Uderzyła mnie reakcja kard. Nycza na wywieszenie tęczowej flagi na figurze Chrystusa.

W nocy z 28 na 29 lipca aktywiści z mało znanych grup zawiesili tęczową flagę na figurze Chrystusa „Sursum corda” przed stołecznym kościołem Świętego Krzyża. Podobne flagi pojawiły się zresztą także na innych warszawskich pomnikach, niezwiązanych bynajmniej z kultem religijnym. Uważam, że epizod ten, na pewno przykry dla wierzących, należałoby oceniać w kategoriach elementarnej kultury i liczenia się z wrażliwością katolickiej części społeczeństwa.

Tymczasem natychmiastowe państwowo-kościelne reakcje były niczym dzwon Zygmunta bijący na trwogę w obliczu jakiejś narodowej tragedii. Premier Mateusz Morawiecki od razu pojechał na Krakowskie Przedmieście, by w świetle kamer modlić się pod figurą Chrystusa i zapalić świeczkę, a biskup Warszawy wydał specjalne oświadczenie.

Hierarchowie milczą jak zaklęci, gdy dokonuje się na niespotykaną wcześniej skalę bezczeszczenie godności człowieka – który jest świątynią Boga i podstawową drogą Kościoła

Reakcja wysokiego przedstawiciela władz państwowych specjalnie mnie nie zaskoczyła, bo po przełomie roku 1989 przez lata mogłem z bliska obserwować podobne manifestacje ze strony polityków (zawsze w okresie pełnienia urzędów), polityków, których ostatnio niektórzy ludzie Kościoła zdają się promować do roli „gwiazd nowej ewangelizacji”. Bardziej uderzyły mnie słowa kardynała Kazimierza Nycza o pomnikowym incydencie i jego apel o położenie kresu „przekraczaniu granic w debacie publicznej”.

Zdecydowana reakcja kardynała uderzyła mnie dlatego, że zwłaszcza w ostatnich latach hierarchowie milczą jak zaklęci, gdy dokonuje się na niespotykaną wcześniej skalę profanacja nie figury ze spiżu czy kamienia, ale bezczeszczenie godności człowieka. Człowieka, który – jak sami słusznie głoszą – jest przecież świątynią Boga i podstawową drogą Kościoła.

Bo czymże innym jak nie profanacją człowieka są słowa polityków-„ewangelistów” o gorszym sorcie i animalnym elemencie, o chamskiej hołocie, komunistach i złodziejach itd., itd. W podobnych przypadkach siania nienawiści i pogardy, budowania murów podziału i wykluczenia nigdy nie rozległ się zdecydowany głos pasterzy polskiego Kościoła i jego „non possumus”. Więcej, nawet niektórzy czołowi przewodnicy naszego Kościoła sami uczestniczą w powiększaniu wrogości i społecznych podziałów i – używając sformułowania kardynała Nycza – „przekraczają granice debaty publicznej”, choćby poprzez używanie takich epitetów, jak lewactwo, neobolszewizm, tęczowa zaraza etc.

Smutny jest fakt, że kościelny apel o wzajemny szacunek rozlega się dopiero, gdy brak szacunku dotyka „nas”, a nie gdy znieważani czy odczłowieczani są „inni”. Jest to więc wtedy wyraz troski nie o wspólne dobro, lecz o własne „interesy”. Nie taka powinna być społeczna rola Kościoła.

Opublikowany przez Spacerowiczka Wtorek, 28 lipca 2020

Częsta dziś koncentracja niektórych biskupów na sprawach seksu i rozrodczości, mentalność oblężonej twierdzy, uleganie pokusie nieustannej polemiki ze złym światem zewnętrznym, pryncypializm i pycha w potępianiu zjawisk współczesnej cywilizacji – wszystko to sprawia, że dramatycznie brakuje miejsca na sprawy w chrześcijaństwie najważniejsze. Na rzeczywiste, a nie tylko werbalne, współczucie, miłosierdzie i solidarność z każdym bez wyjątku człowiekiem, zwłaszcza tym najsłabszym.

A jak pisał ks. Janusz Pasierb w książce „Skrzyżowanie dróg”, „tylko współczucie prowadzi nas do pokory, tej pokory, dzięki której słuchamy i mówimy, otrzymujemy i dajemy, ewangelizujemy i jesteśmy ewangelizowani”.

Myślę, że dotkliwy nad Wisłą brak takiej właśnie postawy i takiej – jak by powiedział Jan Paweł II – hierarchii rzeczy sprawia, że incydent spod warszawskiego kościoła urasta do rangi arcyważnego wydarzenia, a sprawy naprawdę najważniejsze leżą odłogiem.

Przeczytaj także: Czas, aby Kościół i jego pasterze jasno i bez kunktatorstwa wezwali do poszanowania naszych sióstr i braci