Skąd się bierze hejt katolików przeciwko katolikom? Zapewne ma on niestety umocowanie w wypowiedziach dzisiejszego religijnego establishmentu.

W opisie procesu Jezusa w wersji Jana Ewangelisty dowiadujemy się o problemie nurtującym ówczesny establishment religijny. Czytamy: „Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród». Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich: «Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród»” (J 11,47-50).

Arcykapłani i faryzeusze rzeczywiście troszczyli się o swój naród, kochali go, nawet bardzo. Nie można jednak powiedzieć, że kochali naród bardziej niż Boga. Wprost przeciwnie – byli niezwykle pobożni, a wręcz radykalni w swej pobożności i walce o przestrzeganie prawa i sprawiedliwości, o czym informuje nas św. Paweł Apostoł: „Żyłem według zasad najsurowszego stronnictwa naszej religii jako faryzeusz” (Dz 26,5).

Wiemy dobrze, jaki finał miał proces Jezusa. Św. Jan, komentując wspomnianą wyżej wypowiedź Kajfasza, dodaje, że rzeczywiście „Jezus miał umrzeć za naród, a nie tylko za naród, ale także, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno” (J 11,51-52). Ta ostatnia wypowiedź oddaje prawdziwy teologiczny sens zbawczej śmierci Chrystusa.

Zapomnienie i klerykalizm

Podobną teologię, wyjaśniającą znaczenie dzieła Jezusa, będzie głosił Apostoł Paweł: „On [Chrystus] obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość. W swym ciele pozbawił On mocy Prawo przykazań, wyrażone w zarządzeniach, aby z dwóch rodzajów ludzi stworzyć w sobie jednego nowego człowieka, wprowadzając pokój, i w ten sposób jednych, jak i drugich znów pojednać z Bogiem” (Ef 2,14-16). Zanim jednak do tego dojdzie, Paweł będzie musiał przejść długą drogę metanoi, czyli zmiany sposobu myślenia.

W swym radykalizmie w obronie prawa i sprawiedliwości nie opamięta się nawet wówczas, gdy będzie świadkiem innego niesprawiedliwego procesu. Procesu, w którym padły podobne argumenty: „Ten człowiek nie przestaje mówić przeciwko temu świętemu miejscu i przeciwko Prawu. Bo słyszeliśmy, jak mówił, że Jezus Nazarejczyk zburzy to miejsce i pozmienia zwyczaje, które nam Mojżesz przekazał” (Dz 6,13-14).

Tak, proces i ukamienowanie Szczepana, któremu przyglądał się Paweł, miał podobne przyczyny do tych, które doprowadziły do śmierci Jezusa: obrona narodu, jego świętości oraz obawa ówczesnego establishmentu religijnego przed zmianą zwyczajów, niekoniecznie wynikających wprost z Prawa Bożego, ale związanych ze zbawieniem przez ten właśnie establishment.

Obrona form kultu czy wartości narodowo-katolickich, których symbolami są wymienieni z nazwiska politycy, nie ocali narodu. Może jedynie doprowadzić do do podziałów wewnątrz Kościoła, nienawiści, a nawet do przemocy

W swej wielkiej trosce o naród, zwyczaje, święte miejsca i prawo faryzeusze i arcykapłani zapomnieli o pierwszym i najważniejszym przykazaniu – przykazaniu miłości. Zapomnieli również o tym, do czego przez wieki nawoływali prorocy: „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń” (Oz 6,6). Taką właśnie postawę, która zapomina o tym, co jest „sercem” Prawa – „sercem” Ewangelii – lecz drobiazgowo strzeże drugorzędnych kwestii prawnych i zwyczajowych, papież Franciszek nazwa klerykalizmem. Jak wynika z wielu jego wypowiedzi, ów klerykalizm jest najbardziej palącym problem współczesnego Kościoła.

W jednej z homilii mówił: „Gdy w Ludzie Bożym brakuje proroctwa, to brakuje życia Bożego, cała energia koncentruje się na kwestiach prawnych, zwycięża legalizm. Przykładem może być ewangeliczna scena, gdy kapłani poszli do Jezusa, domagając się, by wyjaśnił, jakim prawem czyni cuda, a siebie samych uważali za właścicieli świątyni jerozolimskiej. Nie rozumieli proroctw, zapomnieli o obietnicy! Nie potrafili odczytywać znaków czasu, nie mieli ani przenikliwych oczu, ani też nie słuchali Słowa Bożego: mieli jedynie władzę! Kiedy w Ludzie Bożym nie ma proroctwa, to istniejącą pustkę wypełnia klerykalizm: ów klerykalizm, który pyta Jezusa: «Jaką mocą czynisz takie rzeczy? Jakim prawem?»”.

Zaś w „Liście do Ludu Bożego” papież pisał: „Klerykalizm, któremu sprzyjają zarówno sami kapłani, jak i świeccy, tworzy rozłam w ciele eklezjalnym, który sprzyja i pomaga w popełnianiu wielu złych rzeczy, które teraz potępiamy. Powiedzenie «nie» wobec nadużycia oznacza stanowcze odrzucenie wszelkich form klerykalizmu”.

W oparach absurdu

Ten przydługi wstęp potrzebny mi był, aby skomentować bardzo niepokojące wypowiedzi, które padły niedawno z ust niektórych hierarchów oraz przedstawicieli kleru. Chodzi mi w szczególności o słowa ks. Tadeusza Guza z początku pandemii oraz ostatnią refleksję biskupa Antoniego Długosza, które wydają mi się emblematyczne dla myślenia wielu przedstawicieli współczesnego establishmentu Kościoła w Polsce. Obie w pewnym sensie są wystąpieniem w obronie narodu i jego świętych zwyczajów. I obie mogą być, a raczej już są, katastrofalne w skutkach.

Jeśli chodzi o pierwszą wypowiedź, to brzmiała ona następująco: „Kapłan ma umyte ręce w sensie nadprzyrodzonym, czyli łaski, a zatem żadne udzielanie Komunii św. do ust nie zagraża ani jednemu Polakowi, obywatelowi Rzeczpospolitej Polskiej, roznoszeniem jakichkolwiek wirusów, bo to jest akt święty. Msza święta jest świętym aktem, a zatem nie jest miejscem, przestrzenią i czasem rozprzestrzeniania wirusów, tylko przychodzenia Pana Boga. I jak Polska będzie bogata Bogiem, to będzie też zwyciężczynią nad tym śmiertelnie niebezpiecznym patogenomem”.

Biskupi i księża chętnie nawiązują do wątków narodowych, które pojawiały się w homiliach św. Jana Pawła II podczas jego pielgrzymek do Polski. Problem w tym, że tych wątków papież używał dopiero po wyjaśnieniu przekazu ewangelicznego odczytanej perykopy

Bp Długosz natomiast przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej oświadczył: „Obecnie dwaj przedstawiciele naszej władzy, wybranej przez większość Polaków, uobecniają charyzmat dwóch ewangelistów, piszących słowami i czynami Ewangelię Twojego Syna. Ewangelista Mateusz – premier Morawiecki – pochyla się nad egzystencją naszego narodu, by żyło się lepiej. Z kolei Ewangelista Łukasz – profesor Szumowski – jest przedłużeniem czynów Jezusa, troszcząc się o nasze życie i zdrowie. Dziękujemy Ci, Boża Matko, za ich posługę”.

Nie będę w tym miejscu dowodził absurdalności pseudo-naukowych tez pierwszej wypowiedzi, bo jeśli ktoś dotarł w lekturze tego tekstu do tego miejsca, jest na tyle inteligentny, by samemu odpowiednio ocenić jej wartość. Dodam jedynie, że księdzu profesorowi teologii umknęła gdzieś katolicka nauka o substancji i przypadłościach Eucharystii – a więc wiedza, którą powinien posiadać każdy kleryk po ukończeniu podstawowego kursu z sakramentologii. Nie będę też dowodził tego, że nie jest zadaniem katolickiej nauki społecznej Kościoła wskazywanie konkretnych nazwisk polityków, którzy uobecniają charyzmat ewangelistów czy, o zgrozo, są „przedłużeniem czynów Jezusa”.

Pobożni hejterzy

O wiele bardziej niebezpieczne jest jednak to, co łączy obie wypowiedzi, a więc mówienie wiernym, że obrona pewnych form kultu (uznanych za jedynie prawowierne) czy zwyczajów i wartości narodowo-katolickich, których symbolami są wymienieni z imienia i nazwiska politycy, jest w stanie ocalić nasz naród. Takie jednoznaczne wskazanie, którego dokonuje hierarcha przed ołtarzem Pani Jasnogórskiej czy też ksiądz (i to nie byle jaki, bo profesor katolickiego uniwersytetu) na falach toruńskiej rozgłośni, prowadzi ostatecznie do podziałów wewnątrz Kościoła, nienawiści, a nawet do przemocy.

Nie wszyscy słuchacze mediów transmitujących tego typu wypowiedzi – a, jak powtarzam, pozostają one emblematyczne dla wielu innych – są w stanie podejść do nich w sposób krytyczny i z dystansem. Wielu z nich nie śledzi innych stacji, bądź nie jest w stanie nawet posługiwać się narzędziem, jakim jest internet, aby zweryfikować poprawność tej pseudo-teologii.

W ostatnim czasie na własnej skórze doświadczyłem konsekwencji nauk często głoszonych w tak zwanych mediach katolickich. Otóż, kiedy podczas Mszy Św. prosiłem wiernych o przyjmowanie Komunii św. na rękę – ze względów sanitarnych, to znaczy, abym po każdym oblizaniu moich palców nie musiał dokonywać dezynfekcji (nie zabraniając oczywiście przyjmowania komunii do ust) – spotkałem się z niesłychaną agresją i poniżeniem ze strony niektórych. Po Mszy, podczas rozmowy (choć trudno to było nazwać rozmową) niejeden pobożny wierny uświadamiał mnie, że przyjmowanie Komunii św. na rękę jest profanacją, a za zachęcanie do tego ludzi pójdę do piekła. Nie przekonywały ich moje argumenty, że jest to jeden ze sposobów przyjmowania Komunii, na który wyraża zgodę nie tylko prawo liturgiczne Kościoła katolickiego, ale nawet Konferencja Episkopatu Polski.

Zdaniem toruńskich mediów to nie biskup Długosz, lecz „lewicowo-liberalne media i organizacje”, które przypuściły na niego swój atak, nie rozumieją prawdziwego przesłania Ewangelii

Dodam również, że w tym samym czasie, jacyś pobożni słuchacze nauk, głoszonych m.in. przez ks. Guza (bo raczej nie chuligani czy kibice) na plakacie informującym o zasadach sanitarnych obowiązujących podczas pandemii, który wywiesiliśmy na drzwiach kościoła dominikanów przy ul. Freta w Warszawie, napisali: „Za to pójdziecie do piekła!”. Podejrzewam, że nie byli to zwykli chuligani, gdyż napis umieszczono dokładnie przy grafice zachęcającej do przyjmowania Komunii na rękę.

Okazuje się jednak, że do piekła pójdą nie tylko dominikanie, lecz także wszyscy inni, którzy krytycznie podchodzą do niektórych nieewangelicznych wypowiedzi biskupów czy polityków. Mój fejsbukowy przyjaciel Dawid Gospodarek – dziennikarz Katolickiej Agencji Informacyjnej – który kojarzył mi się raczej z konserwatywnym podejściem do spraw kościelnych, a przynajmniej do liturgii Kościoła – umieścił ostatnio na Facebooku post z hejtem dotyczącym jego osoby. Kto chce, niech dokładnie sprawdzi, wstyd przytaczać wszystkie epitety, jakie padły w odniesieniu do jego osoby. W każdym razie autor hejtu nazywa go „kryptolewakiem” i wątpi czy „w jego żyłach płynie polska krew”. A o tym, że piszącym był zapewne wierzący człowiek, świadczą słowa, kończące wiadomość: „Wróć do nauki czystej Kościoła. Ostatnia szansa, anioł stróż woła. Inaczej ci się otwiera piekło, a tam cię zgnoją i nie będzie lekko”.

Przemilczana teologia

Powyżej przywołałem tylko przykłady, które można by mnożyć, wystarczy poczytać komentarze pojawiające się pod postami autorów niezgadzających się z upolitycznianiem wiary katolickiej. Skąd się bierze hejt katolików przeciwko katolikom? Zapewne ma on niestety umocowanie w wypowiedziach dzisiejszego religijnego establishmentu, który na łamach mediów katolickich stopniowo, systematycznie i wcale nieagresywnie przekonuje swoich słuchaczy do tego, że należy stawać w obronie narodu, jego zwyczajów i świętości.

I nie byłoby to nawet czymś zdrożnym, gdyby ci sami hierarchowie, w swych wypowiedziach poświęcali przynajmniej tyle samo miejsca albo z taką samą gorliwością troszczyli się o to, co jest sercem Ewangelii, a mianowicie, że Jezus umarł, „aby rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno”, „aby pojednać wszystkich z Bogiem”, „aby zburzyć rozdzielający ludzi mur – wrogość!”. Ta wielka teologia św. Jana Ewangelisty i św. Pawła Apostoła często zostaje przez nich przemilczana.

Biskupi i księża chętnie nawiązują do wątków narodowych, które pojawiały się w homiliach św. Jana Pawła II podczas jego pielgrzymek do Polski. Problem w tym, że tych wątków, choć bardzo wyraźnych, papież używał dopiero po wyjaśnieniu przekazu ewangelicznego odczytanej perykopy. Wystarczy rzucić okiem na homilię z 1983 r., wygłoszoną na Jasnej Górze z okazji 600-lecia sanktuarium. Ile tam cytatów z Ewangelii i Psalmów, ile razy pojawia się słowo „Trójca Święta”, ile razy „Ojciec”, „Syn Boży” i „Duch Święty”, ile jest tam mowy o łaskawości i miłosierdziu Boga. Ani razu nie pojawiają się tam jednak konkretne nazwiska czy nawet nazwa partii, która przecież uciskała naród o wiele bardziej niż jakakolwiek inna później, po 1989 r.

Wiemy, kto jest zły

Po fali krytyki, która pojawiła się po wypowiedzi biskupa Długosza na Jasnej Górze, postanowił on na łamach toruńskich mediów wyjaśnić swoje słowa w następujący sposób: „Pragnąłem jako katecheta, nie polityk, przypomnieć istotną prawdę, iż wszystkie wydarzenia, Starego i Nowego Testamentu uobecniają się w życiu każdego z nas. Dziś my przejmujemy postawy i zachowania bohaterów biblijnych i na kanwie naszego życia Pan Bóg pisze historię zbawienia”.

Dziennikarz TV Trwam, który chyba nie zrozumiał, że biskup znalazł się w niezręcznej sytuacji, postanowił w swoim materiale rozwinąć jego myśl, wyjaśniając, że wypowiedź ta była związana z atakiem opozycji na ministra zdrowia, który przecież „pisze dziś Ewangelię Chrystusa swoimi czynami i słowami”. To nie biskup, lecz „lewicowo-liberalne media i organizacje”, które przypuściły na niego swój atak, nie rozumieją prawdziwego przesłania Ewangelii.

W ten sposób po raz kolejny wierni słuchacze tak zwanych mediów katolickich dowiedzieli się, kto w całej tej sytuacji jest zły, a kto dobry; kogo należy ganić i potępiać, a kogo można porównywać z ewangelistami; kto reprezentuje złowrogie siły pragnące zniszczyć nasz naród, a kto tak naprawdę kocha ojczyznę i Kościół.

To nie my

W tym miejscu robię klamrę. To nie Kajfasz zabił Jezusa – on nie maczał w tym palców. On tylko stwierdził: „Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród”. On tylko głosił katechezę. Nie zabili też Szczepana podstawieni przez synagogę świadkowie, którzy zeznali: „Słyszeliśmy, jak mówił, że Jezus Nazarejczyk zburzy to miejsce i pozmienia zwyczaje, które nam Mojżesz przekazał”. Oni tylko relacjonowali i interpretowali wypowiedzi – w ich opinii – zagrażające świętym zwyczajom narodu.

Jezusa i Szczepana zabili ci, którzy bezkrytycznie wsłuchali się w te interpretacje i w katechezę wskazującą jednoznacznie, co jest prawdziwym dobrem dla narodu, a co (a właściwie: kto) jest dla niego największym zagrożeniem. W katechezie tej zabrakło nacisku albo w ogóle został pominięty wątek dotyczący istoty Prawa, zabrakło opowieści o jego Dawcy i celu, dla którego Prawo zostało dane człowiekowi. Zabrakło opowieści o miłości, która „nie wyrządza zła bliźniemu”, miłości, która „jest doskonałym wypełnieniem Prawa” (Rz 13,10).

Porównanie zbyt dosadne? Może, lecz wykorzystałem w nim dokładnie tę samą metodę interpretacji, którą posłużył się biskup Długosz w swej katechezie przed obrazem Pani Jasnogórskiej. Jako katecheta oczywiście – nie polityk.