Nie obronimy chrześcijaństwa żadną formą przemocy (choćby tylko symbolicznej) ani agresji (choćby tylko słownej).

Tak, teraz jest czas, żeby bronić chrześcijaństwa – ale nie w taki sposób, jak chciałoby to robić wielu z nas. Jeśli na wyzwania chwili obecnej zamierzamy odpowiadać w sposób radykalny, to pamiętajmy, że słowo „radykalizm” pochodzi od łacińskiego radix – „korzeń”. Chcąc być radykalni, potrzebujemy powrotu do chrześcijańskich korzeni, a one tkwią nie w epoce krucjat, tylko znacznie głębiej.

Nie obronimy chrześcijaństwa, czyli Chrystusowości, żadną formą przemocy (choćby tylko symbolicznej) ani agresji (choćby tylko słownej). Na nic tłumaczenie, że to obrona konieczna, że odpieramy ideowe oblężenie. Walka duchowa nie jest ostrzeliwaniem się z szańców, choćbyśmy je nazwali okopami Świętej Trójcy.

Wracając do korzeni, czyli do Ewangelii, widzimy, że oblężoną twierdzą staje się tradycja, która rozmija się z żywym Słowem Boga. Jezus płakał nad Jerozolimą, że zostanie „otoczona i ściśnięta zewsząd” wskutek tego, iż „nie rozpoznała pory swego nawiedzenia” (por. Łk 19,43-44). Wzgardziwszy łagodnym Mesjaszem z Nazaretu (por. Mt 21,5), miała w przyszłości pójść za wojowniczym uzurpatorem i uwikłać się w walkę nie do wygrania. Wiemy też, że gdy ten bastion tradycji rozsypywał się niczym „stary bukłak” z przypowieści (por. Mt 9,17), uczniowie Nazarejczyka pokojowo zdobywali świat, upojeni „młodym winem” Ducha Świętego (por. Dz 2,13).

Czym właściwie jest chrześcijaństwo

Już w Ewangelii dają się dostrzec wojownicze zapędy uczniów Jezusa, ich skłonność do „agresji mistycznej”, rzucania klątw na ludzi nieprzyjaznych. Wobec niechęci okazanej im przez pewnych Samarytan, Jakub i Jan pytają Mistrza: „Czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?” (Łk 9,54). Zgodnie z relacją ewangelisty Jezus zareagował ostrym upomnieniem „radykalnych”, a według niektórych rękopisów powiedział przy tym: „Nie wiecie, jakiego jesteście ducha”. Nawet jeśli ciskanie gromów ma precedensy „u Proroków i w Psalmach”, to idąc za Chrystusem, należy badać, czy nasza inspiracja płynie z ducha Nowego Testamentu. Nie „obronimy chrześcijaństwa” nie wiedząc, jaki jest jego duch.

Bo tak właściwie, to czym jest chrześcijaństwo? Nasi najbardziej zagorzali przeciwnicy mogą powiedzieć, że to kombinacja starych mitów, archaicznych obrzędów i niedzisiejszych zasad, z których podtrzymywania żyją duchowni różnych wyznań. Życzliwi sceptycy zobaczą w nim być może etykę dla prostaczków, w celu lepszego przyswojenia opakowaną w pobożną legendę. Inni będą skłonni widzieć w nauce Jezusa jedną z form mistycznej „filozofii wieczystej”, uniwersalnej duchowości – niepotrzebnie tylko wciśniętą w kościelne schematy. Z kolei wśród osób przyznających się do chrześcijaństwa znajdziemy sporo takich, dla których sprowadza się ono do objawionej prawdy na temat zaświatów oraz wymagań Boga, „który za dobro wynagradza, a za zło karze”. Tymczasem z perspektywy kogoś, kto niezależnie od wszystkich swoich wad, słabości, błędów i grzechów ma szczęście „znać łaskę Chrystusa” (por. 2 Kor 8,9), każda z powyższych odpowiedzi mija się z prawdą. Tak, każda!

Walka duchowa nie jest ostrzeliwaniem się z szańców, choćbyśmy je nazwali okopami Świętej Trójcy

Zgodnie z Pismem chrześcijaństwo jest „drogą” (por. Dz 19,9.23), wędrówką przez życie z Jezusem – a nawet swoistą „wędrówką Jezusem”, bo On mówi o sobie: „jestem Drogą” (J 14,6). Co to znaczy? Uczennica lub uczeń Nazarejczyka odtwarza Jego styl bycia, odwzorowuje na swój sposób coś z bogactwa Jezusowego charakteru. Ale nie robi tego jako fan próbujący imitować idola, ani nawet jako adept mądrości podpatrujący Mistrza. Jesteśmy zaproszeni, żeby oddychać tym samym Duchem, którego Chrystus jest pełen i którego daje z siebie czerpać, jak wodę ze źródła (por. J 7,37-39). Pełne wiary, będącej ufnym powierzeniem się, zapatrzenie i zasłuchanie w Jezusa pozwala chłonąć coś więcej niż inspirację, otwierać się na obecność wewnętrznego Przewodnika. Sam Bóg, jeśli pozwolimy, budzi w nas Jezusowe usposobienie. Postępowanie na sposób Syna Bożego rodzi się z bycia dzieckiem Bożym, z przyswojenia sobie Ducha intymnej więzi z Nim, z dostrojenia serca do melodii Jezusowej modlitwy: „Abba, najmilszy Ojcze!” (por. Ga 4,6).

Ambasadorzy Miłosierdzia

A więc u korzeni chrześcijaństwa znajdujemy nie wartości i zasady, lecz Miłość obecną przy nas „w ukryciu” (por. Mt 6,6) i wychodzącą nam naprzeciw za pośrednictwem „Lekarza mających się źle” (por. Mt 9,12). Tak, Bóg Ewangelii to nie „sędzia, który za dobro wynagradza, a za zło karze”, tylko Miłość, która w Słowie-Synu wychodzi z siebie, by ratować pogubionych (por. J 3,17).

Wbrew doktrynie o „zastępczym ukaraniu” Syna za grzechy świata – doktrynie mającej jedynie pozór biblijności – Ojciec bynajmniej nie wyładował na Jezusie swego gniewu. Nie po to wcześniej przypomniał Jego ustami deklarację: „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary” (eleos thelō, kai ou thysian, Mt 9,13). Ofiarą, która zmazuje naszą podłość, jest absolutne miłosierdzie okazane przez Ukrzyżowanego swym oprawcom. W Getsemani Ojciec prosił Syna, żeby kochając nieprzyjaciół, „uśmiercił w sobie” naszą wrogość (zob. Ef 2,16), której kielich przyszło Mu wypić (por. Mt 26,39). A skoro patrząc na Jezusa, widzimy zarazem Ojca (por. J 14,9), to wypada uznać, że w osobie Syna również On „wziął na siebie winy nas wszystkich” (por. Iz 53,6). Odkupienie oznacza, że to Bóg płaci cenę pojednania ze sobą wrogiej ludzkości, do której posłał Ambasadora Miłosierdzia.

Stać się naprawdę chrześcijaninem, czyli „człowiekiem Chrystusa”, to odkryć, że sensem życia jest porządkująca wszystko relacja z Kimś, kto mnie absolutnie afirmuje i zarazem jest cały dla mnie – oraz że właśnie ta relacja pozwala mi w pełni afirmować innych i stawać się dla nich darem. Wejść w relację z Mistrzem Najgłębszych Relacji to zyskać dostęp do „wody żywej” (por. J 4,10), której zawsze pragnęliśmy, do spełnienia najgłębszych tęsknot serca…

Prawdziwa obrona chrześcijaństwa to najpierw uchronienie Ewangelii przed jej zniekształceniem w nas samych

Tak, prawdziwe wewnętrzne spotkanie z Chrystusem jest jak łyk świeżej źródlanej wody w upalny dzień i sprawia, że całe życie zostaje przesycone świeżością. Bez tej świeżości, bez czerpania ze Źródła, nasze próby „bronienia chrześcijaństwa” stają się grubym nieporozumieniem. Kto nie „skosztował dobroci Pana” (por. Ps 34,9), ten będzie bronił idei i zasad, a nie Wiadomości „rozświetlającej życie i nieśmiertelność” (por. 2 Tm 1,10).

Tymczasem Dobra Wiadomość Jezusa – Dobra Wiadomość o Jezusie (por. Mk 1,1), odczytana zgodnie ze swoim faktycznym brzmieniem, broni się sama oraz broni nas, którzy ją przyjmujemy i niesiemy innym. Dobra Wiadomość jest taka, że Bóg w swoim Synu – ukrzyżowanym przez nas, ale niezłomnie nam błogosławiącym i zmartwychwstałym, żeby nam przynieść pokój z Bogiem (por. J 20,19-23; Rz 5,1) – pojednał ze sobą świat, a w nas złożył słowo tego pojednania (por. 2 Kor 5,19).

Niezłomna życzliwość

Zatem prawdziwa obrona chrześcijaństwa to najpierw uchronienie Ewangelii przed jej zniekształceniem w nas samych, przed wypaczeniem słowa pojednania przychodzącego w Jezusie. To obrona serca przed zdradą Chrystusowego usposobienia. Nasz Mistrz ewidentnie pociąga grzeszników „ludzkimi więzami, sznurami miłości” (por. Oz 11,4), zawiązuje z upadłymi wspólnotę stołu (por. Mt 9,10), nawraca przyjaźnią – bez „krzyku dającego się słyszeć na ulicy” (por. Iz 42,2). Ostrych słów i sznurów jako bicza użyje w odniesieniu do skorumpowanych dewotów, rygorystów bez serca i ludzi robiących interesy na kulcie. Tak, sam Jezus pokazuje, że trzeba bronić pobożności przed pobożnymi.

Jeśli chodzi o postawę uczniów Chrystusa w nieprzyjaznym otoczeniu, Pismo uczy: „Wasze zachowanie wśród pogan niech będzie szlachetne (…). Wszystkich szanujcie. (…) Nie odpłacajcie złem za zło, ani zniewagą za zniewagę, ale przeciwnie, błogosławcie” (1 P 2,12.17; 3,9). Padające kilka wersetów dalej słowo apologia – „mowa obrończa”, odnoszące się do reakcji na żądanie „podania racji naszej nadziei” (logon peri tēs en hymin elpidos, 1 P 3,15) – najwyraźniej oznacza nie tyle ideową polemikę, ile raczej odpowiedź na pytania „obcych” zaintrygowanych tą „uprzejmą życzliwością” (epieikeia, Flp 4,5) okazywaną przez chrześcijan wszystkim mimo bycia źle traktowanymi.

Nie bronimy chrześcijaństwa, krzycząc ze złością o naszych „obrażonych uczuciach”, bo wtedy właśnie zdradzamy Chrystusa, który „znieważany, nie znieważał, cierpiąc, nie groził”

To świadectwo niezłomnej życzliwości chrześcijan każe innym zapytać, co nas motywuje, otwiera możliwość podzielenia się „żywą nadzieją” na pełnię życia, do której dorastamy w komunii ze Zmartwychwstałym (por. 1 P 1,3-4) Nie bronimy chrześcijaństwa, krzycząc ze złością o naszych „obrażonych uczuciach”, bo wtedy właśnie zdradzamy Chrystusa, który „znieważany, nie znieważał, cierpiąc, nie groził, powierzając się Sądzącemu sprawiedliwie” (1 P 2,23). Na wszelki wypadek dopowiedzmy, że to „powierzanie się sprawiedliwie Sądzącemu” w żadnym razie nie oznacza oczekiwania, że Ojciec z nieba Go „pomści” („Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co robią”, Łk 23,34a). Jezus będąc znieważany, powierzał swoją godność Temu, który Go znał najgłębiej i dlatego nie musiał walczyć o swe dobre imię.

Nie jesteśmy obrońcami Chrystusa, tylko Jego sługami-przyjaciółmi, powiernikami Jego zwierzeń (por. J 15,15), którzy bez sięgania po jakikolwiek miecz (por. J 18,11) po prostu „są tam, gdzie ich Pan” (por. J 12,26). Nasze stanowisko ma być nie „religijne”, lecz ewangeliczne. Dlatego jedyna sensowna „obrona chrześcijaństwa” to obrona Ewangelii przed samym sobą i przed zastępującymi nam ją „tradycjami starszych” (por. Mk 7,13). Nasza walka w obronie Ewangelii to kapitulacja przed Chrystusowym Duchem. „Sługa Pana nie ma się wdawać w kłótnie, lecz być uprzejmy dla wszystkich (…) z łagodnością nauczać przeciwników, bo może Bóg da im kiedyś zmianę myślenia…” (2 Tm 2,24). Dodajmy – tak, jak łaskawie dał tę zmianę mnie, grzesznikowi.