Zbigniew Gluza ma pokusę, by rozepchnąć choć trochę ten pełen wrogości polityczny duopol i poszukać przestrzeni dla tych, którzy nie mogą już go znieść.

W niedzielę 21 czerwca w byłej kawiarni „Nowy Świat” przy warszawskim Trakcie Królewskim zebrała się grupa ludzi, by uwolnić Solidarność z niewoli cudzysłowu.

Zdarzyło się to za sprawą Zbigniewa Gluzy, lidera Ośrodka „Karta”, który od lat nakłania nas, byśmy zadbali o swój zbiorowy komfort duchowy i zaczęli wreszcie świętować to, co się naprawdę udało. Chce odwojować dwie daty, otrzepać je ze złych słów, które je oblepiły i wokół nich wyzwolić dobrą energię społeczną: dzień wyborów czerwcowych w 1989 roku i nade wszystko dzień podpisania porozumień sierpniowych z 1980 roku. Tym bardziej teraz, gdy zbliża się okrągła, czterdziesta rocznica, o której nikt zdaje się nie pamiętać, w najlepszym razie sądząc, że to dawno przebrzmiały, beztreściowy dziś, historyczny epizod.

Gluza chce nie tylko przywrócić pamięć tamtych wypadków i podkreślić potężną rolę, jaką odegrały one w naszych najnowszych dziejach, ale też marzy mu się, by legły one u podstaw jakiejś społecznej przemiany, bo skoro wielki ruch społeczny „Solidarności” był możliwy kiedyś, to znaczy że możliwy jest zawsze.

Brzmi to dziś naiwnie w tej naszej teraźniejszości, która ma wykrzywiony złością i nienawiścią pysk, ale jest rzeczą dość rozpaczliwą myśleć z kolei, że tak jak jest teraz, musi już być zawsze. Gluza ma pokusę, by rozepchnąć choć trochę ten pełen wrogości polityczny duopol w poszukiwaniu przestrzeni dla tych, którzy nie mogą już go znieść, w tym celu odwołując się do doświadczenia „pierwszej Solidarności”. Używa do tego dwóch najpotężniejszych symboli tamtych wydarzeń: dwudziestu jeden postulatów strajkowych i znaku „Solidarności”.

Skoro wielki ruch społeczny „Solidarności” był możliwy kiedyś, to znaczy że możliwy jest zawsze

Swój swoisty manifest zamieścił na łamach najnowszej „Karty” (103/2020) w formie dwudziestu jeden tez, z których główną jest, że „Solidarność” to był ruch społeczny, a nie związek zawodowy i że jej spadkobiercami jesteśmy my wszyscy, a nie NSZZ „S”, dysponująca dziś prawami do jej symboliki.

Istotnie, jest faktem szokującym, że instytucja arbitralnie używająca historycznego szyldu nadaje sobie prawo, by zabraniać używania go innym instytucjom, na przykład Europejskiemu Centrum Solidarności.

Więcej jeszcze, twórca słynnego znaku graficznego „S”, Jerzy Janiszewski, został niedawno zrugany, że użył go w wersji zmodyfikowanej, by podczas pandemii zaapelować o dystans społeczny. Napis „Solidarność” z charakterystyczną flagą biało-czerwoną powiewającą nad literą „n”, zapisany tym razem rozstrzelonym drukiem, miał być apelem o zalecane dziś zachowanie odległości zabezpieczające przed atakiem wirusa. I dostał od NSZZ „S” pismo z żądaniem „natychmiastowego zaprzestania ignorowania praw związku” oraz zamieszczenia przeprosin w mediach społecznościowych tej treści: „Oświadczam, iż po raz kolejny bez wiedzy i zgody NSZZ „Solidarność” wykorzystałem logo Związku, za co przepraszam, zobowiązując się jednocześnie do zaprzestania takich działań i przestrzegania łączącej nas umowy o przeniesienie praw autorskich. Jerzy Janiszewski”.

Ciekawa jestem, co by było, gdyby wszyscy, którzy niegdyś tworzyli te słynne dziesięć milionów członków, zawiesili znów w klapie znaczek „S” – czy musieliby gromko potem za to przepraszać niejaki NSZZ „S”. To może właśnie jest jakiś pomysł! Taki chór! I chyba do tego w jakimś sensie zachęca „21 tez” przygotowanych przez Zbigniewa Gluzę. Żebyśmy nabrali odwagi i chęci, by pod tym znakiem znów wystąpić, mając wszak te same uprawnienia związkowe, co panowie z dzisiejszej egzekutywy.

Warto tu też przytoczyć wspomnienia Janiszewskiego: „Znak «Solidarność» zaprojektowałem w sierpniu 1980 roku, w czasie strajku w Stoczni im. Lenina w Gdańsku. Związek jeszcze nie istniał, a tym bardziej jego nazwa. Powołanie niezależnego od aparatu władzy związku zawodowego robotników było dopiero jednym z 21 postulatów. Nie chodziło o symbol rozpoznawczy strajkujących, chodziło mi o coś więcej – o zawarcie w prostej formie tego, czego byłem świadkiem: rodzącego się i rozszerzającego buntu wobec niesprawiedliwości, pragnienia wolności, determinacji strajkujących i osób wspomagających strajk, niesłychanej solidarności wszystkich ludzi bez względu na pochodzenie, wiek, zawód, wyznanie. […] Nie zapomnę sytuacji, kiedy w tramwaju podarowałem starszej nieznajomej pani jeden z pierwszych znaczków «Solidarność». Ona milcząc ucałowała go i schowała w mocno zaciśniętej dłoni. Wtedy chyba po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, jak ważny stał się ten znak”.

„Solidarność” to był ruch społeczny, a nie związek zawodowy. Jej spadkobiercami jesteśmy my wszyscy, a nie NSZZ „S”, dysponujący dziś prawami do jej symboliki

Gluza w swoich tezach porządkuje fakty, wskazując, że czas „S” jako ruchu społecznego to jest dekada: od strajków sierpniowych do kresu działalności Komitetów Obywatelskich w czerwcu 1990 roku, podczas gdy związek zawodowy rozpadł się wraz ze stanem wojennym i potem w latach osiemdziesiątych „Solidarność – jak pisze autor w tezie 9 – trwała poza strukturą”. Podobnie „drużyna S” w wyborach czerwcowych ’89 nie działała pod szyldem związku, tylko ruchu społecznego.

Teza 12 zaś brzmi: „Wraz z upadkiem Komitetów Obywatelskich […] Solidarność występuje już tylko w cudzysłowie, zmieniając znaczenie znaku”. A więc koniec ruchu to początek cudzysłowu. Istotnie, to zakrawa na kpinę, że nominalny spadkobierca, NSZZ „S”, instytucja, w której nie zachowało się nic z ducha tamtych czasów, która w wielu kwestiach temu duchowi jawnie przeczy, sama w swej nazwie bierze się w cudzysłów. Można by to potraktować jako autoironię panów ze związkowego establishmentu: nie mówimy poważnie, nie mówimy serio, należy nas brać w cudzysłów…

Już nie tylko samo „S”, ale każdy z pozostałych członów tej nazwy dziś brzmi jak kpina: „niezależny”, „samorządny”, „związek”, „zawodowy”. A jeśli tak, to powtarzam: jestem gotowa bez porozumienia z nimi zawiesić sobie w klapie plakietkę ze znakiem Janiszewskiego, a następnie wykrzyczeć: „Oświadczam, iż po raz kolejny bez wiedzy i zgody NSZZ «Solidarność» wykorzystałem logo Związku, za co przepraszam”. Oczywiście w cudzysłowie, żeby nie było, że to na poważnie.

Ale dość o literze, w cudzysłowie lub bez, teraz jeszcze o duchu. Protestując przeciw zawłaszczeniu tradycji Solidarności przez to zinstytucjonalizowane pars pro toto z „S” w cudzysłowie, Gluza proklamuje „Solidarność bez cudzysłowu”, a „Karta” wyposaża czytelnika w stosowny komentarz, zamieszczając na swych łamach dwa materiały, które pozwalają odtworzyć klimat tamtych czasów sprzed lat czterdziestu.

Szczególnie mocny jest montaż fragmentów wspomnień uczestników i świadków ówczesnych wydarzeń. Pierwsze relacje dotyczą pierwszej wizyty Jana Pawła II w czerwcu 1979, ostatnie są zapiskami dotyczącymi prowokacji bydgoskiej w marcu ’81. Wartością opracowania jest zwłaszcza to, że wyboru dokonała osoba niepamiętająca tamtych czasów, dwudziestoparoletnia dziś Karolina Anna Kuta, która wykonała pracę z tajemną empatią, pozwalającą tym, którzy pamiętają, odtworzyć ówczesne emocje. Nie fakty, a emocje właśnie!

103 numer „Karty”

Stosując porządek chronologiczny, równocześnie autorka montażu podzieliła teksty na mikro-rozdziały o dumnych tytułach-hasłach: Wspólnota, Odwaga, Stanowczość, Samoorganizacja, Wiarygodność, Równość, Determinacja, dobrze charakteryzujących wzniosły klimat tamtych dni. A wśród zamieszczonych cytatów najpierw swoista uwertura, gdy gotowano się do powitania papieża Polaka.

Wspomina krakowski dziennikarz, Tomasz Fiałkowski z „Tygodnika Powszechnego”: „Pamiętam przygotowywanie transparentów z cytatami z «Wyzwolenia» Wyspiańskiego: «Jest tyle sił w narodzie, jest tyle mnogo ludzi, niechaj w nie duch Twój wstąpi i śpiące niech pobudzi»”. A potem już sierpień ’80: „Wjeżdżamy do Trójmiasta – pisze w swym dzienniku Regina Dąbrowska, mieszkanka Warszawy – i to, co widzę, zapiera mi dech w piersiach. Ludzie na murach, w oknach, na bramach, sztandary, transparenty, kobiety pod zakładami przekazują coś swoim mężczyznom. Spokój, porządek, odwaga. Skrajki na taką skalę i spokój. Coś niesamowitego, nowego, pięknego”.

Andrzej Jakubowicz, pracownik „Dolmelu” we Wrocławiu: „w dniu, w którym miała stanąć komunikacja miejska, ludzie, jadąc rano do pracy bez większych zakłóceń, byli jakby zawiedzeni. Lecz około godziny 10:00 wszyscy już wiedzieli – zaczęło się. […] Nawet skup makulatury, na którego bramie porozwieszano święte obrazki, czynem głosił swą solidarność”.

Lub Marian Juszczyk z komitetu strajkowego w Szczecinie: „Widzimy przez płot: ulicą do nas pruje wóz konny. Facet zawiesił szmatę z napisem: «Solidaryzuję się ze stoczniowcami». W pierwszej osobie napisał, w liczbie pojedynczej. Po prostu rolnik! Indywidualny! Podjeżdża i mówi: «Jestem z wami, przywiozłem worek jabłek i pomidorów»”.

I jeszcze ten tekst ze wspomnień Aliny Pienkowskiej, szczególnie korespondujący z dzisiejszymi czasami: „Podczas strajku w stoczni rolę wiodącą odgrywały osoby mające często skrajnie różne poglądy. […] Ale mimo tych różnic potrafiliśmy słuchać się nawzajem i rozmawiać ze sobą tak, aby osiągnąć pewien konsensus. […] Szanowanie siebie nawzajem spowodowało, że władza nie mogła nami manipulować poprzez nastawianie jednych przeciw drugim, taka postawa pomogła nam wygrać ten strajk”. 

„Tamten Sierpień wywołali ludzie szerzej nieznani” – pisze Gluza w artykule wstępnym. „Sam Bogdan Borusewicz, kreator strajku i roli Wałęsy, występował w istocie anonimowo. Cała ówczesna opozycja działała tak, jakby nie miała nic do stracenia – bez asekuracji i myśli o własnym interesie”. I nie namawia on dziś do strajku powszechnego, wspomina tylko osiągnięcia tamtego czasu z nadzieją, że przypomnienie ich może być wskazówką, jaką postawę przyjąć w naszym złym społecznie czasie, przywołując ówczesne odkrycie podmiotowości, sprawczości i pewien trudny do wyobrażenia dziś rodzaj swoistej kindersztuby, która zmuszała do bezinteresowności, spokoju, stanowczości, samoorganizacji, czy przestrzegania zasady non violence

Trzeba tu powiedzieć, że „Karta” ma dwie ważne kompetencje, by o tym wszystkim mówić bez obaw, że posądzona zostanie o demagogię czy moralizatorstwo. Obie te kompetencje nabyte zostały sumienną pracą przez prawie czterdzieści już lat istnienia Ośrodka i pisma. Pierwszą jest, że to środowisko zajmuje się historią najnowszą, a gdy ktoś tak głęboko jak oni zanurzony jest w dwudziestowieczne dzieje i to z perspektywy nie makro-wydarzeń, lecz jednostkowych losów, ten dobrze wie, jaką wielką wartość ma pokój społeczny.

Aleksandra Domańska, „Bohatyrowicze. Szkice do portretu”
Aleksandra Domańska, „Bohatyrowicze. Szkice do portretu”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2019

W niedzielę w kawiarni Nowy Świat ten punkt widzenia otrzymał zresztą potężne wsparcie. Miało tu miejsce wystąpienie dwóch uczestniczek powstania warszawskiego – Wandy Traczyk-Stawskiej i Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej – które w formie przekazu pokoleniowego wypowiedziały przestrogi dla dzisiejszego nierozumnego świata. „Kiedy my odejdziemy – apelowała pierwsza z nich – żebyście pamiętali o cenie, jaką się płaci za utratę wolności, a wolność jest składnikiem godności, więc nie wolno się nie umieć porozumieć”.

Drugą kompetencją, która sprawia, że warto wsłuchiwać się w głos „Karty”, jest jej uporczywa, by tak rzec, niezależność (bez żadnego cudzysłowu, lecz w tym brzmieniu, jakiego domagali się strajkujący w sierpniu ’80 stoczniowcy). A to jest cecha niezbędna, gdy się chce próbować rozepchnąć ten szczękościsk powszechnego dziś, pełnego wrogości duopolu. Niezależność bowiem to być niczyim. I sposób, by się wymykać tym, którzy chcą nas poupychać i popakować w różne cudzysłowy. 

Teza dwudziesta z „21 tez Karty”  jest postulatywna. Gluza proponuje święto „Solidarności bez cudzysłowu”, które miałoby trwać miesiąc – od 17 sierpnia (ogłoszenie 21 postulatów) do 17 września (dzień przyjęcia nazwy), i które miałoby uwolnić znak od cudzysłowu oraz uwolnić energię społeczną i społeczną więź na wzór tamtej. A w mniejszej skali przynajmniej pozwoliłoby zebrać się na odwagę, by pomyśleć o jakimś innym, bardziej dorzecznym świecie.

Co do mnie, to ja się oflaguję i wyposażę w stosowne pismo: „Oświadczam, iż po raz kolejny bez wiedzy i zgody NSZZ «Solidarność» wykorzystałem logo Związku, za co przepraszam”. W cudzysłowie.

Przeczytaj także komentarz Jakuba Halcewicza-Pleskaczewskiego: „Solidarność” – domena publiczna