Żeby nie obrażać się i oburzać bez końca, trzeba najpierw zrozumieć ból drugiego, a nie tylko swój.

Zawieszenie tęczowej flagi na pomniku Chrystusa „Sursum corda” przed kościołem Świętego Krzyża na warszawskim Krakowskim Przedmieściu niczemu dobremu nie służy. A z pewnością nie służy tworzeniu atmosfery potrzebnej do dialogu – ten, niestety, w naszym kraju wydaje się coraz bardziej niemożliwy. Okładamy się obraźliwymi sformułowaniami. Nadużywamy symboli. Więc nawzajem się od siebie oddalamy.

Uczestniczyłem nie raz w spotkaniach ze środowiskami LGBT („Wiara i Tęcza”). Szczególnie cenny był dla mnie udział kilka miesięcy temu w dniach skupienia Klubu Inteligencji Katolickiej w Laskach; oprócz różnych środowisk Kościoła w Polsce, zostały tam zaproszone także osoby LGBT, które chcą być w Kościele.

Takich spotkań i rozmów potrzeba, by się wzajemnie usłyszeć, a także by się wzajemnie uczyć szacunku dla własnych przeżyć, uczuć i myślenia. Kluczowa wydaje mi się tu właśnie wzajemność. Zaczyna się ona od tego, żeby zrozumieć ból drugiego, a nie tylko swój.

Dlaczego tak rzadko ludzie Kościoła mówią o bólu osób wierzących, krzywdzonych w ich wspólnocie? Oraz o bólu zadawanym żywemu Chrystusowi obecnemu w wykluczanych osobach LGBT?

Jeśli więc osoby ze środowisk LGBT (także niekatolicy) czują się dotknięte i wykluczane z powodu języka pogardy, jaki słyszą w przestrzeni publicznej, to tym bardziej ich przedstawiciele sami nie powinni używać takiego języka ani podejmować działań odbieranych jako agresja – nawet w sferze symbolicznej. A „profanacja figury – jak napisał kardynał Kazimierz Nycz – spowodowała ból ludzi wierzących”.

Z drugiej jednak strony od dawna nie słyszałem wyraźnego głosu warszawskiego metropolity w sprawie bólu zadawanego przez ludzi Kościoła żywemu Chrystusowi obecnemu w wykluczanych osobach LGBT. I gdzie był głos Kościoła, gdy między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich doszło w Krakowie do napaści na osoby LGBT z użyciem kijów?

Dlaczego – by przywołać inną sprawę – tak rzadko ludzie Kościoła mówią o bólu osób wierzących, krzywdzonych w ich wspólnocie przez nadużycia władzy, sumienia i przestępstwa seksualne? Przypomnę słowa Tomasza Terlikowskiego z głośnego tekstu opublikowanego cztery dni po premierze „Zabawy w chowanego”: „Jestem wściekły, bo w ten sposób plujecie w twarz ofiarom, krzywdzicie je jeszcze raz, dokładacie swoje kamienie do ukamienowania ich. A w ten sposób, warto to powiedzieć wprost, opluwacie w nich Chrystusa, plujecie na Jezusa i Jego krzyżujecie” (cały tekst można przeczytać tutaj).

Czy ludzi Kościoła – zarówno duchownych, jak i wiernych – którzy dziś tak mocno czują się dotknięci tęczową flagą przy pomniku „Sursum corda”, równie mocno dotknie sponiewieranie i zelżenie żywego Chrystusa w osobach, którym odmawia się głosu w Kościele z powodu zadawanego w nim bólu?

„Dwa są wizerunki Boga na ziemi – napisał na Facebooku ks. Andrzej Draguła – pierwszy martwy: ten w figurach, obrazach, ikonach, malowidłach, wyobrażeniach. Drugi żywy: w człowieku stworzonym «na obraz i podobieństwo». I dwa są bluźnierstwa: dokonane na martwym i na żywym wizerunku. Historia człowieka pokazuje, że dla wielu te martwe zdają się być żywsze od żywych. I dla tych właśnie performatywność symboliczna zdaje się mieć większą siłę rażenia. Jak się okazuje, by tak sądzić, nie trzeba wcale wierzyć w Boga, wystarczy wierzyć w realność świata symbolicznego (czy to źle?). Bez tego żadna profanacja martwego obrazu nie miałaby sensu. Szkoda tylko, że o obrazie Boga sprofanowanym w człowieku mało kto pamięta. A przecież nic nad człowieka. Nic, żaden wizerunek. Gloria Dei vivens homo [Chwałą Boga jest żyjący człowiek]”.

Bez kultury wzajemności w elementarnym szacunku człowieka wobec człowieka nie da się zbudować wspólnoty. Inaczej będziemy się tylko bez końca obrażać i oburzać, obrażać i oburzać…

Przeczytaj także: Uderzyła mnie reakcja kard. Nycza na wywieszenie tęczowej flagi na figurze Chrystusa