Od czasów powstania ruchu praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych minęło już ponad pół wieku. Ale problemy amerykańskiego modelu demokracji elitarnej pozostają wciąż do przezwyciężenia.

Nie chciałbym zaczynać refleksji na temat ostatnich wydarzeń w Stanach Zjednoczonych od patetycznych deklaracji. Niemniej, obserwując w naszym świecie internetowym różne reakcje na wywołane tragedią w Minneapolis protesty w ojczyźnie George’a Washingtona, to być może trudno, przynajmniej na początku, takiego patetyzmu uniknąć.

Wyznacznikiem zdrowej wspólnoty i kultury politycznej, która – nie bójmy się tego powiedzieć – wyrosła w szeroko rozumianej cywilizacji zachodniej (a USA są jej nieodłączną częścią) dzięki korzeniom antycznym i judeochrześcijańskim i przy współudziale innych kultur, pozostaje troska o wartości fundamentalne i nienegocjowalne. Taką wartością jest życie ludzkie. W sytuacji, gdy w świetle kamer funkcjonariusz służby powstałej w celu ochrony bezpieczeństwa publicznego po prostu zabija człowieka w sposób noszący znamiona metodycznego sadyzmu, budzić to powinno największy niepokój. Idąc tym tropem myślenia, w zdrowej wspólnocie politycznej to właśnie zagrożone życie obywateli – i to ze strony funkcjonariuszy państwa! – powinno budzić jak największą i uzasadnioną troskę, realne lęki i zrozumiałe protesty.

W tym kontekście nie jest znaczącym problem tak oburzające niektórych, szczególnie nad Wisłą, pomazanie przez demonstrantów cokołu pomnika Tadeusza Kościuszki (bo, wiadomo, to „nasz” Kościuszko) i frontonu katedry świętego Patryka w Nowym Jorku (bo, wiadomo, to katedra rzymskokatolicka). Oczywiście nie oznacza to, że pisanie po elementach pomników lub elewacjach świątyń jest samo w sobie rzeczą mądrą. Jednakże w hierarchii wartości normalnego społeczeństwa nawet rabowanie i demolowanie sklepów przy okazji zamieszek ulicznych – zdarzające się zresztą niemal pod każdą szerokością geograficzną (patrząc obiektywnie, akurat w Polsce jest praktycznie nieobecne w kulturze protestów społecznych po 1989 r.) nie są tak alarmującym i przerażającym wydarzeniem jak śmierć George’a Floyda. Która to śmierć – należy powtarzać do znudzenia – nie była tylko nieszczęśliwym lub przypadkowym zdarzeniem.

Odpowiedź prezydenta Donalda Trumpa na ostatnie wydarzenia wydaje się najgorszą z możliwych i jasno wskazuje, iż jest to przywódca, który nie potrafi w sposób racjonalny zachowywać się w poważnej sytuacji wybuchu społecznego

Emocje i ostre reakcje w takich sprawach są po prostu nieuniknione. Zwłaszcza, gdy nałożą się na realnie istniejące w USA problemy wykluczenia bytowego, wciąż istniejących różnic klasowych i rasowych oraz małej sprawczości tego państwa w dziedzinie integracji społecznej, równości obywateli wobec prawa i zapewnienia podmiotowości wielu grupom społeczeństwa. Od czasów powstania ruchu praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych minęło już ponad pół wieku, ale problemy swoistej dwuznaczności i ciemnych stron amerykańskiego modelu demokracji elitarnej – na które wskazywali Martin Luther King i jego sojusznicy, w tym choćby grecki prawosławny biskup Jakub (Koukouzis), uczestniczący w marszach na rzecz wprowadzenia Civil Rights Act – pozostają wciąż do przezwyciężenia. Tak, jak pełnego przezwyciężenia wymaga mroczne dziedzictwo niewolnictwa i segregacji rasowej.

Odpowiedź prezydenta Donalda Trumpa na ostatnie wydarzenia wydaje się zaś najgorszą z możliwych i jasno wskazuje, iż jest to przywódca, który nie potrafi w sposób racjonalny zachowywać się w poważnej sytuacji wybuchu społecznego. Podobnie jak nie potrafi poradzić sobie ze zarządzaniem podczas pandemii koronawirusa. W tak złożonych sytuacjach z pewnością nie pomagają „twitterowa dyplomacja”, straszenie wojskiem, mówienie o uznaniu nieistniejącej organizacji za terrorystyczną czy nadużywanie rzeczownika „thugs”.

Te ostatnie bliższe są reakcji liderów władz typowo autorytarnych i stoją w zupełnej sprzeczności już nie tylko z Ameryką wizji pastora Kinga i marszów obywatelskich z lat sześćdziesiątych, ale również z rozwijanymi dwa przez stulecia ideami ojców założycieli, bez których trudno wyobrazić sobie egzystencję kraju nad Potomakiem.

W tak trudnych sytuacjach zwyczajnie chciałoby się, by wróciła stara Ameryka prezydentów Thomas Jeffersona, Andrew Jacksona i Abrahama Lincolna, Franklina D. Roosevelta, Johna F. Kennedy’ego i Jimmiego Cartera. Cywilizacja życia zbiorowego mająca – jak każda – swoje problemy i ciemne strony, ale jednak potrafiąca nadać światu impuls rozwoju i zmiany. Mam nadzieję, że tej Ameryki wciąż jeszcze w ostatnich latach nie spisano całkowicie na straty.

Przeczytaj także: Prześladowani i prześladowcy – komentarz Marcina Stachowicza