Nie zamierzam stawiać autorom „Biblii dla kobiet” zarzutów celowego fałszowania, ignorancji czy ideologicznego wykorzystania Pisma Świętego. Widzę raczej pewną naiwność w myśleniu o kobietach.

Może nie największą w ostatnim czasie, ale jednak – „Biblia dla kobiet” wywołała burzę. Padło w jej kontekście wiele mocnych słów. Sprawdziłam. Poczytałam. Czy jestem zachwycona? Nie. Czy uważam ją za herezję? Nie. Uporządkujmy. 

Sens jest gdzie indziej

Nie będę komentować treści samej Biblii ani jej przekładu. Zakładam, że jeśli nad przekładem pracowali specjaliści (nie jestem biblistką, nie znam języków oryginalnych) i jeśli Kościół ten przekład zatwierdził, to być może można z tym dyskutować – ale nie ja w tej dyskusji powinnam brać udział i odbywać się ona powinna w innym kontekście, bo wprost z wydawnictwem dla kobiet nie ma wiele wspólnego. Przekład jest starszy, niż pomysł „Biblii dla kobiet”.

W dyskusji, która się odbyła na łamach „Więzi” padło wiele słów mocnych i kilka zbyt mocnych – po obu stronach. Zabieram głos, bo pomysł wydania „Biblii dla kobiet” mnie nie zachwycił i mówiłam o tym od początku w swoich audycjach na profilu „Przewodnika Katolickiego”. Nie uważam tego dzieła za świetne. Nie zamierzam go bronić. Chciałabym jednak zaproponować zupełne inną perspektywę spojrzenia: taką, która pokaże nam samą istotę sporu o sens jego powstania.

Nie chcę być piękna

Nie będę tu prowadzić dyskusji z kolejnymi tekstami, jakie poprzedzają sam tekst biblijny. Chciałabym zwrócić uwagę na jeden z nich, bo dobrze poprowadzi nas on do kolejnych odkryć. 

Tekst autorstwa s. Anny Marii Pudełko AP zatytułowany jest „Kobieta apostołka Piękna”. Zaczyna się on pytaniem: czy jestem piękna? „Każda kobieta bez względu na to, ile ma lat, nosi w sobie ukryte w głębi swojego serca niepokojące ją pytanie. Pytanie, które dotyczy małej dziewczynki w rozkloszowanej sukience i kolorowych kokardkach we włosach, ciekawej życia i świata nastolatki, która oprócz poszukiwania własnej tożsamości zgłębia sztukę makijażu, by przykryć krostę, która akurat teraz musiała pojawić się na jej twarzy. (…) Wciąż na nowo i na różne sposoby pytamy: «Czy jestem piękna? Czy w moim wnętrzu jest coś zachwycającego, urzekającego?»”.

Nie nosiłam kokardek. Pryszcze na nosie mieliśmy wszyscy i wszyscy mieliśmy je w nosie. Pierwszy makijaż zrobiłam sobie na ostatnim roku studiów i motywację miałam zupełnie różną od „bycia piękną”. Są kobiety, które jako małe dziewczynki nigdy nie przymierzały szpilek mamy. Są dziewczynki, które zakładają dres i są szczęśliwe na rajdach w błocie, na harcerskich obozach, na których, żeby iść do toalety, najpierw trzeba wykopać sobie dziurę. Są matki, które afirmują swoje córki na sto różnych sposobów, byle tylko nie skupiać się na pięknie, bo dziewczynka bardzo łatwo utożsami je z urodą. One mają być silne, mądre, dobre. Nie marzą o byciu „urzekającymi”. Czy nie są kobietami?

Tam, gdzie nie ma miłości, gdzie nie ma osobowej relacji między płciami – w relacjach społecznych czy choćby w Kościele – samowystarczalność oznacza zubożenie

Być może jest to wina współczesnego świata, w którym pojęcie piękna się zdewaluowało i kojarzy się raczej z ustami pełnymi botoksu. Ale czyż nie jest cnotą rozumieć pojęcia, jakimi posługuje się świat i komunikować się z nim w sposób adekwatny? 

Być może jestem zepsuta przez współczesny świat: ale fakt, że jestem piękna, nie jest dla mnie „dobrą nowiną”, jak obiecuje siostra Anna Pudełko. Odbieram to jako próbę redukcji moich zalet. Powtarzam: być może jestem zepsuta przez współczesny świat. Ale czy inne potencjalne czytelniczki „Biblii dla kobiet” żyją w jakimś innym świecie? 

To niezrozumienie świata czytelników jest tu znamienne i o nie w gruncie rzeczy rozbija się cała „Biblia dla kobiet”. 

Nie patrzeć w lustro

Nie zamierzam stawiać zarzutów celowego fałszowania, ignorancji czy ideologicznego wykorzystania Biblii. W „Biblii dla kobiet” widzę raczej pewną naiwność w myśleniu o kobietach. Ta naiwność jest dość typowa dla ludzi, z założenia żyjących w środowiskach jednopłciowych: dla księży czy sióstr zakonnych. To właśnie w tych miejscach bardziej niż gdzie indziej o płci można – w ogóle jest możliwe! – mówić tak, jakby druga płeć nie istniała. To właśnie tam można rozpatrywać ją bez odniesienia do płci przeciwnej. To właśnie tam „kobiecość” i „męskość” potrafią istnieć same w sobie. 

Problem w tym, że Bóg, stwarzając kobietę i mężczyznę, nie stworzył ich, by zachwycali się sami sobą. Nie stworzył ich, by bronili swojej płci, nie stworzył ich nawet po to, by podkreślali swoje zalety, szukając swojego piękna. Stworzył ich dla relacji. Nie stworzył po prostu kobiety i mężczyzny: stworzył człowieka, który jest kobietą lub mężczyzną. A oni swoją płeć, swoją odrębność odkrywają patrząc nie w lustro, ale na siebie nawzajem. To sprawia, że nie ma świata kobiecego i świata męskiego. Jeśli kobieta ma męża, żyje w nieustannej relacji i wymianie – ona wie, że Biblię najciekawiej czyta się z mężem, bo dwa spojrzenia są bogatsze niż jedno. Jeśli męża nie ma, nie może sobie pozwolić na zachwycanie się różowymi kwiatkami na okładce Biblii, tylko bierze do ręki wiertarkę i sama robi remont w domu, wieczorem poprawiając tylko zdarty lakier na paznokciach. Świat kobiecy i świat męski nigdy nie są hermetyczne: współistnieją w nieustannej wymianie. 

Zgniłe owoce równouprawnienia

Mówiąc o relacji „kobieta – mężczyzna” przyzwyczailiśmy się używać terminu „równouprawnienie”. I ten termin nas zgubił. 

Dzięki równouprawnieniu kobiety sięgają tam, gdzie wcześnie byli tylko mężczyźni. Zyskały prawo udowadniania, że są „równie dobre”, jak mężczyźni, że mogą egzystować samodzielnie i niezależnie od mężczyzn. I świetnie dają sobie radę. Teologia feministyczna, wyrastająca obok „patriarchalnej”, szuka nowych, kobiecych wzorców w Starym i Nowym Testamencie. Ktoś tworzy „Biblię dla kobiet”. Kolejne obrończynie praw kobiet w Kościele wychodzą na barykady.

„Równe mężczyznom” kobiety tworzą własną, alternatywną wersję niemal wszystkiego. I – ostatecznie – zamykają kobiecość w kolejnym, jednostronnym i ograniczonym schemacie, czymś w rodzaju świata z „Seksmisji” Machulskiego. Owszem, w ten sposób kobiety dochodzą do głosu. Owszem, mają szansę przedstawić swoje stanowisko. Nie jest to pozbawione wartości. Nadal jednak człowiek musi wybrać, po której stronie staje – i jego własne doświadczenie pozostaje tak samo ubogie i tak samo jednostronne. 

Doskonalenie siebie czy relacji

Hasło, że „jesteśmy równi” doprowadziło do tego, że nauczyliśmy się być samowystarczalni i zdolni zastępować się w swoich rolach. Nie wszędzie jest to groźne. Tam, gdzie jest miłość, nie dzieje się nic złego: kobiety zarabiają na dom i wbijają gwoździe, mężczyźni opiekują się dziećmi i świetnie gotują, a ich wzajemne zastępowanie się może być ubogaceniem. Tam jednak, gdzie miłości między dwoma osobami nie ma, gdzie nie ma osobowej relacji między płciami – w relacjach społecznych czy choćby w Kościele – samowystarczalność oznacza zubożenie. Zamiast szukać drugiego, pielęgnujemy i gloryfikujemy siebie i swoją wizję świata – albo rywalizujemy, oddalając się od siebie. Czy to na pewno jest wypełnianie woli Boga, który wiedział, co robi, stwarzając mężczyznę i kobietę tak różnymi? 

Przypomnijmy. To Jan Paweł II, dając swoje katechezy na temat teologii ciała, uczył, że ani kobieta, ani mężczyzna nie są obrazem Boga w swoim intelekcie czy woli, ale są nim poprzez komplementarność, poprzez bycie w nieustannym, wzajemnym odniesieniu. Pierwotną jedność człowieka jako kobiety i mężczyzny zniszczył grzech pierworodny. Przeciwstawieniu płci i potraktowaniu kobiety jako człowieka niższej kategorii przeciwstawił się Chrystus, który powrócił do początków stworzenia. Teraz doskonalenie relacji między kobietą i mężczyzną, ma być przezwyciężaniem logiki grzechu. Podkreślę: mówimy o doskonaleniu relacji, a nie o doskonaleniu obrazu siebie w oderwaniu od relacji z drugą płcią. 

Szansa na całość

Jakkolwiek przewrotnie to może zabrzmieć: Bogu nie chodziło o równouprawnienie. Stworzył nas różnymi i nie zamierzał nas przed tymi różnicami chronić. Przeciwnie: wiedział, że właśnie w spotkaniu tych różnic znajdziemy szczęście. „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”. Bóg wiedział, że ograniczeni naszą płcią pojedynczo możemy mniej. Że wiemy, widzimy, czujemy, rozumiemy tylko na swój własny – kobiecy lub męski sposób. Dlatego stworzył „mężczyzną i niewiastą”: dał nam w ten sposób szansę na odnalezienie całości, na czytanie dużo szerszej (może pełnej?) perspektywy.

Pisałam już o tym w różnych miejscach, ale nie zaszkodzi do tego powracać. Pojęcie „równouprawnienia” prowadzi nas na manowce. Jeśli chcemy być wierni Bożej myśli o człowieku, mówić powinniśmy wyłącznie o „współuprawnieniu”. Dopiero ten termin nie pozwala myśleć o kobiecie i mężczyźnie jako jednakowych – rezerwuje obu płciom jednakową godność – i daje dodatkową wartość wzajemnej niezbędności. Nie pozwala na dzielenie świata na przestrzenie „kobiece” i „męskie”: pokazuje, że we wszystkim, jeśli jesteśmy razem, możemy być piękniej, głębiej, mądrzej i ciekawiej. Równouprawnienie pozwalało jednemu istnieć w oderwaniu od drugiego. Było zgodą na pielęgnowanie egoizmu płci i samozachwytu. Nie o to chodziło Bogu, który stwarzał człowieka mężczyzną i kobietą. 

Różowa trawa

Rok temu rozczuliły mnie zdjęcia neoprezbiterów, umieszczone przy tekście w jednym z tygodników katolickich (i nie był to „Przewodnik Katolicki”). Na ślicznej, zielonej łące pasło się stado owieczek. Za nimi szedł młody ksiądz w czarnej sutannie, próbując zwabić je do siebie trzymaną w wyciągniętej ręce garścią trawy. Pomyślałam, że to bardzo symboliczne. Oto ktoś oferuje owcom coś, czego one mają dookoła pod dostatkiem, na dodatek lepszej jakości, bo żywe, a nie wymięte w ludzkiej ręce. I na dodatek nie ma pojęcia, jak kuriozalne jest to, co robi. Jak bardzo trzeba nie rozumieć owiec, żeby je gonić na łące z garścią trawy? Tylko owce rozumieją… 

Nie stawiałabym różowej „Biblii dla kobiet” zarzutów ideologicznego kłamstwa, manipulacji, czy traktowania Biblii jako maczugi w wojnie ideologicznej. Nie umiem jednak patrzeć na nią z zachwytem. 

Jakkolwiek przewrotnie to może zabrzmieć: Bogu nie chodziło o równouprawnienie. Stworzył nas różnymi i nie zamierzał nas przed tymi różnicami chronić

W moich oczach jest ona po pierwsze dziełem ludzi, którzy na co dzień żyją życiem oderwanym od bezpośrednich i głębokich relacji z drugą płcią. Przez to (pośrednio i zapewne bez intencji autorów) – służy jednak bardziej pielęgnowaniu odrębności, niż odnajdywaniu siebie w relacji. I to największy zarzut, jaki mam wobec „Biblii dla kobiet”. 

Pozostałe są już mniejsze. To szkodliwe utrwalanie stereotypów, z którymi wiele kobiet się nie utożsamia. To wreszcie próba karmienia owiec na łące pełnej trawy, czyli niezrozumienie realnych potrzeb odbiorców. Autorzy wydania przekonują, że spotkali się z entuzjastycznym odbiorem swojego dzieła. Ja spotkałam się nie tyle z agresją, co z obojętnością. Duża część kobiet, zwyczajnie żyjących w świecie absolutnie nie rozumie, do czego taka Biblia miałaby im być potrzebna. Co w niej odkryją, czego nie mogły odkryć wcześniej? 

Może nie najważniejsze

Gdybym miała patrzeć na „Biblię dla kobiet” nie okiem zwykłego czytelnika czy nawet teologa, ale okiem człowieka pracującego od lat w mediach, podejrzewałabym jeszcze jedno: to miał być produkt, który przyniesie zysk. Kryzys związany z pandemią nie ominął wydawnictw. Wszyscy szukamy „złotego strzału” – czegoś, co szybko i skutecznie pozwoli odbić się od dna. Sami autorzy „Biblii dla kobiet” przyznają, że miała ona być miękka, elegancka, dopasowana do potrzeb odbiorcy i podobać się kobietom: bo skoro fakt istnienia odrębnych linii produktów dla kobiet i mężczyzn nas nie dziwi, to wydanie Pisma Świętego w personalizującej estetyce również nie powinno nikogo gorszyć. Miało się sprzedać.

Mamy do tego prawo? Do poszukiwania sprzedażowych hitów – bez wątpienia. Bibliści jednak od pewnego czasu wyrażają niepokój w kwestii takiego właśnie „personalizowania” Pisma Świętego i kierowania go do wybranych grup. Być może marketingowy niewypał i cały spór, który wokół „Biblii dla kobiet” wybuchł, dobrze o nas świadczy. Zostało jeszcze sacrum, którego nie chcemy nazwać kolejnym produktem. Nie chcemy go kupować w coraz to nowych opakowaniach, w różowych okładkach albo na papierze czerpanym. Rozumiemy, że akurat w tej książce naprawdę liczy się wnętrze: to, które znamy od wieków, niezmienne. I różowa okładka w gruncie rzeczy niczego tu nie zmieni – poza stanem naszego konta. 

Zachęcamy do zapoznania się z tekstem Małgorzaty Bilskiej „Biblia dla homo nieviastus” oraz z polemikami z nim: s. Judyty Pudełko PDDM, s. Anny Pudełko AP, Marii Miduch i ks. Daniela Łuki SSP

Przepraszamy Autorki tekstów zamieszczonych w „Biblii dla kobiet” za przedstawienie ich pracy na naszych łamach w sposób zniekształcający i wypaczający. Czytelników – za wprowadzenie w błąd – oświadczenie redakcji