Teza „jeśli komuś zależy na Kościele, nie mówi o kapłanach źle” jest zwykłym kłamstwem. To kneblowanie krytyki i zapewnianie sobie nienaruszalności.

Opadł już trochę kurz po sobotnim wystąpieniu bp. Stanisława Napierały udzielającego święceń kapłańskich w kaliskiej katedrze. Biskup senior przekonywał między innymi, że w Kościele „są sytuacje, gdy trzeba milczeć dla dobra wszystkich”. Nagranie rozmowy dziennikarza z siostrą zakonną stwierdzającą „po co to rozdmuchiwać” również nie odbiło się szerszym echem. Można powiedzieć: „było, minęło, stary biskup emeryt i niezidentyfikowana siostra zakonna – cóż te dwa przykłady mówią o całym Kościele?”.

A jednak mówią. W obu przypadkach pojawiają się bowiem słowa-klucze, pojęcia, które choć same w sobie prawdziwe, użyte niezgodnie z duchem Ewangelii, podawane ludziom, którzy wcześniej nie otrzymali solidnej katechezy i nie umieją się przed nimi bronić – stają się emocjonalnym szantażem. Nie niosą w sobie ewangelicznej treści, ale bronią pozorów, dobrego wizerunku instytucjonalnej strony Kościoła. I – powiedzmy wprost – są manipulacją.

Fałszywa troska

Jeśli ktoś żyje w Kościele i Kościół jest mu bliski, nie powie o księżach na przykład per „czarna mafia”, to jasne. Będzie rozumiał rządzące kościelnym życiem mechanizmy: że ksiądz niekoniecznie jest pazerny, ale musi jeść i opłacić rachunki za prąd w świątyni, w której wszyscy się modlimy. Że nie każdy duchowny to pedofil, złodziej i jakie tam jeszcze epitety przyjdą komuś do głowy. Będzie widział księży nie tylko jako masę, lecz także pojedynczo – jako osoby, które mają zalety, wady; na swój sposób próbują służyć Bogu i ludziom.

Z kapłaństwem nie spływa na nikogo łaska nieomylności, łaska bezgrzeszności, łaska jedynie prawdziwej interpretacji świata. Kapłaństwo nie daje immunitetu na życie doczesne i wieczne. Nie oznacza również, że ksiądz może być zły, głupi, szkodzić wspólnocie i krzywdzić ludzi – a tacy też są – zaś biedne owieczki muszą milczeć i być bezrozumnie posłuszne. Przeciwnie. Kościół jest wspólnotą, budującą się wokół Jezusa, a nie wokół księdza. Kapłan jest w niej tym, który ma służyć, a nie stawać w miejscu Boga. Przyjęcie tezy, że nie wolno księdza upomnieć za uczynione przez niego zło czy choćby krytykować, byłoby de facto postawieniem go poza wspólnotą – stałoby się jego ubóstwieniem.

Jeśli ktoś wspólnocie szkodzi – może i powinien zostać upomniany. Właśnie w trosce o Kościół, dlatego że innym na Kościele zależy. Księża, przynajmniej pozornie, doskonale to rozumieją. Wszak nieustannie upominają wiernych: w kazaniach, w katechezach, w postach na Facebooku. Czy my, świeccy, jesteśmy Kościołem jakoś mniej? Czy z kolei mówienie o winach i słabościach przez księdza jest znakiem, że mu na Kościele, którym my jesteśmy – nie zależy?

Przyjęcie tezy, że nie wolno księdza upomnieć za uczynione przez niego zło, byłoby de facto postawieniem go poza wspólnotą – stałoby się jego ubóstwieniem

Czym zatem jest forsowana w sobotę przez bp. Napierałę teza, że „jeśli komuś zależy na Kościele, nie mówi o kapłanach źle”? Po pierwsze: kłamstwem. To właśnie troska o Kościół motywuje nas do walki o jego wiarygodność i czystość.

Po drugie: kneblowaniem każdej krytyki i zapewnianiem sobie nienaruszalności – z wykorzystaniem przewagi, jaką daje władza.

Po trzecie: szantażem emocjonalnym. Zależy mi na Kościele i to bardzo, ale czy to znaczy, że muszę milczeć w obliczu zła? Choćby ktoś zabijał, choćby gwałcił, nie wolno mi mruknąć, bo odwrócę się od Kościoła, bo zdradzę samego Boga?

Bóg nie może chcieć takiej wierności – musiałby być Bogiem okrutnym. Ilu jednak uwierzy w te słowa i będzie cierpieć w milczeniu? Ilu dopuści się grzechu obojętności i pozwoli na zło: „bo to ksiądz”? Katechizm Kościoła katolickiego, definiując uczynki miłosierdzia względem duszy, na pierwszym miejscu wymienia upominanie grzeszących, na drugim – pouczanie nieumiejętnych. Znoszenie krzywd i darowanie uraz są dopiero na końcu tej listy.

„A ty jesteś bez grzechu?”

Bp Napierała w swoim słowie do neoprezbiterów i ich rodziców oparł się na opowieści o spotkaniu Jezusa z cudzołożnicą, którą faryzeusze chcieli ukamienować. Broniąc księży – przed atakami, oskarżeniami? – konfrontował słuchaczy z pytaniem, jakie stawiał również Jezus: „A ty jesteś bez grzechu?”.

Chrystus rzeczywiście tak pytał, kiedy stanęła przed nim kobieta, która łamała Prawo i skrzywdziła siebie tak mocno, że nie potrafiła już uwierzyć w swoją godność. Kobieta, która sama sobie nie umiała wybaczyć i spojrzeć na siebie oczami Boga. Kamienować przyszli ją zaś ci, którym albo była obojętna – ot, każdy motyw jest dobry, żeby udowodnić swoje bycie lepszym – albo wręcz ci, którzy stali się współwinni grzechu, wcześniej korzystając z ciała pochwyconej. To ich pytał: „A wy jesteście bez winy?”.

Zależy mi na Kościele, ale czy to znaczy, że muszę milczeć w obliczu zła? Bóg nie może chcieć takiej wierności – musiałby być Bogiem okrutnym

W Ewangelii to nie skrzywdzeni przez cudzołożnicę oskarżali ją. To nie oni domagali się sprawiedliwości. To nie ich krzyk Jezus uciszał, lecz oburzenie współwinnych. Ten sam Jezus mówił przecież: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”. Powtarzał, że jeśliby kto miał być zgorszeniem dla maluczkich lepiej byłoby, żeby uwiesił sobie kamień młyński u szyi. W żadnym miejscu Ewangelii nie znajdziemy Jezusowego uciszania skrzywdzonych, zranionych, zgorszonych ani Jego pytania o ich własne winy.

Poza tym, to Jezus pytał oskarżycieli o grzechy, nie cudzołożnicę. Proszę sobie wyobrazić, jaki niesmak mielibyśmy, gdyby to owa kobieta stanęła wyprostowana, z cynicznym uśmiechem spojrzała kamienującym w oczy, odrzuciła teatralnym gestem splątane włosy i zapytała: „A wy co? Bez grzechu jesteście?”. Prawda, że to byłaby zupełnie inna opowieść? Wcale nie o Bożym miłosierdziu, ale o dumnej, bezczelnej wręcz osobie, która nie rozumiała zła, jakie się dokonało.

Odwoływanie się do tej perykopy w obronie księży oskarżanych o pedofilię, w obronie biskupów ukrywających przestępców jest więc manipulacją. Instrumentalnym posługiwaniem się Słowem Bożym, które nie odkrywa prawdy, a pozwala tylko udowodnić własne racje.

Wolę wierzyć w dramat sumienia biskupa Napierały, który zrównał słabości ze zbrodniami – niż w to, że kierował swoje słowa do kolegów biskupów w przekonaniu, iż wszyscy mają na sumieniu taką samą winę, więc jakim prawem oskarżają jednego

„A wy jesteście bez winy?” użyte inaczej niż w ewangelicznym kontekście to knebel, którym można zamknąć usta każdemu człowiekowi. Bo jakie mamy prawo oskarżać Niemców o Holokaust, skoro my sami żyliśmy podczas wojny bez ślubu, na kocią łapę? Czy jesteśmy bez winy? Jakie prawo dzwonić po policję i szukać zabójcy ma ten, kto będąc katolikiem w piątek zjadł kanapkę z kiełbasą? Jest niewinny? Nie jest. Więc niech sam milczy.

W sumie wolę chyba wierzyć w dramat sumienia biskupa, który tak właśnie rozumuje i który łatwo zrównał słabości ze zbrodniami, uciszając skrzywdzonych – niż w to, że kierował te słowa do swoich kolegów biskupów w przekonaniu lub wiedzy, iż wszyscy mają na sumieniu taką samą winę, więc jakim prawem oskarżają jednego…

Jakiekolwiek były intencje mówcy, jego słowa to po prostu sugerowanie współudziału, rozmywanie winy i rozszerzanie jej na innych.

Dla czyjego dobra?

Przykładów tez, które choć mają w sobie prawdę, to użyte w niewłaściwym kontekście stają się emocjonalnym szantażem czy manipulacją, jest w przestrzeni Kościoła więcej.

Słyszymy: „Milczmy dla dobra wszystkich” – jeśli mamy na myśli dobro własne i dobro instytucji, choćby za cenę ponownego ranienia skrzywdzonych już wcześniej ofiar, które czują się zlekceważone, których cierpienie zostało przez nas uznane za nieważne.

Słyszymy: „A co Pan Jezus na to powie?” – z sugestią, że stanie oczywiście po stronie pytającego. Jezus już powiedział wszystko, co nam do zbawienia potrzebne i wszystko co do joty zapisane jest w Ewangelii.

Słyszymy: „Zostawmy to Panu Bogu” – tam, gdzie ktoś próbuje nam po prostu powiedzieć: „Odczepcie się ode mnie”.

Modlitwa jest rzeczą ważną i piękną. Zbyt ważną i piękną, żeby jej polecenie brzmiało w uszach świata jak pobożno-kościelna wersja wulgarnego „spier…”

Słyszymy, że sakramenty sprawowane przez najbardziej nawet grzesznego kapłana pozostają ważne. I to prawda! Tylko że jest to prawda służąca wiernym, żeby nie byli przez grzech księdza narażeni na brak łaski – a nie pozwalająca księżom usprawiedliwiać swoje własne winy. A tak niestety wybrzmiewa z kontekstu biskupiej homilii.

Słyszymy „o świętym Kościele grzesznych ludzi”. I to również prawdziwe sformułowanie! Ale podłością jest używanie go, żeby móc rozłożyć ręce i powiedzieć: „Cóż mogę? Niech grzech się pleni, niech nas zżera od środka, on zawsze będzie i być musi”.

Słyszymy, że Kościół jest naszą matką, a o matce nie mówi się źle. I w tym również jest jakaś prawda. Ale ona nie oznacza, że jeśli matka zabije połowę dzieci i zakopie je w piwnicy, reszta nie powinna zgłosić tego na policję. Nie oznacza, że jeśli matka jest alkoholiczką, dobre dziecko przynosić jej powinno alkohol i podtrzymywać włosy, żeby nie pobrudziła ich sobie przy ubikacji. Kościół jest naszą matką, a o matkę się dba: żeby była dobra, piękna, mądra, i żeby nie było powodu się za nią wstydzić.

Jest jeszcze jeden rodzaj emocjonalnego szantażu, szczególnie obrzydliwy. Wtedy, kiedy ktoś, kto nie chce z nami rozmawiać, kto nas ignoruje, kto ucieka przed niewygodnymi pytaniami, kto zwyczajnie lekceważy nas, nasze pytania i wątpliwości – rzuca tylko krótkie: „Niech się pan lepiej pomodli”. A potem odwraca się od nas na pięcie.

To prawda, że sakramenty sprawowane przez najbardziej nawet grzesznego kapłana pozostają ważne. Tylko że ta prawda nie ma służyć biskupowi do usprawiedliwiania win duchownych

Modlitwa jest rzeczą ważną i piękną. Zbyt ważną i piękną, żeby czynić z niej broń przeciwko drugiemu człowiekowi. Zbyt ważną, żeby polecenie modlitwy brzmiało w uszach świata jak pobożno-kościelna wersja wulgarnego „spier…”. Przepraszam za dosłowność, ale tak to niestety wygląda. I tak świat odbiera to, co powinno być pięknym słusznym wskazaniem: bo dostał te słowa nie jako dar dla serca, ale jako policzek na odczepne. I robią to nam nasi biskupi.

To nie jest nauczanie Kościoła. To są, powtórzmy raz jeszcze, szantaże i manipulacje, którym nie musimy – którym nie powinniśmy wręcz – ulegać. Wymaga to pracy nad sobą: wiedzy, krytycznego myślenia, samodzielnego wracania wciąż i wciąż do Ewangelii, żeby nie tyle same słowa Jezusa usłyszeć i używać, ale żeby je rozumieć. Ale tylko w ten sposób będziemy tacy, jakimi chciał nas Jezus: nie zaszantażowanymi niewolnikami, ale wolnymi córkami i synami Ojca.

Przeczytaj też tekst prof. Stefana Swieżawskiego „Miłość Kościoła, krytyka Kościoła”.

Zranieni w Kościele