Tureckie władze instrumentalnie potraktowały napięcie między świeckością a religijnością. Zamiast stworzyć miejsce, które twórczo łączy, postawiły na rozgłos i prowokację.

Przekształcenie Hagii Sofii w meczet to gest prezydenta Turcji wpisujący się we wcielaną przez niego od lat w życie ideę tzw. neoosmanizmu. W natłoku kontrowersji, które wywołała ta decyzja, nie należy zapominać, że neoosmanizm to przede wszystkim propagandowy spektakl, którego odbiorcami są zarówno Turcy, jak i demonizowany przez prezydenta Erdoğana „świat zachodni”.

U kogoś, kto wnikliwie śledzi politykę turecką ostatnich lat, zmiana statusu Hagii Sofii w meczet nie powinna budzić szczególnego zdziwienia. Prezydent Erdoğan od dłuższego czasu poruszał ten temat w publicznych wypowiedziach, szczególnie często przed wyborami, gdy zabiegał o pozyskanie przychylności radykalnego muzułmańskiego elektoratu. Tak było w 2016 r., gdy dla świeckiego wówczas muzeum Hagia Sofia mianowano imama oraz muezzina jej minaretów, a także w marcu 2019 r. przed wyborami samorządowymi w Stambule. Sprawa wisiała w powietrzu i tylko kwestią czasu było, kiedy nadarzy się odpowiednia sposobność.

Z mieczem w ręku

Dziś odbyła się w Hagii Sofii pierwsza po zmianie statusu prawnego budynku modlitwa, która stała się okazją do manifestacji władzy prezydenta, niemal niepodzielnej od czasu referendum z 2017 r., zmieniającego ustrój republiki z parlamentarnego na prezydencki. Erdoğan osobiście rozpoczął recytację koraniczną, a w kazaniu wygłoszonym przez szefa Diyanetu (tureckiego urzędu ds. religii) prof. Alego Erbaşa, nie zabrakło nawiązania do modlitwy, którą odprawił tam sułtan Mehmed II Zdobywca po zajęciu Konstantynopola w 1453 r. Ta analogia nasuwała się już w maju tego roku, gdy Erdoğan uczestniczył przez wideokonferencję w recytacji sury 48. Koranu („Zwycięstwo”), która odbyła się właśnie w Hagii Sofii.

Przemawiając, imam Ali Erbaş trzymał dziś w ręku miecz. Nawiązał tym do osmańskiej tzw. tradycji miecza, która zezwalała imamom na wygłaszanie kazań z mieczem w ręku podczas uroczystych modlitw po zdobyciu miasta lub w szczególnie ważnych meczetach Imperium Osmańskiego.

„Pobożne pokolenie”?

Nawiązywanie do tradycji osmańskiej i odwoływanie się do islamu to zresztą główne elementy polityki prezydenta Turcji, widoczne w kraju na każdym kroku. W 2018 r. w Stambule z pompą obchodzono przy udziale najwyższych władz stulecie śmierci sułtana Abdülhamida II, kojarzącego się w historiografii z paranoicznym wręcz despotyzmem, obsesją religijną i mordami chrześcijan ormiańskich, dla prezydenckiej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) będącego jednak uosobieniem cnót religijnych i ideału silnego konserwatywnego przywódcy.

Rząd, realizujący deklarację prezydenta Erdoğana o tworzeniu „pobożnego pokolenia”, od lat wspiera edukację religijną i rozbudowę sektora szkół Imam Hatip kształcących przyszłych imamów i nauczycieli religii, a także popiera tworzenie wydziałów teologii muzułmańskiej, które powstają także na niepublicznych (prorządowych) uczelniach i otrzymują hojne wsparcie od władz.

U kogoś, kto wnikliwie śledzi politykę turecką ostatnich lat, zmiana statusu Hagii Sofii w meczet nie powinna budzić szczególnego zdziwienia. Sprawa wisiała w powietrzu

Wysocy rangą przedstawiciele partii nie kryją sympatii dla silnych i licznych cemaatler ugrupowań religijnych działających pod szyldem stowarzyszeń i fundacji religijnych (dernek, vakıf) będących odrodzoną postacią skasowanych przez Atatürka sufickich bractw religijnych. Sam prezydent Erdoğan jest członkiem konserwatywnego bractwa Iskenderpaşa, zaś były premier Turcji i kandydat AKP w wyborach samorządowych w Stambule w czerwcu 2019 r. Binali Yıldırım kampanię wyborczą rozpoczął w siedzibie ultra-ortodoksyjnego bractwa Ismailağa.

Mimo tak silnej identyfikacji religijnej polityków obozu rządzącego i wsparcia dla religijnych instytucji, religijność wśród Turków spada. Z badania przeprowadzonego w 2019 r. przez agencję Konda wynika, że odsetek osób deklarujących praktykowanie postu w ramadanie obniżył się o 7 proc. w stosunku do roku 2008, zaś odsetek osób określających się jako ateiści wzrósł z 2 proc. do 5 proc. w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Szczególnie rozczarowane religijną propagandą są osoby w wieku 15-29 lat.

Interesy, nie sympatie

W polityce międzynarodowej rząd Turcji angażuje się w konflikt syryjski, wojnę w Libii oraz konflikt izraelsko-palestyński, co bardzo służy mobilizacji rodzimego elektoratu. Kolejne tureckie operacje wojskowe w Syrii rozpoczynały się od recytacji sury „Zwycięstwo” w meczetach całej Turcji, a wiec poparcia dla Palestyny zorganizowany przez AKP w maju 2019 r. zgromadził dziesiątki tysięcy ludzi.

Deklarowane wsparcie dla Palestyny nie idzie jednak w parze z sankcjami gospodarczymi wobec Izraela, który jest jednym z dziesięciu najważniejszych dla tureckiej gospodarki rynków zbytu, a wartość tureckiego eksportu osiągnęła na koniec pierwszego kwartału zeszłego roku rekordowy poziom 453 milionów dolarów. Izrael jest obecnie czwartym największym eksporterem towarów do Turcji. Gdy więc chodzi o robienie interesów, sympatie polityczne idą w odstawkę.

Reakcyjne zmagania z tożsamością

Neoosmanizm prezydenta Erdoğana to próba nadania Turcji kulturowej tożsamości w oparciu o wartości religijne i narrację imperialną, które legitymizują rządy jego partii. To mieszanina religijnej propagandy z mocarstwowym mitem wskrzeszenia imperium. Przede wszystkim jednak jest to narzędzie olbrzymiej społecznej mobilizacji, uproszczony obraz powrotu do złotego wieku, gdy religia była wszędzie obecna, a sąsiedzi drżeli przed potęgą Osmanów.

Neoosmańska idea Turcji pod rządami Erdoğana to narracja historyczna pisana przez pryzmat religii i odwołująca się do ideału silnej i suwerennej władzy, która demonstruje swoje mocarstwowe ambicje i możliwości oraz wspiera swoich sojuszników. Zarazem Erdoğan, wykorzystując swoje uprawnienia jako głowy państwa i szefa rządu, kreuje się na „obrońcę wiary”, w opozycji do utrwalonego w Turcji kemalistowskiego ideału głowy państwa – obrońcy świeckiego narodu.

Na przykładzie sprawy Hagii Sofii widać jak w soczewce złożoność tureckich zmagań z tożsamością. Słusznie zauważa się w tym ruchu próbę demonstracji siły w czasie recesji gospodarczej, spadku poparcia oraz uwikłania w konflikty zbrojne i dyplomatyczne na wszystkich frontach, a także chęć zaskarbienia sobie najbardziej konserwatywnego muzułmańskiego elektoratu w czasie postępującej erozji władzy AKP.

Mimo tak silnej identyfikacji religijnej polityków obozu rządzącego i wsparcia dla religijnych instytucji, religijność wśród Turków spada

Jest to jednak ruch, który w pierwszej kolejności uderza w świeckość tej budowli jako muzeum państwowego, a dopiero w dalszej – w jej historycznie chrześcijański charakter. Od 1934 r. bazylika Hagia Sofia nie miała już religijnego charakteru, a odprawianie modlitw przez przedstawicieli jakiejkolwiek religii było tam zakazane (choć ostatnimi laty coraz częściej dochodziło do naruszeń tego zakazu na polecenie władz). Wielu odwiedzających muzeum Hagii Sofii odnosiło wrażenie, że to miejsce, pozostając wykluczone z kultu, jest martwe.

Rozwiązanie wcielone w życie przez Atatürka doskonale wpisywało się w świecki model państwa, ale nie sprzyjało dialogowi wyznawców obu religii poczuwających się do dziedzictwa Hagia Sofii. Przyjęty przez republikę Turecki model radykalnej laickości zepchnął religię z horyzontu spraw publicznych na dekady i sprawił, że wyznawcy wszystkich wyznań czuli się dyskryminowani. Poparcie dla religijnych rządów AKP to między innymi reakcja konserwatywnej większości tureckiego społeczeństwa na tego typu skrajne rozwiązania kemalizmu. Fakt, że od powstania bazyliki w VI w., aż do czasu, gdy Atatürk postanowił przekształcić Hagia Sofię w muzeum, była ona miejscem sprawowania kultu, w którym odbywały się liturgie chrześcijańskie (przez 916 lat) i modlitwy muzułmańskie (przez 481 lat) częściowo uzasadnia decyzję Erdoğana o powtórnym przywróceniu budowli jej sakralnego charakteru.

Dwie tożsamości

Nie da się ukryć, że ta potężna budowla łączy w sobie obie tożsamości – chrześcijańską i muzułmańską. To, że znajdują się w niej jedne z najpiękniejszych zachowanych bizantyjskich mozaik nie zmienia faktu, że była ona również jednym z najważniejszych meczetów osmańskiego Stambułu, konstrukcją, która odcisnęła piętno na muzułmańskiej architekturze całego imperium i stała się wzorem dla osmańskich meczetów. Zwiedzając Hagię Sofię, oglądamy na ścianach bizantyjskie marmury zwieńczone fryzem z motywem geometrycznym właściwym dla sztuki islamu. Pod greckimi kolumnami stoi zabytkowy osmański minbar.

Burzliwe dzieje Konstantynopola połączyły w jednej konstrukcji oba te wątki i nie da się ich już rozpleść. W Stambule tego typu świątyń jest o wiele więcej – żeby wspomnieć choćby Małą Hagię Sofię (kościół św. Sergiusza i Bachusa), Molla Zeyrek Camii (monastyr Chrystusa Pantokratora), Kalenderhane Camii (kościół Thetokos Kyriotissa). Nie słychać głosów oburzenia, że wszystkie one służą od stuleci jako meczety.

Potrzeba bieżącej polityki

Problem tkwi w tym, że Erdoğan zamieniając Hagię Sofię w meczet uczynił to z pozycji siły, negując również chrześcijańską część dziedzictwa tego zabytku w imię politycznego rewanżyzmu. To prawda, że Hagia Sofia była meczetem, ale była też kościołem, o czym Erdoğan pamiętać już nie chce. Co więcej, w Stambule istnieją też inne zjawiskowe zabytki chrześcijańskie, które obecnie są świeckimi muzeami ze względu na wartość artystyczną odrestaurowanych mozaik (np. Fethiye Müzesi – dawny kościół Theotokos Pammakristos lub Kariye Müzesi – kościół św. Zbawiciela na Chorze), a w czasach osmańskich wszystkie one były meczetami. O tych nie słychać, żeby Erdoğan chciał je powtórnie zamieniać w meczety[1]. Chodzi więc wyłącznie o ten jeden zabytek – Hagię Sofię – bo tylko ona rozpala wyobraźnię zarówno chrześcijan, jak i muzułmanów, pozostaje symbolem rozpoznawalnym na całym świecie i gwarantuje sprawie dostateczny rozgłos, tak bardzo potrzebny w bieżącej polityce.

Jak w wielu innych obszarach neoosmańskiej polityki tworzonej przez AKP, istotny problem związany z trudnym poszukiwaniem tureckiej tożsamości i napięciem między świeckością „starej” Turcji a religijnością Nowej Turcji potraktowano instrumentalnie. Zamiast stworzyć miejsce, które twórczo łączy, przekuwając potencjalny konflikt religijny w owocny dialog, postawiono na rozgłos i prowokację, a potem odtrąbiono zwycięstwo. Patriarcha Ekumeniczny Bartłomiej, następca patriarchów Konstantynopola i nominalny zwierzchnik wszystkich Kościołów prawosławnych rezydujący w stambulskiej dzielnicy Fener, skomentował decyzję o zmianie bazyliki w meczet w następującymi sposób: „Cóż mogę powiedzieć jako chrześcijański kapłan i grecki patriarcha w Stambule? Zamiast jednoczyć, dziedzictwo liczące sobie 1500 lat dzieli nas. Jestem zasmucony i wstrząśnięty”.

Turecki model radykalnej laickości zepchnął religię z horyzontu spraw publicznych na dekady i sprawił, że wyznawcy wszystkich wyznań czuli się dyskryminowani

Decyzja o zamianie Hagia Sofii w meczet to wielka niewykorzystana szansa na dialog międzyreligijny, na stworzenie miejsca sprzyjającego porozumieniu i przyciągającego wiernych chrześcijan i muzułmanów, których wspólne rozmowy (a może i modlitwy) mogłyby stworzyć prawdziwy most porozumienia.

Gdyby móc tę decyzję zaprojektować mądrze, wyobrażam sobie, że (hipotetyczna) Fundacja Świętej Mądrości Bożej mogłaby prowadzić działania na rzecz dialogu chrześcijańsko-muzułmańskiego i pokoju, organizować debaty, wystawy i występy artystyczne; prowadzić działalność kulturalną i oświatową, sponsorować badania i udostępniać przestrzeń bazyliki/meczetu/muzeum na działania służące pokojowi. Mogłoby to być miejsce, w którym czuliby się dobrze chrześcijanie, muzułmanie i niewierzący, w którym spotykaliby się papież z patriarchą Konstantynopola i muftim Stambułu.

Wszystko to jednak zaprzepaszczono, w imię doraźnych interesów politycznych, którym Święta Mądrość z pewnością nie towarzyszyła.


[1] W listopadzie 2019 r. Danıştay (najwyższy turecki sąd administracyjny) zdecydował o przekształceniu Kariye Müzesi w meczet tworząc precedens dla sprawy Hagii Sofii. Prezydent nie wydał jednak jak dotąd koniecznych rozporządzeń wcielających tę decyzję w życie i nie zaplanowano żadnej daty, kiedy zmiana miałaby nastąpić.