Można by powiedzieć, że Chorwaci wzięli sobie do serca słowa prezesa PiS z wyborów prezydenckich 2010 roku i nie zdecydowali się na oddanie całej władzy w ręce jednej opcji.

Głosowanie mamy nie tylko w Polsce, lecz także w Chorwacji, gdzie w ubiegłą niedzielę, 5 lipca, wybrano nowy skład jednoizbowego parlamentu (chorw. Sabor).

Z nutką ironii można by powiedzieć, że Chorwaci wzięli sobie do serca słowa Jarosława Kaczyńskiego z polskich wyborów prezydenckich w 2010 roku i nie zdecydowali się na oddanie całej władzy w ręce jednej opcji politycznej. Warto dodać, że zrobili to przy stosunkowej niewielkiej frekwencji (nieco ponad 46 proc.).

Na niskie uczestnictwo w wyborach wpłynęła być może pandemia. W tym ponadczteromilionowym kraju jest obecnie blisko 900 chorych na COVID-19, zaś według władz sytuacja epidemiczna w ostatnich dniach się pogorszyła.

Jeszcze niedawno – na fali zwycięstwa w wyborach prezydenckich kandydata Partii Socjaldemokratycznej (SDP) i premiera w latach 2011-16 Zorana Milanovicia – spodziewano się sukcesu centrolewicy. Milanović, który na przełomie roku pokonał urzędującą prezydentkę Kolindę Grabar-Kitarović, nie okazał się jednak mesjaszem socjaldemokratów. Tym razem występowali oni w wyborach w szerszym gronie pod szyldem Koalicja Restart. Władzę utrzyma rządząca, centroprawicowa i należąca do Europejskiej Partii Ludowej Chorwacka Wspólnota Demokratyczna (chorw. Hrvatska demokratska zajednica, HDZ), założona jeszcze na progu niepodległości przez środowisko skupione wokół pierwszego prezydenta kraju Franjo Tuđmana.

HDZ kierowana obecnie przez premiera Andreja Plenkovicia odniosła ewidentny sukces wyborczy, zdobywając 66 mandatów w Saborze. Przy tym wyniku 41 mandatów dla centrolewicowej Koalicji Restart uważane jest za porażkę, a lider ugrupowania, Davor Bernardić zapewne zrezygnuje z funkcji szefa socjaldemokratów. Według chorwackiej konstytucji, parlament może liczyć najmniej 100, a najwięcej 160 posłów.

Chorwackie wybory przebiegały normalnej dla tradycji powojennej Europy rywalizacji dwóch dużych formacji: centroprawicy i centrolewicy, a nie w atmosferze sporu populistów i ugrupowań „starego” konsensusu liberalnego. Premier Plenković, który kilka dni temu przekazał prezydencję w Unii Niemcom, jest wręcz powszechnie uważany za przedstawiciela „brukselskiej biurokracji”. Jego ugrupowaniu, mocno osadzonemu w strukturach europejskich chadeków, daleko do radykalnego konserwatyzmu, zwłaszcza w sferze obyczajowej. Zdecydowanie bliżej mu do współpracy z tzw. jądrem Unii niż krajami Grupy Wyszehradzkiej.

W przeciwieństwie do byłej prezydentki, jest też raczej sceptyczny w stosunku do intensyfikowania współpracy w ramach Trójmorza. To zresztą pewien paradoks, że wywodzącą się z obozu HDZ Grabar-Kitarović nie łączyły specjalnie ciepłe stosunki z premierem. Odwołując się znów do polskich realiów można powiedzieć, że obydwoje liderów cechowała raczej „szorstka przyjaźń” w stylu naszych Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera.

Chorwackie wybory przebiegały w normalnej dla tradycji powojennej Europy rywalizacji dwóch dużych formacji: centroprawicy i centrolewicy, a nie w atmosferze sporu populistów

Kolejnym paradoksem chorwackiej sceny politycznej pozostaje fakt, że technokratycznemu środowisku wokół premiera Plenkovicia bliżej jest w wielu aspektach do socjaldemokratów niż twardej prawicy.

Zbliżony w wielu aspektach do europejskiej populistycznej prawicy Ruch Ojczyźniany (chorw. Domovinski pokret) piosenkarza Miroslava Škoro, założony na fali popularności muzyka w wyborach prezydenckich (zdobył w nich finalnie trzecie miejsce, choć niektórzy typowali go na „czarnego konia” stawki) stał się trzecią siłą parlamentarną. Jego 16 posłów, którzy zasiądą w Soborze, nie jest jednak liczbą szczególnie imponującą. Zwłaszcza, że rozdający powyborcze karty HDZ do koalicji zaprosi, podobnie jak było to po poprzednich wyborach, niewielkie ugrupowanie centrolewicowe Chorwacką Partię Ludową (HNS) i partię Reformiści, które otrzymały po jednym fotelu parlamentarnym oraz ugrupowania mniejszości narodowych, w tym mniejszości serbskiej (w specyfice chorwackiej ordynacji tworzą one oddzielny okręg wyborczy).

Za względny sukces uznaje zaś swój wynik ugrupowanie Możemy! –Platforma Polityczna (Možemo! – Politička Platforma) stanowiące koalicję polityków radykalnej lewicy, ruchów miejskich i lokatorskich oraz ekologicznych. Wprowadzi ono do parlamentu 7 posłów.

W Zagrzebiu po wyborach zapowiada się zatem ostatecznie bez większych zmian.

Tekst został opublikowany przez autora na Facebooku. Tytuł od redakcji