Zamiast tęsknić za tłumami w kościołach, musimy szukać nowego modelu duszpasterstwa. Ludzie potrzebują Kościoła bezpiecznego, a nie lekceważącego zagrożenia.

Głośno wyrażałem już tezę, że od decyzji o wprowadzeniu dyspensy od tzw. obowiązku niedzielnego ważniejsza będzie decyzja o jej cofnięciu. Powinna ona być uwarunkowana nie tylko aktualnymi regulacjami rządu, ale także roztropną oceną sytuacji epidemicznej. Źle by się bowiem stało, gdyby to właśnie Kościół był kojarzony z nowymi ogniskami epidemii.

Nie tylko Tuchów

Niestety, dzienne liczby wykrytych przypadków zachorowań w ostatnich dniach nie spadają, ale biją rekordy. Największym ogniskiem pozostaje Śląsk, a zwłaszcza Kopalnia Węgla Kamiennego Zofiówka. Okazuje się jednak, że – niestety – także Kościół ma swój udział w rozprzestrzenianiu się koronawirusa.

Największe ognisko to Tuchów, gdzie odbyły się święcenia kapłańskie i bierzmowanie. Na uroczystości zjechali redemptoryści z kilku domów w Polsce. W rezultacie z powodu zakażenia zamknięto domy zakonne, świątynie parafialne, a zakonników skierowano na kwarantannę albo zlecono samoizolację. Obecnie wiadomo, że pozytywny wynik na obecność SARS-CoV-2 otrzymało w Tuchowie 55 osób; chorują nie tylko redemptoryści, lecz także józefitki oraz pensjonariusze DPS. Na kwarantannie przebywa blisko 400 osób.

Wiele osób wciąż waha się przed powrotem do uczestnictwa w liturgii. W ich świątyniach nie przestrzega się przepisów sanitarnych, posługujący nie noszą maseczek, księża nie dezynfekują dłoni, rozdają Komunię naprzemiennie – raz do ust, raz na rękę w jednej kolejce, a wierni w dużej części są bez masek

Tuchów nie jest wyjątkiem. Parafia pw. św. Apostołów Piotra i Pawła w Skoczowie prosi o kontakt wszystkich parafian, którzy w ostatnich dniach mieli kontakt z proboszczem. Duchowny zakaził się koronawirusem. Zakażony jest także ksiądz pracujący w kurii diecezji bielsko-żywieckiej.

Epidemia nie oszczędza polskiego episkopatu. Jak poinformował ks. Paweł Rytel-Andrianik, rzecznik KEP, planowane na połowę czerwca zebranie plenarne zostało przełożone, ponieważ bp Artur Miziński, sekretarz generalny episkopatu, oraz mieszkańcy Sekretariatu są objęci kwarantanną.

Niewiedza

Przyznam, że nie wiem, jak bardzo niebezpieczny jest koronawirus. W tej kwestii podzieleni są też epidemiolodzy. Mój lęk wynika w dużej mierze z niewiedzy, i to niewiedzy potrójnej. Po pierwsze, nie wiem, kto z mojego otoczenia, spotkanych osób może być / jest zarażony. Po wtóre, nigdy jeszcze powodowanej przez ten koronawirus choroby nie przechorowałem. Gdy słyszę „grypa” – potrafię sobie wyobrazić, co to jest. Gdy słyszę „zapalenie płuc” – podobnie. Obie choroby przeszedłem. Ale nie wiem, czym jest COVID-19. Po trzecie, nie wiem, jaki przebieg choroba może mieć w moim przypadku. Nie wiem, jak bardzo może być dla mnie niebezpieczna.

Myślę, że mój lęk jest dość typowy. I dlatego być może trudniejszy do opanowania, że wynikający bardziej z niewiedzy i niepewności niż z wiedzy.

Oczywiście, nie wszyscy tak przeżywają epidemię. Duża część społeczeństwa odpowiada na tę niepewność lekceważeniem, a środki ostrożności uznaje za niepotrzebne albo przynajmniej przesadzone. Których jest więcej – nie wiem. Wiem natomiast, że ludzie mają prawo się bać.

Fikcyjny dystans

Dociera do mnie wiele sygnałów od osób, które wciąż wahają się przed zupełnym powrotem do uczestnictwa w liturgii. Piszą, że w ich świątyniach nie przestrzega się przepisów sanitarnych, że posługujący nie noszą maseczek, księża nie dezynfekują dłoni, rozdają Komunię naprzemiennie – raz do ust, raz na rękę w jednej kolejce, a wierni w dużej części są bez masek. Brak konieczności zachowania dystansu dwóch merów też nie dodaje odwagi. Z tych powodów niektórzy decydują się na oglądanie transmisji Mszy św. w telewizji albo ograniczają udział w liturgii do Komunii duchowej, nie mogąc zaufać księdzu.

Nie ulega wątpliwości, że w Polsce nastąpiło duże rozluźnienie. Widać to w środkach komunikacji masowej, w restauracjach, no i w świątyniach. Dwumetrowy dystans stał się fikcją, wystarczy popatrzeć na kolejki do sklepowych kas. Nie wiem, jakie będą tego konsekwencje.

Wiem, że jest w nas wszystkich – we mnie też – potrzeba powrotu do normalności, do bezpośrednich kontaktów. Mimo to uważam, że wciąż jesteśmy Kościołem w trybie awaryjnym

Niestety, wezwania do licznego udziału w procesjach Bożego Ciała – tam, gdzie są one organizowane – w tym kontekście nie brzmią najlepiej. Wystarczy chory ksiądz albo chory uczestnik procesji, który stanie się pacjentem zero dla nowego ogniska. W Skoczowie szukają wszystkich, którzy mieli kontakt z proboszczem. Chodzi o takie sytuacje jak spowiedź, przyjęcie Komunii, indywidualna rozmowa np. w kancelarii. A jeśli przyjdzie identyfikować wszystkich, którzy byli na procesji? Albo na pieszej pielgrzymce?

Wiem, że jest w nas wszystkich – we mnie też – potrzeba powrotu do normalności, do bezpośrednich kontaktów. Żyć się chce i chce się człowieka. Mimo to uważam, że wciąż jesteśmy Kościołem w trybie awaryjnym.

Wśród proboszczów widzę przynajmniej dwie tendencje. Jedni próbują się dostosować do nowej sytuacji: więcej Mszy, większe rozproszenie, Pierwsza Komunia w małych grupach, nowe formy duszpasterstwa. Inni chcą, by jak najszybciej było po staremu, nie mogą się doczekać tłumu.

Myślę, że to ci pierwsi mają rację, szukając nowego modelu funkcjonowania, który – być może – przyda się jeszcze na długo. Ludzie potrzebują dzisiaj bezpiecznego Kościoła.

A może tele-Konferencja?

A posiedzenie plenarne Konferencji Episkopatu Polski? Zastanawiam się, czy nie mogłoby się odbyć – choćby częściowo – zdalnie? Tak działają polski Sejm i Senat, tak działają parlamenty, senaty uczelni, gremia wieloosobowe. Można to zrobić hybrydowo – część mogłaby się spotkać stacjonarnie, a część za pomocą środków umożliwiających tele-obecność. Przecież czarny scenariusz wcale nie jest niemożliwy. Wyobraźmy sobie, że w jedno miejsce zjeżdża się ponad stu biskupów. I niech jeden – nie wiedząc o tym – będzie chory. Ciąg dalszy można sobie tylko wyobrazić.

Ktoś powie, że uprawiam czarnowidztwo. Być może. Ale te kilka miesięcy nauczyło nas, że nie ma – przynajmniej dla Polski – żadnych twardych modeli rozwoju epidemii. Szczyt zachorowań miał być w okolicach Świąt Wielkanocnych. Potem go przesuwano kilkakrotnie. Jest początek czerwca, we wszystkich krajach Europy spada liczba zachorowań, jedynie w Polsce i Szwecji rośnie. Jak mówiłem, bijemy rekordy. Kto wie, co będzie dalej? Coraz częściej mówi się też o jesiennej fali zachorowań.

*

Rozumiem, że rząd musiał ratować gospodarkę, dlatego rozmrożenie – choć nie wiem, czy tak gwałtowne – było konieczne. Ale uważam, że Kościół nie powinien zbyt wcześnie ogłaszać wygaśnięcia epidemii na swoim – że tak powiem – terenie. A pragnienie powrotu do normalności winno iść równolegle z poszukiwaniem najlepszych sposobów obecności i organizacji duszpasterstwa w warunkach zagrożenia epidemicznego, które wciąż istnieje, chociaż nikt nie wie, jakie ono jest naprawdę. Ostrożność nie zawadzi. Stawką jest zdrowie i życie ludzi. Także ich życie duchowe. Trudno, by je budowali na lęku przed wejściem do świątyni.