Ta książka to zapis trwogi. Rozpaczliwego poszukiwania sensu w tym, czego nie da się wytłumaczyć, na co nie można się przygotować

„Moje ciało miało być dla niego schronieniem, a stało się komorą gazową. Nie mógł oddychać” – mówi M., która w 29. tygodniu ciąży urodziła synka. Ważył 1080 g. Tyle co torebka cukru. Współczesna medycyna potrafi ratować dziś jeszcze mniejsze dzieci – urodzone w 23. czy 24. tygodniu ciąży. Te urodzone przed 29. tygodniem nazywa się „skrajnymi wcześniakami”. Gdy rozwijają się prawidłowo, mówi się o cudzie.

M. spędziła ze swoim synem 58 dni na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka. Pierwszoosobowa relacja z tego czasu i miejsca stanowi trzon książki „Wczesne życie” Małgorzaty Nocuń. Każdy z dni w szpitalu to ciągła niepewność i rozpaczliwy strach zaciskający krtań i pulsujący w skroniach. Przemnożone przez liczbę matek czuwających przy inkubatorach. Wszystkie zastanawiają się: „Jakie jeszcze badania można było wykonać?

No jakie? Co zaniedbały? Kiedy był moment, w którym można było jeszcze odwrócić los? Pytały losu, Boga, opatrzności: dlaczego ja i moje dziecko? Dlaczego ja nie mogłam zostać matką normalnie, jak inne? Dlaczego moje dziecko leży teraz na intensywnej terapii? Dlaczego oddycha za nie respirator, dlaczego przeszło sepsę i wylewy krwi do mózgu? Dlaczego to moje dziecko ma martwicze zapalenie jelit? Dlaczego?

Nocuń przyznaje, że pisanie było dla niej formą terapii, przepracowania traumy. Warto mieć tego świadomość, ponieważ ta lektura boli

Milczały opatrzność i los. Tylko umysł podsuwał im różne odpowiedzi: «Żeby nauczyć się pokory», «Żeby nauczyć się cierpliwości, całe życie byłam taka niecierpliwa», «Żeby docenić, że dziecko jest darem», «Żeby mnie wzmocnić, bo każdy kryzys wzmacnia», «Bo życie jest okrutne», «Bo zawsze pada na mnie». Odpowiedź lekarzy była prostsza: «Statystyka, proszę pani, to statystyka, jest pani jedną na dziesięć kobiet, które rodzą przedwcześnie. Proszę przestać się nad tym zastanawiać, nie analizować, nie myśleć, że można było coś zrobić, że można było temu zapobiec, przyczyna porodu przedwczesnego często pozostaje nieznana»”.

Kobiety jednak nie przestają szukać winy. Najczęściej w sobie. W nieskończoność odtwarzają w głowie ten kolejny dzień ciąży, który nieoczekiwanie okazał się ostatnim. Najpierw dużo płaczą, walczą z rzeczywistością w nadziei, że okaże się snem. W pokoju laktacyjnych na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka, gdzie matki wcześniaków spotykają się, żeby odciągnąć i podgrzać mleko, weteranki można poznać właśnie po spokoju, z jakim potrafią opowiadać swoją historię. Ciągle i ciągle od nowa, bo cały czas pojawiają się kolejne matki, które chcą słuchać. Czasem w tych opowieściach mogą znaleźć pocieszenie, częściej – zrozumienie. A przede wszystkim – siłę. Matka walcząca o swoje dziecko musi mieć jej cały ocean. A do tego grubą skórę.

„– W piątym miesiącu odeszły mi wody – mówiła Ewa. – Lekarz na ostrym dyżurze powiedział: «Zaraz będzie po ciąży. Proszę nie liczyć na żywy poród», położyli mnie na oddziale, ale cały czas chcieli skrobać, chciałam leżeć i walczyć o ciążę, wyśmiali mnie. Na obchodzie pytali: «Chodzi?», odpowiadałam, że nie, że leżę. Kwitowali: «Gdyby kobieta była stworzona do leżenia, miałaby pochwę na czole». Kiedy mój partner poszedł zapytać o stan zdrowia mój i córki, usłyszał: «Czego pan chce? No czego? Do pustego wora i Salomon nie naleje»”.

Małgorzata Nocuń, „Wczesne życie”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020

Ta książka to zapis trwogi. Rozpaczliwego poszukiwania sensu w tym, czego nie da się wytłumaczyć, na co nie można się przygotować. Narratorka bez znieczulenia i niezwykle szczerze pisze o swoim doświadczeniu utraty – bo jak inaczej nazwać to, że odebrana jej została radość donoszonej ciąży i euforia pierwszych miesięcy z dzieckiem? Nawet gdy ona i jej synek wrócili do domu, nadal przez długi czas żyła w ciągłym napięciu, w oczekiwaniu tego, co najgorsze. Matki wcześniaków są jak żołnierze wracający z wojny – nie potrafią zapomnieć, przegonić demonów. Mają objawy zespołu stresu pourazowego. Ciągle są trochę w nowym, domowym życiu, a trochę nadal w żelaznej monotonii szpitalnego oddziału. „Matkom żołnierkom zmienia się psychika, wyraźnie przesuwają się granice bólu, którego można doświadczyć, lęku, który można odczuć” – pisze autorka.

Zresztą sam powrót do domu to świadectwo zaledwie wygranej bitwy, a nie wojny. Trzeba wielu miesięcy, a czasem nawet lat, żeby dowiedzieć się, jakie szkody wyrządził w mózgu dziecka przedwczesny poród. Szczęśliwcy dzięki rehabilitacji i ciężkiej pracy rodziców będą żyć niemal jak ich rówieśnicy. Ale wśród wcześniaków są też tacy, którzy nigdy nie zrobią kroku, nie powiedzą żadnego słowa, nie uśmiechną się do bliskich. Dla matek tych dzieci miesiące w szpitalu były zaledwie preludium do życia, które je czeka. „Wolałabym, żeby moje dziecko umarło” – mówi jedna z nich. „Nie zamieniłabym się z nikim, mój syn to moja siła” – twierdzi inna.

Nocuń przyznaje, że pisanie było dla niej formą terapii, przepracowania traumy. Warto mieć tego świadomość, ponieważ ta lektura boli. Intensywność opisu czasami zakleszcza oddech, wtedy trzeba wyszarpywać z kartek kolejne akapity. Autorka nie uprzedza faktów, nie wpuszcza nadziei, zapętla opowieść na tej jednej krytycznej nocy, szarpiąc chronologię, bo dla większości matek wcześniaków czas nie płynie już linearnie. One w każdej chwili targują się ze śmiercią. Te, które wygrały, cierpią na tzw. syndrom ocalałego. Czują się winne, że ich dziecko żyje, mówi, rusza rękami, chcą wziąć na siebie choć trochę cierpienia innych matek. W tej historii nie ma łatwego happy endu i nie ma prostych odpowiedzi. Każdy musi znaleźć własną.