Wybuch w bejruckim porcie powinien przypomnieć światowej opinii publicznej o losie tego niewielkiego państwa, które – parafrazując słowa libańskiego pisarza Raszida ad-Daifa – było zbyt piękne, aby świat zostawił je w spokoju.

Liban dotknęło kolejne tragiczne zdarzenie. „Trzeba mieć tyle nieszczęścia co Liban”, może brzmieć nowe powiedzenie.

Eksplozja saletry amonowej w jednym z portowych magazynów była wypadkiem. Nieszczęśliwym zdarzeniem, które jednak obnażyło również słabość samego Libanu, nękanego wcześniej kolejnymi wojnami, a dziś trapionego pogłębiającym się kryzysem ekonomicznym i politycznym.

Tygiel

Problemy Libanu mają swoje źródła w historii tego kraju, tak trudnej i złożonej, jak jego społeczeństwo rozbite pomiędzy dwie wielkie religie, w ich łonie rozproszone dodatkowo pomiędzy wiele wyznań i odłamów. Odzwierciedleniem tego tygla jest świat polityki, w którym obowiązuje umowa, że libańskim prezydentem może zostać tylko chrześcijanin maronita, premierem – sunnita, a przewodniczącym parlamentu – szyita. 

Ponad dwie dekady temu, w sierpniowym upale, odwiedzałem Bejrut po raz pierwszy. Piętnastoletnia wojna domowa skończyła się dziewięć lat wcześniej, a ja wciąż widziałem ślady po tym konflikcie. Zdewastowane budynki, dziury po pociskach, równana przez buldożery ziemia. Te obrazki wpisywały się w postwojenny stereotyp. Skoro Bejrut, to musi być wojna domowa i jej ślady.

Eksplozja saletry amonowej w jednym z portowych magazynów była wypadkiem, który obnażył słabość samego Libanu, nękanego wcześniej kolejnymi wojnami

Podczas kolejnych wizyt w Bejrucie obserwowałem, jak zmienia się to miasto. Stawałem się świadkiem odbudowy libańskiej stolicy. W tym podnoszeniu się najbardziej zniszczonych jej części ze zgliszczy było wiele optymizmu. Klisza utrwalana przez obrazki z minionej wojny wyblakła po kolejnych wizytach. Pozwoliła odkrywać Bejrut w czasach pokoju.

Już wkrótce okazało się jednak, że to groźne wrzenie nie ustało. I chociaż nie jest już wieloletnim konfliktem zbrojnym, wciąż giną ludzie. Wciąż pojawiają się punkty zapalne. Dobitnym przykładem było zabójstwo premiera Rafika Haririego w 2005 roku, o które została oskarżona Syria. Owszem, reakcja na to wydarzenie doprowadziła do cedrowej rewolucji i przełomowego wydarzenia – wycofania się wojsk syryjskich z Libanu, czyli uzyskania faktycznej wolności. Mimo to nie nastąpiły zmiany, które dokonałyby naprawy państwa.

Od Szwajcarii do wojny

W swojej niedługiej historii jako niepodległe państwo Liban przeszedł długą drogę. Nazywany był „Szwajcarią Bliskiego Wschodu”, z racji roli finansowej i kulturalnej stolicy regionu, jaką odgrywał do czasu rozpętania się wojny domowej w 1975 roku. Przyciągał nie tylko pieniądze, ale i ludzi kultury. To w Bejrucie kształtowała się na nowo arabska tożsamość.

Przyciągał również silniejsze państwa. Mały kraj z atrakcyjną lokalizacją okazywał się wielokrotnie łakomym kąskiem dla innych państw regionu. Syria chciała kontrolować swojego sąsiada. Robiła to pod pretekstem zagwarantowania pokoju, wysyłając tam swoich żołnierzy. Iran użył swoich bojowników, znany na całym świecie Hezbollah. Izrael wielokrotnie interweniował w sprawy wewnętrzne Libanu, widząc w nim zagrożenie z racji obecności palestyńskich uchodźców i szyickich ugrupowań.

Według szacunków z 2018 roku, na 4,5 miliona mieszkańców przypadało około 1,5 miliona syryjskich uchodźców. Liban nie był odpowiednio przygotowany na taką liczbę. Nie miał tak chłonnego rynku pracy

Ale tym razem nie musiała wybuchać kolejna wojna, która wyrządziłaby tak błyskawiczne spustoszenie. Wystarczyła ludzka nieuwaga.

Nie można nie ulec wrażeniu, że Libańczycy nie mają szczęścia. W ich sąsiedztwie do dziś trwa wojna w Syrii. Stamtąd zaczął płynąć strumień uciekinierów. Według szacunków z 2018 r., na 4,5 miliona mieszkańców przypadało około 1,5 miliona syryjskich uchodźców. Liban nie był odpowiednio przygotowany na taką liczbę. Nie miał tak chłonnego rynku pracy. Bez pomocy z zewnątrz doszłoby do totalnej katastrofy. Jakby tego było mało, teraz zdarzył się wybuch. 

Eksplodowała saletra amonowa, która sześć lat temu została zatrzymana na pokładzie statku wysłanego przez rosyjskiego biznesmana, w drodze do Mozambiku. Postój w Bejrucie był wymuszony problemami technicznymi. Kiedy statek zacumował w porcie, okazało się, że z racji swojego stanu, braku wniesienia opłat portowych i protestu nieopłacanej załogi, nie może kontynuować rejsu. W ten sposób ponad 2700 ton wybuchowego ładunku zostało w Bejrucie. Pomimo parokrotnych apeli służb celnych był on przechowywany w złych warunkach i nie został usunięty w bezpieczne miejsce. Na tragedię należało poczekać do teraz. 

Kto zawinił?

Oficjalnie są już podejrzani. Libańskie władze zatrzymały kilkanaście osób do wyjaśnienia i wskazania winnych. Ale jak mają się zachować w sytuacji, kiedy wybuch doprowadził do znacznych zniszczeń i był odczuwalny nawet daleko poza swoim epicentrum, a zdjęcia z miejsca katastrofy obiegły już cały świat? Mówi się o zaproszeniu ognia w czasie pracy osób spawających drzwi magazynu. Miało to zabezpieczyć materiał przed ewentualną kradzieżą.

Społeczność międzynarodowa dwoi się i troi, żeby pomóc Libanowi. Do Bejrutu nadciąga pomoc z wielu krajów. Trudno dziś znaleźć kraj, który odmówiłby wsparcia Libańczykom w potrzebie. Taką chęć pomocy zadeklarował nawet Izrael, który nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z Libanem. Polska i jej mieszkańcy też dołączają do tego grona krajów dobrej woli. Potrzebna jest pomoc w naprawie domów, które dają schronienie Libańczykom nie tylko przed upalnym słońcem, ale i w czasie miesięcy zimowych – podkreślają przedstawiciele organizacji pozarządowych, które wysyłają ludzi i fundusze do Libanu. 

Wśród Libańczyków słychać głosy za przeprowadzeniem międzynarodowego śledztwa w sprawie wybuchu. Powodem jest brak zaufania do libańskich służb

Zapowiedziom pomocy towarzyszy również niechęć wobec libańskich władz. Miejscowi politycy są oskarżani przez część mieszkańców o korupcję i doprowadzenie do ruiny państwa, które w tak nadzwyczajnej sytuacji nie zdało egzaminu. Na bejruckiej ulicy pojawił się nawet prezydent Francji, Emanuel Macron, który zapewniał protestujących przeciwko libańskiemu rządowi, że nie dopuści do tego, aby pomoc znad Sekwany trafiła w skorumpowane ręce.

Wśród Libańczyków słychać również głosy za przeprowadzeniem międzynarodowego śledztwa w sprawie wybuchu. Powodem jest brak zaufania do libańskich służb. Czy to zapowiedź kolejnej rewolucji? Tego wciąż nie wiemy. Jedyne pewne dane to 157 osób zabitych i ponad 5 tysięcy rannych. Jednocześnie rośnie liczba osób z COVID-19. Liban osiągnął niedawno swój dobowy rekord: ponad 200 osób z rozpoznanym koronawirusem.

W Polsce pomoc Libanowi można przekazać za pośrednictwem Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej lub Polskiej Akcji Humanitarnej.