Język bp. Janiaka – jakże odległy nie tylko od Dobrej Nowiny, ale nawet od dobrej polszczyzny – mówi bardzo wiele o tym, w jaki sposób porozumiewają się pomiędzy sobą członkowie KEP.

Nie będę tu udowadniał, dlaczego ujawniony wczoraj list bp. Edwarda Janiaka skierowany do wybranych członków Konferencji Episkopatu Polski jest skandaliczny i kłamliwy. Zdążyli to już przekonująco zrobić inni, np. Tomasz Terlikowski.

Wiadomo, że biskup kaliski – świadomie lub nieświadomie – miesza fakty, daty i wyniki głosowań na zebraniach episkopatu. Jest zagrożony karnym odwołaniem z pełnionej funkcji za ujawnione poważne zaniedbania – skupia się więc na obronie własnej osoby (znamienne zresztą, że „moja osoba” to pierwsze i ostatnie słowa jego listu). Oskarżonemu „wolno” w swojej obronie kluczyć, lawirować, odwracać kota ogonem, oskarżać jednych, straszyć drugich, manipulować i kłamać. Co prawda, od biskupa Kościoła rzymskokatolickiego z 24-letnim stażem należałoby wymagać dużo więcej, ale rzeczywistość pokazuje coraz dobitniej, że wielu spośród sprawujących władzę w Kościele od siebie samych wymaga akurat najmniej.

Dzięki zachowaniu abp. Polaka 16 maja 2020 r. symbolicznie zakończyła się w KEP epoka prymasa Wyszyńskiego, opierająca się na założeniu, że wewnątrzkościelnych brudów biskupi nie omawiają na zewnątrz

Mało tego, wiadomo, że wypływają wciąż nowe wiadomości dotyczące sposobu sprawowania władzy w diecezji kaliskiej, w tym tuszowania, ukrywania i zamiatania pod dywan przypadków wykorzystywania seksualnego osób małoletnich przez duchownych. Sam rozpocząłem tu niedawno cykl artykułów „Jak to się robiło w diecezji kaliskiej”, opisując sytuację, w której kolejni biskupi – najpierw Stanisław Napierała, a następnie Edward Janiak – łącznie przez 15 lat od ujawnienia przestępstwa nie rozpoczęli dochodzenia kanonicznego w sprawie duchownego prawomocnie skazanego za znęcanie się nad ośmiolatkami i molestowanie ich. Fakt karygodnego 15-letniego zaniechania potwierdził zresztą kanclerz tamtejszej kurii, ks. Marcin Papuziński. W tej sprawie wysłałem również formalne zawiadomienie do abp. Stanisława Gądeckiego. Kolejny odcinek tego cyklu o zarządzaniu diecezją kaliską – już w najbliższych dniach.

Jak biskup do biskupa

W zamieszaniu wokół szczegółów listu bp. Janiaka nie powinna nam jednak umknąć sprawa najważniejsza i najbardziej bulwersująca. Otóż otrzymaliśmy oto do ręki istotną informację o nastrojach panujących wewnątrz Konferencji Episkopatu Polski.

Biskup kaliski – wysyłając swój list do części biskupów (prawdopodobnie do biskupów diecezjalnych, z wyłączeniem prymasa Polski) – pisał szczerze, tak jak biskup do biskupa. Nie przewidywał przecież, że z którejś diecezjalnej kancelarii nastąpi przeciek i list trafi do mediów (i to najpierw do znienawidzonej przez samego Janiaka „Gazety Wyborczej”). Gdy czyta się ten list, to przeraża zarówno fakt jego wysłania przez biskupa kaliskiego, jak i stosowana przezeń argumentacja.

Listu bp. Janiaka nie można uznać za jednorazowy wybryk. On niestety byłby niemożliwy bez wcześniejszego realnego długotrwałego poparcia większości biskupów dla działań w tym stylu

Jeśli Edward Janiak wystosował do współbraci w biskupstwie pismo, w którym tak jednoznacznie zaatakował prymasa Polski (nazywanego w liście tylko arcybiskupem i delegatem, a nie prymasem!) i zainicjowane przez niego dzieło, Fundację Świętego Józefa – to znaczy, że miał prawo, jako autor listu, zakładać, iż znajdzie dla siebie wśród adresatów pisma akceptację i zrozumienie. Nie można więc tego listu uznać za jednorazowy wybryk. On niestety byłby niemożliwy bez wcześniejszego realnego długotrwałego poparcia większości biskupów dla działań w stylu Janiaka. Oraz – być może – bez stosowania przez nich analogicznej strategii w swoich diecezjach.

Prawdopodobnie do takich faktów nawiązuje sposób argumentacji autora listu – czysto mafijny, całkowicie pozbawiony odwołań ewangelicznych, za to nawiązujący do obrony „jego osoby”, straszący ujawnianiem innych faktów i konsekwencjami dla innych hierarchów. Ten język – jakże odległy nie tylko od Dobrej Nowiny, ale nawet od dobrej polszczyzny – mówi bardzo wiele o tym, w jaki sposób porozumiewają się pomiędzy sobą członkowie KEP.

Tylko „urzędnik” i „oskarżony”

Treść listu jest szokująca. W oczach opinii publicznej to dodatkowe pogrążenie bp. Janiaka. Ale nie tylko jego. Trafnie napisał w komentarzu jeden z czytelników „Więzi”: „Przecież Janiak właśnie pogrążył cały episkopat PR-owo w kwestii Fundacji Świętego Józefa i pokazał, że tylko prymas ma moralny autorytet”.

Należałoby się więc spodziewać błyskawicznej stanowczej reakcji kierownictwa Konferencji Episkopatu Polski oraz wielu jej indywidualnych członków. Powinni wesprzeć wybranego przez siebie delegata, oskarżanego przez skompromitowanego kolegę. Nic z tego! Szambo się wylało już ponad 30 godzin temu, a wciąż 98 proc. biskupów reaguje na tę skandaliczną sytuację wyniosłym (i, jak im się niesłusznie wydaje, wygodnym) milczeniem.

Uparte milczenie prawie wszystkich hierarchów po ujawnieniu listu, jaki wystosował do nich bp Janiak. nie daje żadnych powodów do optymizmu. W postawie chrześcijanina możliwa jest jednak nadzieja bez optymizmu

Glos zabrali jedynie „urzędnik” i „oskarżony”: sekretarz generalny KEP, bp Artur Miziński i sam abp Wojciech Polak. Ten pierwszy „z urzędu” formalistycznie przytacza jedynie fakty na dowód, że w głosowaniach KEP – zarówno w sprawie powołania abp. Polaka na delegata ds. ochrony dzieci i młodzieży, jak i w przypadku utworzenia Fundacji Świętego Józefa – inaczej niż twierdzi Janiak, „zdecydowana większość” biskupów głosowała „za”. Prymas natomiast słusznie przypomina tylko – w odpowiedzi na zarzuty Janiaka – prawną i ewangeliczną podstawę swej decyzji o wysłaniu zawiadomienia do nuncjatury (każdy duchowny jest zobowiązany informować władze kościelne, „ilekroć […] otrzyma wiadomość lub ma uzasadnione powody, by sądzić, że mógł zostać popełniony jeden z czynów, o których mowa” w motu proprio „Vos estis lux mundi”).

Milczy cały czas abp Stanisław Gądecki. W tej bulwersującej sprawie przez ponad dobę przewodniczący KEP głosu nie zabrał, choć zdążył dziś błyskawicznie wysłać list gratulacyjny do nowego przewodniczącego episkopatu Austrii. A przecież to abp. Gądeckiemu osobiście bp Janiak postawił zarzut manipulowania wynikami głosowania biskupów. Tym samym biskup kaliski dezawuuje zresztą Gądeckiego jako prowadzącego wstępne dochodzenie kanoniczne w jego sprawie. Milczenie metropolity poznańskiego w tej sytuacji oraz jego znana niezdolność do klarownej publicznej oceny moralnej wewnątrzkościelnych skandali wzmagają istniejące już wątpliwości co do wnikliwości i rzetelności trwającego – nadzorowanego przez niego – postępowania dotyczącego diecezji kaliskiej.

To nie wymaga wielkiego charakteru

Zdumiewa również skala osamotnienia abp. Polaka wewnątrz episkopatu. Pojawiły się w mediach informacje, że po swoim wystąpieniu w sprawie bp. Janiaka prymas otrzymał zaledwie trzy telefony z wyrazami solidarności od innych członków KEP. A biskupów katolickich w Polsce jest (wliczając emerytów) ponad 150… Rzecz jasna, żaden z tych trzech hierarchów nie wypowiedział swego wsparcia dla działań abp. Polaka publicznie. W liście bp. Janiaka wymieniani są natomiast zaledwie dwaj stronnicy prymasa, którzy wsparli go podczas obrad KEP. Jakkolwiek by liczyć – dodając jednych i drugich oraz jeszcze „na wyrost” kilku młodszych biskupów pomocniczych, którzy realnie są mniej samodzielni – wychodzi co najwyżej dziesięciu sprawiedliwych…

To milczenie polskich hierarchów wydaje im się wygodne, ale to pozory. Przypuszczam, że przynajmniej niektórzy z nich odczuwają z tego powodu bardzo niewygodne wyrzuty sumienia. Ukrywając się przed dziennikarzami, biskupi zyskują, co prawda, na czasie, ale ten spokój nie jest święty. Równocześnie błyskawicznie tracą bowiem resztki autorytetu. Słuchają swoich zalęknionych dworów, ale nie wsłuchują się w znaki czasów. A jeśli w sprawach tak oczywistych moralnie kościelni hierarchowie nie potrafią – realnie, a nie tylko werbalnie – jasno stanąć po stronie skrzywdzonych, to dla wielu osób Dobra Nowina staje się nierzeczywistą bajką na dobranoc.

A przecież to naprawdę nie wymaga ani wielkiego charakteru, ani olbrzymiej odwagi, żeby powiedzieć tak jak abp Polak 16 maja 2020 r.: „Film «Zabawa w chowanego», który obejrzałem, ukazuje, że nie dochowano obowiązujących w Kościele standardów ochrony dzieci i młodzieży. Mam na myśli sposób traktowania osób pokrzywdzonych i ich rodzin, brak podjęcia odpowiednich działań w wyniku otrzymanych informacji o wykorzystywaniu seksualnym dzieci przez księdza, czyli niewypełnienie obowiązków nałożonych na przełożonego przez prawo kościelne. […] Niedopuszczalne jest przesuwanie podejrzanego księdza do miejsca, w którym może mieć jakikolwiek kontakt z dziećmi”. To wymaga po prostu elementarnej przyzwoitości. Wystarczy umieć odróżnić oprawcę i ofiarę. I nazwać to po imieniu.

Koniec PRL w episkopacie

O osamotnieniu prymasa w kwestiach wykorzystywania seksualnego pisałem tu już w październiku 2018 r. w tekście „Kościół na równi pochyłej”. Od tego czasu to zjawisko jedynie się nasiliło. Nie mam zamiaru idealizować działań abp. Polaka. Na łamach „Więzi” piórem Józefa Majewskiego w tekście „Biskup nie jest stróżem swego brata?” krytykowaliśmy jego strategię unikania komentarzy dotyczących innych biskupów. Pod tym względem – niejako dzięki braciom Sekielskim – nastąpiła jednak istotna zmiana.

Można by wręcz powiedzieć, że 16 maja 2020 r. – czyli dokładnie miesiąc temu, tuż po premierze filmu „Zabawa w chowanego” – mieliśmy do czynienia z wydarzeniem przełomowym. Tego dnia – ponad 30 lat po upadku komunizmu – w Konferencji Episkopatu Polski symbolicznie zakończyła się epoka PRL. A mówiąc mniej politycznym językiem – zakończyła się epoka prymasa Wyszyńskiego, opierająca się na założeniu, że wewnątrzkościelnych brudów biskupi nie omawiają na zewnątrz, a już zupełnie niedopuszczalne było, żeby jeden z biskupów mówił źle o drugim. A tu nie dość, że jeden z biskupów dosadnie skrytykował postawę innego, to jeszcze złożył zawiadomienie do Stolicy Apostolskiej dotyczące jego niewłaściwego postępowania.

Biskupi słuchają swoich zalęknionych dworów, ale nie wsłuchują się w znaki czasów

Rzecz jasna, końce epok wyznaczać można jedynie symbolicznie. Przyzwyczajenia zakorzenione w instytucjonalnej świadomości Kościoła przez 70 lat nie skończą żywota jednego dnia. I sam prymas Polak może z tej drogi zawrócić, i jego przeciwnicy mogą go totalnie zmarginalizować. Obecny kryzys – jak to bywa z kryzysami w ciężkich przypadkach – może prowadzić albo ku uzdrowieniu, albo ku pogłębieniu choroby. Możliwe są więc różne scenariusze rozwoju sytuacji wewnątrz KEP. Poczynając od wariantu, w którym zatonie cały episkopat, łącznie z osamotnionym i sfrustrowanym prymasem. A kończąc na jakimś – dziś nierealnym – głębokim duchowym i moralnym odrodzeniu. Z wieloma wariantami pośrodku.

Nadzieja bez optymizmu

Uparte milczenie 98 proc. członków KEP nie daje żadnych powodów do optymizmu. W postawie chrześcijanina możliwa jest jednak nadzieja bez optymizmu. Nadzieja bowiem to głęboka postawa duchowa, a nie naiwne nastawienie emocjonalne.

Nie szukam zatem źródeł tej nadziei w kalkulacjach, ilu jeszcze spośród biskupów milczących może zechcieć publicznie powiedzieć słowa nieco bardziej ewangeliczne. Już dawno przestałem pisać i podpisywać listy kierowane czy to do ciał kolegialnych polskiego episkopatu (dla mnie ten list był ostatnim), czy nawet do papieża (bo brak żadnej reakcji). Owszem, domagam się i nadal będę się domagał, aby Kościół w Polsce także – a nawet zwłaszcza – w osobach swoich zwierzchników przestrzegał zasad Ewangelii i własnego nauczania. Uważam i będę to powtarzał, że niezbędne są w tym celu dymisje biskupów skompromitowanych. Ale nie w tym szukam nadziei. Nie w tym szukam Ducha. To dla mnie tylko wymóg elementarnej sprawiedliwości.

Jeśli w sprawach tak oczywistych moralnie kościelni hierarchowie nie potrafią realnie stanąć po stronie skrzywdzonych, to dla wielu osób Dobra Nowina staje się nierzeczywistą bajką na dobranoc

Paradoksalnie w tej sytuacji znakiem nadziei może być nawet to, że szambo wylało. Bo już nie da się twierdzić, że pod biskupimi dywanami pachnie tylko fiołkami.

Duch wieje kędy chce. Nie musi wiać z góry. Jego powiew może nadejść i od dołu, i z boku, i całkowicie spoza kościelnych struktur. Czasem nawet nie wiadomo, skąd przychodzi i dokąd podąża. Ale wieje. Byle szum jego usłyszeć.