną za każdego martwego chrześcijanina i możliwością zajęcia majątku swoich ofiar.

Część asyryjskich uciekinierów schroniła się w Simele. To tam 7 sierpnia doszło do pierwszej masakry. Nie przeżył żaden z mieszkańców Simele. Miejscowi duchowni zostali spaleni, zaś kobiety przed śmiercią stały się ofiarami zbiorowego gwałtu. 

Część Asyryjczyków próbowała przedostać się do Syrii, znajdującej się pod mandatem francuskim. Francuzi zgodzili się na ich przyjęcie, ale nagle zmienili decyzję i nie wpuścili asyryjskich uchodźców. Na zawróconych uciekinierów czekała iracka armia

Pogromy powtórzyły się w kolejnych wsiach i dotknęły również mieszkańców Mosulu. Akcja irackich władz doprowadziła do wyludnienia 63 asyryjskich wsi, do których wprowadzili się Kurdowie. Po powrocie z rzezi do Bagdadu irackich żołnierzy witano jak bohaterów. W sierpniu 1933 roku mogło zginąć nawet sześć tysięcy Asyryjczyków. Znów nikt nie prowadził dokładnego spisu ofiar, a prawda o Simele nie była nagłaśniana. Nikt nie interesował się kwestią asyryjską.

Asyryjczycy znów uciekali. Jednak tym razem Francuzi przyjęli zbiegów. Osiedlili się oni nad rzeką Chabur w północno-wschodniej Syrii. Swoje życie zaczynali od nowa. Na miejscu czekało ich kilkadziesiąt lat względnego spokoju.

W XXI wieku, wraz z wybuchem wojny w Syrii, potomkowie uchodźców z Iraku znów stali się ofiarami, tym razem islamistów. Dżihadyści z Państwa Islamskiego zorganizowali rajd na 35 asyryjskich wsi. Zrównano z ziemią 14 kościołów, setki osób zginęło. Z 20 tysięcy Asyryjczyków w Syrii zostało zaledwie 4 tysiące. Niektóre wsie zostały przejęte przez kurdyjskich sąsiadów.

Ginąca wspólnota

Dziś Asyryjczycy żyją w większości poza Bliskim Wschodem. Szacuje się, że około miliona zostało na bliskowschodniej ziemi, a kolejne dwa miliony wyjechało na inne kontynenty, szukając bezpiecznego azylu.

Świat wydaje się nie pamiętać o Asyryjczykach. Z pewnością jest im trudno przebić się do opinii publicznej. Nie mają swojego państwa.

Wiele gorzkiej prawdy o Asyryjczykach wybrzmiało w słowach profesora Michojela Abdalli, wnuka dziadka Iszo ocalonego z ludobójstwa w 1915 roku, Asyryjczyka, arabisty i syrologa. Powiedział mi w jednym z wywiadów, odpowiadając na moje pytanie o to dlaczego świat tak mało wie o asyryjskich losach: „Bo samolotów nie porywamy i nie wysadzamy się w powietrze. Ze względu na nasze chrześcijaństwo, jesteśmy mało egzotyczni i zbyt wymagający”. 

Jak co roku, w sierpniu Asyryjczycy chcą nam przypomnieć o swoim istnieniu i cierpieniach. Czy jesteśmy świadkami wymierania kolejnej wspólnoty, której udało się przetrwać tyle wieków?