„Zasadę ograniczonego zaufania” z kursu prawa jazdy powtarzam sobie do dziś, ma ona bowiem oczywiste zastosowanie także z dala od samochodów. Brzmi: „zakładaj, że inni uczestnicy ruchu przestrzegają przepisów drogowych, chyba że fakty dowodzą czego innego”. Bardzo mnie to uspokaja.

Kiedy piszę list motywacyjny, nie wyobrażam sobie, że mój przyszły pracodawca będzie oszustem. Kiedy proszę koleżankę nauczycielkę o zastępstwo, nie proszę swoich uczniów o nagranie lekcji, żeby sprawdzić, co też im ona naopowiadała pod moją nieobecność. Kiedy umawiam się ze wspólnikiem, że dzisiaj to on zamknie nasz osiedlowy spożywczak, nie zaczynam następnego dnia od remanentu. Zaufanie to jeden ze społecznych smarów, bez którego życie zbiorowe nie mogłoby się normalnie toczyć.

Zdumiało mnie, gdy chodząc przed laty na kurs prawa jazdy, dowiedziałem się, że w tej dziedzinie mechanizm ów doczekał się precyzyjnej formuły. „Zasadę ograniczonego zaufania” powtarzam sobie do dziś, ma ona bowiem oczywiste zastosowanie także z dala od samochodów. Brzmi: „zakładaj, że inni uczestnicy ruchu przestrzegają przepisów drogowych, chyba że fakty dowodzą czego innego”. Bardzo mnie to uspokaja: znajduję w tych słowach potwierdzenie mojej intuicji, że warto ludzi obdarzać kredytem zaufania, nawet jeśli przychodzi nam stwierdzić, że niektórzy w końcu zawodzą. Ale ilu ostatecznie: jeden rocznie, może dwóch? Życie człowieka chronicznie podejrzliwego wydaje mi się koszmarem, w dodatku nieopłacalnym.

Życie człowieka chronicznie podejrzliwego wydaje mi się koszmarem, w dodatku nieopłacalnym

Może dlatego tak dobrze pamiętam dziwne doświadczenie z radia – minęło już tyle czasu, że mogę chyba o tym (bez nazwisk) opowiedzieć. W rozgłośni, w której kiedyś pracowałem, pojawiła się nowa ekipa dyrektorska. Nieomal od pierwszego spotkania z tymi panami uświadomiłem sobie, że w ich stosunku do nas, dziennikarzy, jest coś dziwnego. Nigdy wcześniej nie byłem tak starannie przepytywany z pomysłów na audycje: z indagacji mojego zwierzchnika niedwuznacznie wynikało, że jego zdaniem zrobię wszystko, by powiedzieć na antenie coś, co będzie niezgodne z założoną przez niego linią (programową, a poniekąd i polityczną).

Każdy zestaw gości, który zapowiadałem, był oglądany na wszystkie strony: niby wszystko jest OK, ale gdzie w takim razie kryje się haczyk, bo przecież Sosnowski musiał go gdzieś umieścić? Jeśli nie chciałem podjąć się zrobienia jakiegoś tematu, to niewątpliwie była to co najmniej złośliwość wobec szefów, a najprawdopodobniej ordynarny SABOTAŻ, na pewno nie znajomość własnych ograniczeń.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, lato 2020

Więź, lato 2020

Kup tutaj