Ludzie opuścili Boga-człowieka i Bóg opuścił Boga‑człowieka aż do swojej śmierci. Jako chrześcijanie bardzo chcielibyśmy zagłuszyć w sobie tę świadomość desperackim przypominaniem zmartwychwstania albo próbą zapomnienia o samym umieraniu.

Wielu chrześcijańskich teologów przez wieki próbowało wierzyć, że Pierwszy Poruszyciel i ich Bóg są ze sobą identyczni. Łatano wygodnym pojęciem „tajemnicy” napięcia między pojęciami boskiej dobroci i wszechmocy a istnieniem zła w świecie, między boską sprawiedliwością a miłosierdziem. Tworzono teodycee, które w zetknięciu z nawałą nieszczęść, przestępstw i krzywd obracały się w proch.

Aż w końcu, idąc za przeraźliwym głosem Nietzschego, filozofowie (post)chrześcijańskiej cywilizacji zaczęli coraz powszechniej zauważać, że Konieczny Byt Najwyższy umarł, a wraz z nim cały gmach „ontoteologii”, która od wieków dawała chrześcijańskim teologom poczucie bezpiecznego wybrania. Niektórzy czynili to z żalem. Inni z poczuciem ulgi – ostatecznie trudno uwierzyć, że pokolenia w życiu własnym i w liturgicznej wspólnocie sławiły Konieczny Byt Najwyższy, a nie Tego, którego prawdziwie kochali i któremu ufali chrześcijanie.

Filozofom przyszła w sukurs historia. Konieczny Byt Najwyższy po Auschwitz i Kołymie musiał zdać się absurdem. Jednak czy za podobny absurd nie trzeba było uznać również Boga wszechmocnego i miłosiernego?

Z kim powinniśmy czuć solidarność: z opuszczającym umierającego Bogiem czy raczej z opuszczonym przez Boga umierającym?

Nie wszyscy znaleźli w sobie siłę, by uwolnić się od ontoteologicznych pokus. Ostatecznie śmierć milionów ludzkich istnień nie unieważniła wszechmocnych praw natury, w których niektórzy konsekwentnie upatrują boskiej przyczyny, boskich inspiracji czy boskiej kontroli. Nie wszyscy też zdobywali się na rezygnację z religijnej wiary, choć coraz częściej pojawiała się uparta sugestia: być może to właśnie nie kto inny jak nasz Bóg opuścił Chrystusa w chwili śmierci.

I towarzyszące tej sugestii natychmiastowe dręczące pytanie: z kim zatem powinniśmy czuć solidarność: z opuszczającym umierającego Bogiem czy raczej z opuszczonym przez Boga umierającym? Logika poddania się nieubłaganej wszechmocy podpowiadałaby to pierwsze. Pewność, że zmierzamy ku nieprzejednanej śmierci – drugie. Wiara w ocalenie dającej – choćby doraźny – pokój umysłowi wszechmocy naprzeciw martwego Boga w grobie. Hiatus, którego symbolem jest Wielka Sobota, zmusza do konfrontacji z tym przeciwstawieniem. Groza wyłaniająca się z tego, co przedstawione na obrazie „Martwy Chrystus” Holbeina, nie może zostać stłumiona.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, lato 2020

Więź, lato 2020

Kup tutaj