Mikołaj Grynberg w „Poufnym” opowiada nie o dziedziczeniu traumy, a o dziedziczeniu ciepła. To jego najbardziej budująca książka.

Nie trzeba wielu wyrazów, by opowiedzieć wielką historię. Mikołaj Grynberg, mistrz oszczędnego zdania, potrafi zamknąć ogromny ładunek emocjonalny w zaledwie kilku słowach. „Wyrosła w domach, które nie były domami” – czytamy i przed oczyma pojawiają się liczne rodziny, w których zabrakło ciepła, zimne, białe ściany pozbawione ozdobnych ramek ze zdjęciami uśmiechniętych twarzy, bezsenne noce odrzuconego dziecka.

„Zginęła w wypadku samochodowym w listopadzie, umarła w grudniu” – widzimy czas „pomiędzy”, spędzony na oczekiwaniu, respirator, w końcu trumnę. „Przez jakiś czas miał nazwisko kończące się na «-ski», takie były czasy. Ski syna też miał tymczasowo Skiego oraz chwilowo Ską żonę. Później wszystko wróciło do normy – tak niektórzy lubią nazywać czasy, które następują po kataklizmach” – czy trzeba dodać więcej?

W książce „Poufne” takich historii jest dużo. „Teraz ci coś opowiem, ale niech to zostanie między nami” – zdaje się mówić do nas autor już od pierwszych stron tonem równie czułym i wrażliwym, jak spojrzenie. Nawiązujemy z nim relację i w podziękowaniu za zaufanie, jakim nas obdarza, staramy się nie uronić ani jednego słowa z jego opowieści.

Jeden bohater

Grynberg od lat zajmuje się problematyką i historią polskich Żydów w XX wieku. Po zbiorach rozmów „Oskarżam Auschwitz”, „Opowieści rodzinne”, „Ocaleni z XX wieku” i „Księdze wyjścia”, w 2017 roku wydał zbiór opowiadań „Rejwach”, który zdobył nominację do Nagrody Literackiej „Nike”.

„Poufne” to kolejny krok w stronę prozy. Jak określić tę książkę? Wydaje się, że najbliżej jej do rozszerzonej formy autobiografii, do prozy autobiograficznej.

27 opowiadań splata się w spójną całość, a tak zwany „uważny czytelnik” rozpozna charakterystycznych bohaterów pojawiających się w każdej z autonomicznych opowieści. Są wśród nich dziadkowie, synowie, wnuki, ciotka – liczna rodzina przedstawiona w różnych momentach życia, z różnych perspektyw. Postacie inspirowane rodziną samego autora krzątają się na stronach książki, denerwują, martwią i otaczają siebie niesamowicie mocną osłoną miłości.

„Poufne” wymyka się kategoriom. Opowiada o lękach i traumach, ale takich, z których rodzi się dobro

Czytając, czujemy – mimo kubistycznej formy i poczucia, że każda z historii może żyć własnym życiem – jak jedna opowieść łączy się z drugą, bohaterowie dopełniają się nawzajem, bawiąc nas, rozczulając, czasem powodując ścisk w klatce piersiowej. Ich perypetie zazębiają się ze sobą w historię o żydowskim doświadczeniu w powojennej Polsce.

Po zapoznaniu się z całością domyślamy się, że bohater „Poufnego” jest tak naprawdę jeden – i jest nim rodzina.

Drobne gesty

„Panie Mikołaju, pan napisze wreszcie coś wesołego” – można było usłyszeć na spotkaniach autorskich podczas premier poprzednich lat. A Grynberg – jak sam powtarza w wywiadach – lubi, gdy „dowcip leży na czarnym”. Kiedy po chwili śmiechu zapada moment milczenia, a patos kontrowany jest żartem, pogodny ton przełamywany grozą lub odwrotnie – smutne historie kończące się wesołą pointą. Podczas lektury „Poufnego” – owszem – często śmiejemy się, ale chwilę później ten śmiech grzęźnie nam w gardle i zaczynamy się zastanawiać – czy podczas tej lektury w ogóle powinniśmy się śmiać?

Uśmiechamy się, bo opowiadania utkane są z codzienności, „Poufne” wymyka się kategoriom. Opowiada o lękach i traumach, ale takich, z których rodzi się dobro. To książką o miłości mimochodem. O drobnych gestach, codziennych, drobnych wyzwaniach, ogromie ciepła i troski o najbliższych. Jolanta Brah-Czaina pisze w „Szczelinach istnienia”: „Miłość zmusza do czujności wobec nietrwałych zjawisk. Przywiązuje do tego, co przemija”.

Poufne
Mikołaj Grynberg, „Poufne”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020

Tak jest i w „Poufnym”. Kiedy wnuk w trosce o dziadka przebija jego opony w samochodzie. Albo gdy czytamy: „Odebrałem telefon w listopadową niedzielę i zostałem sierotą. Mój brat został sierotą trochę później, bo jest młodszy i chciałem, żeby dłużej miał tatę”.

Grynberg nie opowiada o dziedziczeniu traumy, lecz o dziedziczeniu ciepła. To jego najbardziej budująca książka.

Czytamy o teraźniejszości, ale przeszłość pozostaje ciągle obecna, w pojedynczych zdaniach, w gestach, zachowaniach. Rezonuje na kolejne pokolenia. Dlatego, gdy wnuk lub syn spóźnia się (a właściwie jeszcze się nie spóźnia, tylko mógłby się spóźnić) 15 minut, starsze pokolenia dostają histerii. Wiedzą, że świat nie ma wobec nas zobowiązań – może nam sprzyjać, łasić się do nas, ale może nas też ranić i gryźć. I tę wiedzę chcą swoim dzieciom i wnukom przekazać.

Dobre wiadomości

Niezwykle ciekawe fragmenty dotyczą także dziedziczenia przedmiotów. Czytamy o biurku dziadka, które pachnie ojcowskimi papierosami, osobistymi przedmiotami, kartkami pobrudzonymi kawą. Zapoznając się z tymi drobnymi, intymnymi historiami, wyłania nam się szerszy kontekst. W żydowskich rodzinach dziedziczenie przedmiotów miało przerwę. Kiedyś się dziedziczyło, potem się nie dziedziczyło. A teraz znowu się dziedziczy.

W tych historiach pojawiają się ślepe plamki, szczeliny, tęsknota za czymś utraconym, coś, co wciąga do środka, w ciemne korytarze przemilczanego.

O wielkich sprawach można napisać wielkie książki. Nikt, tak jak Mikołaj Grynberg, nie potrafi opowiedzieć o nich w małej, literackiej perełce

To także opowieść o wdzięczności, o docenianiu drobnych mgnień naszej rzeczywistości. W szczególny sposób potrafią to okazać osoby starszego pokolenia przedstawione w „Poufnym”. Ludzie, którzy już raz czekali na śmierć, a teraz nagle okazuje się, że można umrzeć inaczej, spokojniej. Tak czasem wyglądają dobre wiadomości.

O wielkich sprawach można napisać wielkie książki. I takie już napisano. Nikt, tak jak Mikołaj Grynberg, nie potrafi w małej, literackiej perełce zamknąć świata, o którym myśleć będziemy jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę.