Pewnego dnia spoglądając na letnie niebo widoczne za oknem swego saloniku, nagle zamyślona zakomunikowała: „Wczoraj wieczorem miałyśmy zgrupowanie…”.

1 sierpnia każdego roku o godzinie 17 wychodziła na warszawską ulicę, by wspominać dzień, w którym wyruszyła do Powstania. Osiem lat temu o dzień wcześniej, po sześćdziesięciu ośmiu latach, została wezwana na wieczną zbiórkę, by powiększyć grono „nieaktualnych osób już”.  

Zmierzch

We wtorek, 31 lipca 2012, miałam w planach mycie okien po remoncie mego zalanego przez stare skorodowane rury mieszkania. Aura sprzyjała moim planom, był piękny, słoneczny dzień. Naraz rozległo się pukanie do drzwi. To była pani Krysia nieoceniona opiekunka Marii. Oznajmiła, że „szefowa”, jak zwykła Marię nazywać, nie żyje.

Okna tego dnia umyłam. Przy wtórze płyty „Zmierzch” Bogdana Hołowni, który przepięknie interpretując utwory Jerzego Wasowskiego, zadedykował ją Marii. Gdy stałam na parapecie, czyszcząc szyby, na podwórku pojawił się gospodarz naszego domu, pan Henryk.

– Czy wie pani, że pani Marii już nie ma? – zawołał do mnie.
– Wiem – odparłam. 

I myłam dalej okna. A Hołownia grał „Zmierzch”. Ten sam, który potem zagrał, gdy ostatni uczestnicy nabożeństwa pogrzebowego na Powązkach wychodzili już z kościoła.

„Zmierzch wszedł cicho przez sień –
twój profil jak cień
rozpłynął się w mroku.
Zmierzch, więc – chyba już czas –
twój uśmiech mi zgasł
i smutno jest wokół…”

To było tak

Przez trzydzieści prawie lat mieszkałyśmy na tym samym piętrze kamienicy przy ulicy Wilczej w Warszawie, kłaniając się sobie. Była panią Marią spod piętnastki, o tyle inną od innych, że kojarzoną z legendą „Kabaretu Starszych Panów”. Jej gośćmi mijanymi na klatce schodowej byli ludzie znani mi z telewizji, a i ona sama występowała czasem publicznie jako swoisty „kustosz” opiekujący się spuścizną swego męża i pamięcią o nim. Ale jeśli – mijając się na klatce schodowej – podejmowało się jakiś temat, to nie mówiło się o poezji, lecz „po gospodarsku” utyskiwało nad stanem domu od dawna oczekującego na remont. 

Że tu znalazł pierwsze po wojennej gehennie schronienie Władysław Szpilman, że tu u profesora Romana Jasińskiego bywała śmietanka artystyczna Warszawy, a na jego fortepianie zdarzało się grać Arturowi Rubinsteinowi – nie wiedziałam

Tak też było w weekend majowy 2004 roku. Polska weszła właśnie do Unii Europejskiej, więc udało się to także naszej kamienicy, choć nie przyoblekła ona na tę okazję szczególnie ozdobnej szaty i straszyła (straszy do dziś) odrapanymi ścianami, skorodowanymi rurami, wiszącymi na słowo honoru balkonami. Osobliwy był to moment – europejska już od chwili stolica nie tylko nie wyglądała odświętnie, ale jeszcze uzbroiła się w zasieki z powodu jakiegoś międzynarodowego zjazdu polityków i groźby ataku antyglobalistów, a wszystkie witryny sklepowe osłoniła sobie dyktą, by jej szyb nie wytłukli. Miasto opustoszało.

I w takiej scenerii spotkałam panią Marię, która wskazując nasz dom, też zamarły ze strachu, westchnęła, że jest on wart lepszego losu, bo przecież mieszkało tu sporo interesujących osób. Kogo miała na myśli, poza swoim mężem, wtedy jeszcze nie wiedziałam. Że tu znalazł pierwsze po wojennej gehennie schronienie Władysław Szpilman, że tu u profesora Romana Jasińskiego bywała śmietanka artystyczna Warszawy, a na jego fortepianie zdarzało się grać Arturowi Rubinsteinowi – nie wiedziałam. Że tu dach nad głową znaleźli radiowcy z redakcji muzycznej Polskiego Radia i że była to w związku z tym bardzo muzykalna kamienica – nie wiedziałam.

Niemniej dwóch pięter mi starczyło, bym, niepojętym przeczuciem tknięta, uznała, że opisanie jej dziejów to zadanie dla mnie. I odtąd powstawać zaczęła z wolna moja filmowa opowieść o „Wilczej 11”, a znajomość z sąsiadką spod piętnastki przetwarzać się zaczęła w zażyłość.

Seanse spirytystyczne

Jeszcze tego samego dnia byłam u Marii po raz pierwszy. Od razu przeszłyśmy do rzeczy, czyli do wspólnego oglądania jednego z telewizyjnych programów spółki: Przybora-Wasowski. Nie był to „Kabaret”, lecz – z wyroku gospodyni – „Gołoledź”, opowieść, która z mety „wykatapultowała” mnie z uzbrojonej w zasieki, opustoszałej, europejskiej z nagłego awansu Warszawy w jej klimaty przedwojenne, idylliczne, gdzie „porucznik Czartogromski zachwycał i podniecał, jak osa w talii wąski, jak tur szeroki w plecach”. 

Bohaterami tej opowieści były zachwycone swym losem radośnie nieistniejące „duchy nieaktualnych osób już”, bywające na „tych cudnych, tych ułudnych, tych prześlicznych, seansach spirytystycznych”. I ja za sprawą Marii poczułam się jak na takim sensie, zaszczycona znajomością z przybyszami z innej epoki. A stara zniszczona kamienica, która dotąd stanowiła dla mnie jedynie schronienie i dach nad głową, przepełniła się naraz duchem poezji. 

I tak zaczął się proces „mityzacji” naszej wspólnej „Wilczej 11”, a Maria stała się mistrzem tej ceremonii. By, jak chce piosenka: „Małą dziurkę zrobić by w materializmie/ I pozwolić – niech się przez nią znowu wśliźnie/ Przedwojenna spirytyzmu zwiewna nić”.

Podczas późniejszych naszych spotkań rozmyślania nad przeszłością domu, w którym przyszło nam żyć, przekształcać się zaczęły w refleksję nad losami miasta, w którym on się znajduje. Maria, rodowita warszawianka, była z tym miastem związana na dobre i na złe, pielęgnowała w sobie pamięć o urokach przedwojennej stolicy i zżymała się na jej dzisiejsze wady. I dalej było jak w „Gołoledzi”, gdzie opisywana tam „taka gmina” miała dla niej pewne cechy współczesnej Warszawy. „Spotkasz chłopa – gęba sina;/  oj, nie wraca ci on z kina – /  taka gmina”. Ona by pewnie też – za Przyborą – powiedziała, że tylko trup może ożywić tę „taką gminę”. Oczywiście nie każdy, lecz na przykład przystojny trup porucznika Czartogromskiego. 

Jej babka, matka i ciotka były aktorkami scen warszawskich, a ona sama miała zostać pianistką. Tamta Warszawa to dla niej szyk, szarm i dobre maniery. Z domieszką artystycznego szaleństwa

Marii wspomnienia z dzieciństwa przepełnione były elegancją starej Warszawy. Pochodząca z „dobrego domu” Dobrzyńskich (herbu Jelita), skoligacona ponoć z rodem Zamoyskich, była też za sprawą swych najbliższych, związana ze środowiskiem artystycznej bohemy. Jej babka, matka i ciotka były aktorkami scen warszawskich, a ona sama miała zostać pianistką. Tamta Warszawa to dla niej szyk, szarm i dobre maniery. Z domieszką artystycznego szaleństwa. Jeśli do tego dołożyć poczucie humoru, którym Maria została hojnie obdarzona, to był to potem idealny bilet wstępu do świata „Kabaretu Starszych Panów”, w którym duch tej minionej Warszawy był wszak stale obecny. Nasze więc wspólne spotkania pod piętnastką, gdyśmy oglądały kolejne programy „Kabaretu”, były stałym jego wywoływaniem.

Wwiewanie

Nasze mieszkania znajdujące się na tym samym piętrze, były od siebie oddalone o pięć może metrów, ale Maria – o ile przychodziła do mnie – zjawiała się zawsze w pantoflach (a nie jak ja, w kapciach) i z torebką w garści. Nawet jeśli wizyta trwać miała kilkanaście minut. Różnica więc polegała na tym, że o ile ja „wpadałam do niej”, ona przychodziła do mnie z wizytą. 

Potem jednak na dobre ustalił się obyczaj, że to ja składam jej wizyty. Umawiałyśmy się zawsze o dwudziestej. Punktualnie o tej porze czekała za swoimi drzwiami, gotowa otworzyć natychmiast potem, gdy usłyszy hałaśliwy dźwięk starego zatrzasku w moim mieszkaniu. Gdyby ktoś mógł widzieć to z zewnątrz, na chwilę przed ósmą zobaczyłby na drugim piętrze naszej kamienicy dwie panie przyczajone jak dzieci, żeby wraz z wybiciem godziny nacisnąć klamkę i nie spóźnić się ani o sekundę. Ja wychodziłam i w chwili, gdy zatrzaskiwałam drzwi, jej natychmiast uchylały się, a na ciemnej klatce schodowej pojawiał się świetlisty tunel korytarza mieszkania Wasowskich. A że całe ono, wyłączywszy jeno sufity, wytapetowane było książkami i płytami, w ten korytarz wchodziłam jak w głąb jakiejś starej biblioteki czy księgarni. Cały dom Marii był wypełniony opowieściami.

W saloniku, gdzie zwykła mnie przyjmować, miałam swoje stałe miejsce przy stole na wprost jednego z regałów, na którym – dokładnie naprzeciw mnie – znajdowała się kopia „Dziewczyny czytającej książkę” Fragonarda, obrazu świetnie komentującego to wnętrze. To wizerunek młodej damy zagłębionej w fotelu i zajętej lekturą, spowity w ciepłe barwy i wielki kojący spokój… 

Te wizyty miały coś z „Kabaretu”. Mnie do Marii „wwiewało”, jak do Starszych Panów „wwiewało” różnych ludzi z ich opowieściami. Maria, podobnie jak oni, gotowa była wysłuchać najniedorzeczniejszej nawet opowieści. Z tą samą, co oni, życzliwością. Więc mówiłam bez opamiętania. Czasem tylko przerywała, gdy wypowiedź moja zyskiwała nazbyt już kunsztowną frazę, by powiedzieć: „To jest takie zdanie: tu jest podmiot, a orzeczenie jest w drugim pokoju”. „Oj, ja chyba za dużo mówię?!” – spostrzegłam wreszcie kiedyś. „A nie słychać?” – przyznała ona i żeby pocieszyć, dodała: „Ale ja też uczestniczyłam, reagowałam”.

Po kompocie

Sama, umiejąc pięknie słuchać, o swym życiu nie mówiła wiele. Jej wspomnienia były jak flesze, nagle rozświetlające jakiś fragment przeszłości. Jakaś anegdota, jakieś spotkanie, jakiś strzęp ludzkiego losu. Żadnej całości. To też przywodziło na myśl „Kabaret”. 

Maria Wasowska
Maria Wasowska. Fot. archiwum domowe

Wśród wspomnień pełno było anegdot o znanych ludziach ze środowiska artystycznego, którym jako dziecko miała okazję siadać na kolanach, ale też o przedwojennej ulicy warszawskiej, o handlarzach, cieciach, lub choćby o „Izraelitce prostytutce”, jak ją nazywała, która ubrana w strój krakowski (!) zachęcała przechodniów: „Dzidziuś chodź! Chłopiec chodź! Oszalejesz ze szczęścia”. Nakłaniana, by dokonała zapisu tych swoich impresyjnych wspomnień w formie mikro-obrazków, obiecywała. Ale nie doszło do tego. Została mi więc pamięć tych „obrazków”, cząstkowych zawsze, często bardzo „nieostrych”, będących przywołaniem fragmentu, a nie wyczerpującą opowieścią. 

„Obrazki” te nie zawsze były beztroskie. Jak choćby wtedy, gdy dnia pewnego spoglądając na letnie niebo widoczne za oknem swego saloniku, nagle zamyślona zakomunikowała: „Wczoraj wieczorem miałyśmy zgrupowanie…”. Nie zrozumiałam, o czym mówi. A rzecz dotyczyła 29 lipca 1944 roku, kiedy to szesnastoletnia Maria, zaprzysiężona już od jakiegoś czasu harcerka podziemnego państwa, miała wyznaczoną zbiórkę. Dwa dni później poszła do powstania jako sanitariuszka. To wspomnienie wyłoniło się podczas jednego z pierwszych naszych spotkań, gdy jeszcze nie przychodziło mi do głowy, że ta starsza pani, tak bardzo pasująca do klimatów „Kabaretu”, jakby była jedną z jego bohaterek, ma za sobą trudne przeżycia wojenne.

Gdy jednak z różnych dykteryjek i wspomnień powoli wyłonił się obraz jej dzieciństwa, okazało się, że było ono mało sielankowe. Bo stale towarzyszyła jej śmierć. Jako dziecko miała normalny dom, ale potem – „Umarł dziadziuś, umarł ojciec, umarła i mama. A potem była wojna, która ciągle kogoś zabierała”.

A potem – jak opowiadała – mało jej się śniło. Ale parokrotnie taki sen miała, że jest okupacja, odbywa się „powszechne rozstrzeliwanie”, ludzkość w wielkim szeregu postępuje ku przodowi, a gdzieś z tyłu głowy śpiącej Marii rozlegają się karabinowe salwy. „Wszystko to oświetlone  mdłym, dziwnym światłem, takim, jak przed burzą. Gęstym”. I śniąc nie wiedziała, czy to były sny kolorowe, ale światło było bardzo wyraźne.

Takie jak ten, niewesołe „obrazki” pozwalały mi z wolna pojąć, że ta mądra, uśmiechnięta pani miała za sobą tak ciężkie przeżycia, że mogła albo zgorzknieć na amen, albo na przekór wszystkiemu zachować pogodę ducha. Jak twórcy „Kabaretu”. Zapytana kiedyś przeze mnie skąd to poczucie humoru u Starszych Panów, skoro przyszło im żyć w niewesołym świecie (nie tylko okupację, ale i pozbawiony tego poczucia humoru PRL mając na myśli), bez wahania odparła, że „zrodzone ono było z poczucia końca świata, który tu nastąpił”. I odtąd ten świat już się nie dał poskładać. Zamiast jednolitego wizerunku przetworzył się w zbiór obrazków. Pamięć tego pokolenia, z którego się Maria wywodziła, spowita w mrok XX-wiecznych dramatów, nie jest zbyt skora do łatwych narracji. 

Lubiła taką anegdotę Edwarda Dziewońskiego, który przyszedł kiedyś do jej męża, aby się wyżalić i poradzić. Opowiedział, w czym rzecz, a Wasowski słuchał tego z łagodnym uśmiechem. A gdy skończył, usłyszał: „Nie przejmuj się, świat się skończył w dziewiętnastym wieku”

„Po kompocie! Po kompocie!/ Po chlupocie/ śliw i grusz./ Po kompocie – po kompocie –/ po kompocie już!”.

Pani Maria gra Beethovena

Maria dwa razy w tygodniu grywała w totolotka. Nigdy nie wygrała więcej niż trójkę. Raz jeden zdarzyło mi się asystować przy takiej wygranej. Dostałam wtedy trzy złote jako procent. Za to, że trzymałam kciuki, gdy w telewizji ogłaszano wygrane liczby. I to wtedy usłyszałam opowieść o tym, że skłonność do grania na loterii odziedziczyła po matce, która – jak ona – przez całe życie grywała uporczywie i bez powodzenia (co było powodem kpin ze strony otoczenia). Jedyna, za to wielka, wygrana trafiła się w dniu jej śmierci!… Dzięki temu wywianowała córkę sierotę pokaźną sumką. To jest opowieść, której żadna dobra literatura by nie zniosła jako absolutnie pozbawioną prawdopodobieństwa. A jednak… A trzeba dodać, że to był rok 1938, zbliżały się straszne, wojenne czasy. 

Dlatego, mimo że Maria zachowała do mamy „ogromny żal, że jej to zrobiła” i umarła, to jednak rozumiała, że inne dzieci miały gorzej, zostawały na ulicy, porzucone przez innych, głodne, chore, a dzięki szczęśliwemu losowi jej los był lepszy. Mogła realizować swoje zamierzenia. 

A chciała być pianistką. Przez cztery okupacyjne lata (1940-1944) była w klasie fortepianu w konserwatorium muzycznym na Okólniku. Przez pierwsze pół roku – bez własnego instrumentu. Potem otrzymała Bechsteina od Osterwów, którzy wyjeżdżali z Warszawy. Ćwiczyła, ale też dzięki dostępowi do płytoteki Iwo Galla słuchała znanych wykonań klasyki muzycznej i „porównywała brzmienia Beethovena pod trzema dyrygentami”. A potem biegła na zbiórki harcerskie, które ją przygotowywały do roli sanitariuszki. 

Wśród fleszy z przeszłości był i taki: okupacyjny wieczór, powiedzmy 1943 rok, pokój sublokatorski na Powiślu (w mieszkaniu były trzy pokoje w amfiladzie, ona z ciotką opiekunką mieszkały w ostatnim) – i o ile nie było sowieckich nalotów na znajdującą się w pobliżu elektrownię, młodziutka Maria na życzenie rodziny zamieszkującej w pokoju obok grała „Sonatę księżycową”.

Lubiła się uczyć i lubiła zdawać egzaminy (komisyjne, na Okólniku). Najpierw była trema przed występem, a potem przyjemność grania. Miała przekonanie, że umie i rozsmakowywała się w zadaniu. 

A potem okazało się, że jej dziewczęca dłoń nie rośnie i wirtuozem nie zostanie.

Więc trochę z przypadku (i pod wpływem artystycznego otoczenia) została aktorką (zaczęło się od tego, że była potrzebna Isia w „Weselu”, a potem „jakoś poszło”). I wtedy okazało się, że aktorką jest chętnie, ze względnym powodzeniem, ale też z notorycznym stresem. „Bo pianistyka jest samodzielną ekspresją, a aktorstwo współdziałaniem z innymi” – tłumaczyła. – „Może tak to jest, że jest się takim „libero”, co w zespole, choćby mu bardzo na tym zależało, grać nie potrafi”.

Powiększanie wyobraźni

Ale ze sztuką aktorską, z teatrem, a zwłaszcza z muzyką i dobrą literaturą (czyli tym wszystkim, co się jeszcze do niedawna nazywało „sztukami pięknymi”) nie traciła kontaktu. Choćby (i przede wszystkim) za sprawą „Kabaretu”, który w znacznym stopniu powstawał wszak u niej w domu. Nie ukrywała, że czuła się jego „współudziałowcem” i że świat Starszych Panów była dla niej bardziej światem niż rzeczywistość. Jako że był procesem przekształcania tej rzeczywistości w coś lepszego.

Metod było wiele, a jedną z nich było „powiększanie wyobraźni”. Jak napisał Grzegorz Wasowski w leksykonie „Ostatni naiwni” – rzeczywistość PRL-u „przerastała ich wyobraźnię, więc «Kabaretami» próbowali ją sobie powiększyć (wyobraźnię, nie rzeczywistość PRL-u)”. Wszakże „wyobraźnię pragną sobie powiększyć ludzie, którzy wyobraźnię posiadają” – miał powiedzieć Pan B. „Oczywiście. Trudno sobie powiększyć coś, czego się nie ma” – miał dodać Pan A. Twórcom „Kabaretu” jej nie brakowało, więc mogli sobie, ku pożytkowi powszechnemu, powiększać. Maria w tym procederze nieustannie uczestniczyła, asystując przy pracy duetu: Przybora – Wasowski i mogłaby zapewne powiedzieć za innym ich bohaterem: „Ja tu jestem cały czas, tylko nie zawsze rzucam się w oczy”. 

Zwłaszcza, że w równej mierze, co oni umiała nadawać tej wyobraźni artystyczne ramy, dysponując nadzwyczajnym wyczuciem formy. Chodziło zarówno o dyscyplinę muzyczną, jak i literacką. Z upodobaniem cytowała najkrótszy w tej mierze instruktaż swego męża: „Zawsze trzeba wziąć podmiot i orzeczenie. A potem burza uczuć”.

Idąc cienistą stroną ulicy

Marię spotkałam późno – jako leciwą damę. Ale nosiła tę starość z wielkim szykiem. Dbała o siebie, spowita zawsze w ciepłe beże i żartowała ze swego wieku. Gdy kiedyś zadzwoniłam do niej, a w zastępstwie konwencjonalnego „Co słychać?”, zaczęłam od tekstu: „No to powiedz coś o sobie”, bez wahania odparła: „Jestem niewysoką, nie przesadnie szczupłą kobietą. Ludzie podkreślają, że młodą wyglądem i nie dają mi więcej niż 79 lat” (miała w tym momencie 80). Gdy zresztą o wieku kogoś innego kiedyś się zgadało i spytałam, ile on może mieć lat, Maria odpowiedziała: „On nie może, on musi je mieć”. Mawiała też: „Nie rób ze mnie staruszki, czas to robi”, lub: „Ja się nie nadaję na posiadanie sklerozy”. Gdy jednak zdarzyło jej się o czymś zapomnieć, oznajmiała, wskazując swą głowę: „Tu niewiele, tylko uroda została”.

Maria Wasowska
Maria Wasowska. Fot. Monika Wasowska

Była krucha. Niewiele trzeba było, żeby pękło jej żebro. Wystarczyło czasem, że zaśmiała się zbyt spontanicznie. Tak samo delikatny był jej sposób poruszania się. Gdy zdarzało jej się znaleźć w tłumie – na wystawie, w teatrze, na koncercie – wydawało się, że pod wpływem najdrobniejszego dotknięcia rozsypie się w drobny mak. 

A równocześnie była niezwykle wytrzymała. Obserwowałam jej wielomiesięczne zmagania z bólami kręgosłupa, a potem ze skutkami operacji, o której mówiła, że polegała na „zacementowaniu babci”. Jej kręgosłupem – w zastępstwie zdewastowanego przez wiek i osteoporozę – był silny charakter i poczucie humoru. Starając się pokonywać ból i słabość mawiała: „Nie ma co leżeć i konać, bo jak się skona, to się skona i nie ma co robić takich charakteryzacji życiowych” i żartowała z siebie: „Emilia Plater, dziewica-bohater”. Była paradoksalną damą – kruchą i silną zarazem. Można by powiedzieć, że była jak antyczna katharsis – wzbudzała „litość i trwogę”.

O śmierci mówiła rzadko. „Nie ma co myśleć o końcu. Bo nie ma o czym” – powiedziała kiedyś. Gdy jednak ten temat pojawiał się w naszych rozmowach, towarzyszył Marii łagodny uśmiech, jakby było już przesądzone, że śmierć oznacza wyczekiwane spotkanie z mężem i obietnicę dużej porcji jego dobrej muzyki. 

Ten uśmiech towarzyszył jej także wtedy, gdy – z pewnej już, właściwej wiekowi, oddali obserwowała naszą doczesność. Było trochę tak, jak z piosenki:

„Słyszę tak idąc szelest stronicy/ z prawdą odwieczną –/ z prawdą odwieczną./ Lepiej z cienistej strony ulicy/ widać słoneczną –/ widać słoneczną.

Wśród cnót, które Maria wyliczała, mając na myśli przekonania twórców „Kabaretu”, ale także i swój światopogląd, często wymieniała wielkoduszność. By użyć na to stosownego przykładu, lubiła wracać do sceny w „Upale” (filmie Kazimierza Kutza, w którym główne role grali Starsi Panowie), gdy Pan A (Wasowski), został okradziony przez zbója (Gołasa) i odniósł się do tego ze zrozumieniem, bo skoro ten go okradł, to znaczy, że był w potrzebie. Chciałam się upewnić, czy ta wielkoduszność bierze się z sympatii dla ludzi. Maria zaprzeczyła – nie z sympatii (bo tej nie zawsze starczy), ale z życzliwości. „Plus – jak dodała – «trzy razy W»: wyobraźnia, wrażliwość, wyrozumiałość”. 

Do polityki tylko serca nie miała i stać ją było na bardzo surowe sądy. Gdy próbowałam czasami nakłonić ją na bieżące komentarze, potrafiła odpowiedzieć z irytacją: „A co, my jesteśmy babcie klozetowe, żebyśmy mówiły o polityce…”. 

„W czasie Powstania Warszawskiego 80-latkowie, jeśli zdrowie pozwalało, szukali możliwości przydania się. Ja dziś, widząc, co zrobili ze światem, dla którego gotowa byłam łeb położyć – a tylu innych położyło – palcem bym nie ruszyła”.

A gdy życie publiczne, które chcąc nie chcąc śledziła, nękane było jakimiś aferami, oskarżeniami, podejrzeniami, to powtarzała, że jak nad ranem przyjdą po nią i wsadzą do więzienia, to zaprasza pod celę. „Będziemy sobie grać w inteligencję”. Kiedyś, szczególnie zgorszona jakimiś wypadkami, użyła najmocniejszego działa: „W czasie Powstania Warszawskiego 80-latkowie, jeśli zdrowie pozwalało, szukali możliwości przydania się. Ja dziś, widząc, co zrobili ze światem, dla którego gotowa byłam łeb położyć – a tylu innych położyło – palcem bym nie ruszyła”.

Takie wzburzenie nie trwało jednak dugo i uśmiech powracał. I towarzyszył jej także wtedy, gdy roztrząsałyśmy ważne kwestie teologiczne. Tak, jak wówczas, gdy zapytała mnie, czy wierzę w piekło, a zaraz potem sama sobie odpowiedziała, że w diabły z rogami nie wierzy, ale „wierzę w Boga i Jego wielkie miłosierdzie. I w piekło, które jest podstawionym nam przez Niego zwierciadłem, w którym możemy zobaczyć wszystko, cośmy zmajstrowali”. 

Niebotyczny współczynnik subtelności

Nie mogłam się nadziwić, że kiedyś przyjaciele zwracali się do niej per: Maniu. Ja nigdy nie byłam w stanie tak do niej powiedzieć (choć zdarzyło mi się kiedyś, że użyłam kolokwializmu: „zażyć z Mańki”, na co usłyszałam: „Uważaj na słowa, smarkulo”, a i ona czasem „zażyła mnie z Mańki”). Ale ona była Marią tak jak jej mąż według moich wyobrażeń nigdy nie mógł być Jurkiem, a zawsze Jerzym. Ten rys szelmowskiej nieco, ale jednak dystynkcji, wzmacniały określenia, którymi lubiła się posługiwać: „Nie będę pani deranżować” lub „odwracać się derrierem”. „Elegancka kobieta odwraca się derrierem wtedy, gdy inni, prostacy, wypięliby dupsko” – mawiała. 

Tęskniła za staroświecką kindersztubą, sama stosując się do jej zasad. Przejawem jej był wszak między innymi i ten zwyczaj czatowania pod drzwiami, gdy zbliżała się nasza umówiona dwudziesta. Chodziło o to, by się na spotkanie stawić punktualnie. Gdy słyszała, że ktoś się spóźnił lub nie dotrzymał umowy, opowiadała o swym teściu, który miał zwyczaj w takich razach natychmiast wysyłać telegram z kondolencjami, bo śmierć w podobnych przypadkach była jedynym usprawiedliwieniem dla człowieka dobrze wychowanego. „Bo dobre wychowanie – powiedziała kiedyś – to nie jest umiejętność picia herbaty bez wkładania łyżeczki do szklanki, ale zdolność zwracania uwagi na innych i respektowania ich potrzeb”.

Ma rację Bogdan Hołownia, który w kontaktach z Marią zawsze powiadał, że „ma przyjemność być zaszczyconym”, gdy wspominając ją mówi o „niebotycznym współczynniku subtelności”. Trudno o lepsze określenie.

„Nie ma co żałować czasu poświęconego na kindersztubę – powiedziała kiedyś. – Chamstwo zajmuje tyle samo czasu. Powiedzieć «dzień dobry» trwa tyle samo, co nie powiedzieć «dzień dobry». I jeden i drugi czas już minął”.