Spike Lee o istocie rasizmu powiedział wszystko już dawno temu, gdy był żądnym artystycznej vendetty buntownikiem z nowojorskich ulic. Dziś wciąż opowiada o swoich braciach, ale robi to z pozycji podstarzałego i sytego moralizatora.

„Pięciu braci” Spike’a Lee (do obejrzenia na Netfliksie) to ambitna porażka. Bardzo ambitna i bardzo napompowana entuzjastycznymi recenzjami amerykańskich krytyków. Zachwyt ten mogę zrozumieć tylko przez pryzmat czasu, w jakim powstają ich recenzje – na amerykańskich ulicach widzimy kolejną odsłonę zamieszek na tle rasowym. Rasizm jest teraz piętnowany nawet w takich cenzurowanych klasykach jak „Przeminęło z wiatrem”. Wiatr ideologicznego sporu powoduje, że nie wypada krytykować filmu ojca chrzestnego czarnej rewolucji w kinie, czyli właśnie Spike’a Lee.

W ostatnich tygodniach odświeżam sobie afroamerykańskie kino. Obejrzałem ponownie między innymi „Rób, co należy”. Arcydzieło Lee z 1989 roku – obok „Chłopaków z sąsiedztwa” (1991) Johna Singletona – najlepiej moim zdaniem opowiada o rasowych napięciach w USA. Warto porównać je z „Pięcioma braćmi”. Widać jak na dłoni, że ich twórca – błyskotliwy, gniewny, ale też przenikliwy buntownik – dziś mocno rozsiadł się w wygodnym fotelu.

Typowy manifest

Lee nie zniżył się co prawda do poziomu późnego i nieznośnego Olivera Stone’a, który notabene był przymierzany do realizacji filmu (tyle, że w wersji białej). Jednak zamiłowanie do górnolotnego patosu i publicystycznej łopatologii przesłaniającej artystyczną wrażliwość upodabnia do siebie obu filmowców. Zestawcie ze sobą gniewnego, ale pełnego pasji „Malcolma X” (1992) z finałowymi ujęciami z „Czarnego bractwa. BlackKkKlansman” (2018). Przypomnijcie sobie rasowe tło kryminalnego „Clockers” (1995) i wspaniale spinający multikulturowe oblicze Nowego Jorku monolog Edwarda Nortona w „25 godzinie” (2002). To był ten Spike Lee, który nie tylko narzucał w kinie afroamerykańską narrację, ale potrafił w jednej scenie (finał ze spaleniem pizzerii w „Rób, co należy” jest profetyczny!) powiedzieć to, co inni zawierali w naukowych elaboratach.

„Pięciu braci” to z kolei typowy dla późnego Lee manifest. Opowieść o czterech czarnoskórych weteranach, którzy wracają po ponad 40 latach do Wietnamu, by odnaleźć i przywieźć do domu zwłoki poległego na polu bitwy dowódcy plutonu Norma (Chadwick Boseman). Eddi (Isiah Whitlock Jr), Paul (Delroy Lindo), Otis (Clarke Peters) i Melvin (Norm Lewis) mają jednak jeszcze jeden plan, przez który muszą wejść w konszachty z podejrzanym Francuzem (Jean Reno).

„Pięciu braci” pokazuje ciekawy kontekst udziału Afroamerykanów w wietnamskim konflikcie

Lee, przerabiając scenariusz Danny’ego Bilsona i Paula De Meo, poszedł w zupełnie zaskakującą stronę. Gdy dawni towarzysze broni zaczynają zwiedzać tętniący życiem i skąpany w neonach (oraz – co znamienne – z restauracjami McDonald’s i KFC) nocny Sajgon, który pamiętają z wojennego piekła, jeden z nich przywołuje „bzdurne filmy” o Johnie Rambo, ratującym ostatnich jeńców z rąk Vietcongu. Żart ten nabiera swoistego znaczenia, gdy opowieść o czwórce kumpli konfrontujących się w dżungli ze swoimi wojennymi demonami zamienia się w… wersję przygód Rambo. Tyle, że w obiektywie twórcy „Malarii”.

„Pięciu braci” to w zasadzie kilka filmów w jednym, ponaddwuipółgodzinnym obrazie. Sprawdza się jako opowieść o ojcostwie, choć nie zbliża się do poziomu tego, co twórca pokazał już wcześniej w poruszającej „Grze o honor” (1998). Mimo że nie wnosi wiele do znanej opowieści o wietnamskich wojnach (Jean Reno i grająca potomkinię francuskich kolonizatorów Mélanie Thierry mogliby usiąść do stołu z Martinem Sheenem w „Czasie Apokalipsy”), to pokazuje ciekawy kontekst udziału w nich Afroamerykanów. Stone w „Plutonie” kładł nacisk na klasowość poboru, natomiast Lee podkreśla wątek rasowy, sugerując, że nie przez przypadek wysyłano na front spory odsetek czarnych. A chodzi przecież o wojnę, która nie była „ich wojną”, jak mówią pokazywani na archiwalnych nagraniach Martin Luther King, Muhammad Ali czy Malcolm X.

Plakatowe slogany

Problem w tym, że Lee wygodnie rzuca wyświechtanymi sloganami rodem z plakatów antywojennych z lat 60. Ten jednowymiarowy przekaz symbolizuje pokazane ikoniczne zdjęcie, na którym z rąk wojskowego ginie na ulicach Sajgonu „jakiś Wietnamczyk”. Fotografia oburzyła opinię publiczną i ugruntowała wizerunek wojny w Wietnamie jako niesprawiedliwej. Nie przez przypadek z publikacji zdjęcia mógł cieszyć się szczególnie Związek Radziecki. Mało kto pamięta, że uwiecznioną ofiarą był dowódca szwadronu śmierci z Vietcongu, który wcześniej przechwalał się własnoręcznym mordowaniem kobiet i dzieci. Wówczas nie interesowało to liberalnych mediów ostro przeciwnych wojnie. Spike’a Lee nie interesuje natomiast prawdziwy kontekst wojny w Wietnamie. Wystarcza mu kilka plakatowych sloganów.

Najbardziej zdumiewa pójście w sygnalizowaną już stronę bardzo pospolitego kina akcji. Lee nie jest mistrzem żonglerki gatunkowością, więc mieszanka westernu rodem ze „Skarbu Sierra Madre” (1948) z parodią wietnamskich filmów ze Stallone czy Chuckiem Norrisem zupełnie się nie sprawdza. Widać, że twórca nie znosi prowojennych „Zielonych beretów” (1968) Johna Wayne’a. Zamiast jednak film ironicznie zglanować, on odpowiada topornym sensacyjniakiem z wietnamską mafią i przemycanym złotem w tle.

„Pięciu braci” może być traktowane jako pewnego rodzaju podsumowanie kariery wybitnego filmowca. Tyle że wszystko jest w tym filmie wyblakłe

Najlepszą kreację tworzy stały współpracownik reżysera, Lee Delroy Lindo, który zagrał niegdyś wspaniałą rolę ojca w „Crooklyn” (1994). Jego Paul to zdecydowanie najbardziej złożona postać filmu. Pogruchotany wewnętrznie, gniewny i pałający chęcią zemsty wyborca (a jakże!) Donalda Trumpa, szuka odkupienia w dżungli, nosząc przy tym czerwoną trumpowską czapeczkę MAGA (Make America Great Again). Jego relacja z synem (Jonathan Majors) jest poruszająca i głęboka. Mam nadzieję, że Lindo w końcu doczeka się nominacji do Oscara, na którą od lat zasługuje. Jak zwykle u Lee, zachwyca też ścieżka dźwiękowa, która przypomina, ile kultura popularna zawdzięcza Afroamerykanom.

Na hollywodzkim garnuszku

Niemniej tym razem twórca „Rób, co należy” dowodzi, że stracił swój pazur rebelianta z lat 90. Dzisiaj jest buntownikiem na hollywoodzkim garnuszku, który rozdrabnia talent na kuriozalne remaki jak „Old Boy” albo przeciętne sensacyjne filmy w stylu „Planu doskonałego”. Długo wyczekiwanego Oscara dostał dopiero za plakatowe, ale do bólu politycznie poprawne wspomniane już „Czarne bractwo…”.

„Pięciu braci” może być traktowane jako pewnego rodzaju podsumowanie kariery tego bez wątpienia wybitnego filmowca. Tyle że wszystko jest w tym filmie wyblakłe. Walka o prawa czarnych nie ma ostrza „Malcolma X”, wątek sensacyjny razi przewidywalnością, natomiast podkreślenie wagi udziału dyskryminowanych w USA Afroamerykanów w amerykańskich wojnach ma mniejsze rażenie niż w, skądinąd średnio udanym artystycznie, „Cudzie w wiosce Sant Anna” (2008), który opowiadał o żołnierzach 92 Dywizji Piechoty walczącej w Italii.

Film, który miał być pokazywany na festiwalu w Cannes (COVID-19 pokrzyżował plany), zyska dzięki temu, że trafił na czas kolejnych napięć rasowych w USA. Znamienne jest jednak to, że Spike Lee o istocie rasizmu opowiedział wszystko już dawno temu. Gdy jeszcze był żądnym artystycznej vendetty buntownikiem z nowojorskich ulic. Dziś jest sytym kocurem z hollywoodzkiego show-biznesu. Wciąż opowiada o swoich braciach, ale robi to z pozycji podstarzałego moralizatora.