Chcą, żeby było „po ludzku”, a na sali nie ma ani jednej kobiety. I oni wystrojeni w szaty, które mnie przypominają o sprawcy – wspomina pani Monika.

Za trzy dni minie dokładnie rok od dnia (27 maja 2019 r.), w którym nuncjatura apostolska w Warszawie otrzymała pismo zaadresowane do papieża Franciszka z korespondencją zawierającą świadectwo o molestowaniu seksualnym ze strony urzędującego polskiego biskupa wobec piętnastolatki, z której rodziną był zaprzyjaźniony. Tego samego dnia zawiadomienie zostało przesłane do Watykanu – gdzie ugrzęzło (szczegółową historię przebiegu sprawy przedstawiłem w specjalnym kalendarium).

Dopiero cztery miesiące później, we wrześniu 2019 r., Kongregacja Nauki Wiary podjęła decyzję o wszczęciu w tej sprawie dochodzenia wstępnego. Musiały minąć kolejne cztery miesiące, żeby kobieta zgłaszająca swoją krzywdę otrzymała od organów kościelnych jakąkolwiek informację. Dopiero 10 stycznia 2020 r. nuncjatura wysłała pismo informujące o wszczęciu dochodzenia wstępnego i zapraszające panią Monikę (takim zmienionym imieniem nazwał ją autor reportażu na ten temat, Marcin Wójcik, więc niech tak zostanie) na wysłuchanie w warszawskim gmachu nuncjatury.

„Przesłuchanie” zamiast „życzliwego wysłuchania”

Wczoraj upłynęły dokładnie cztery miesiące od daty tego spotkania. Sami urzędnicy nuncjatury nazwali je w protokole przesłuchaniem – choć przepisy kościelne mówią w takiej sytuacji o „życzliwym wysłuchaniu”, a nie o przesłuchiwaniu.

Według polskich kościelnych wytycznych osoba lub komisja przyjmująca zgłoszenie nadużycia seksualnego „ma zapewnić maksymalne poczucie bezpieczeństwa, okazać wolę życzliwego wysłuchania i przyjęcia prawdy oraz upewnić w przekonaniu, że osoby, ujawniając swoje cierpienie, pomagają też Kościołowi w przywróceniu naruszonego ładu moralnego”. Piękna teoria – a jak to wyglądało w tym przypadku?

Relacja z bp. Szkodoniem absolutnie zaburzyła mój obraz Boga. Powstało we mnie wrażenie, że Bóg może chcieć krzywdy dziecka, żeby sprawić radość takiemu świętemu człowiekowi

Wydaje się, że komisja w nuncjaturze powinna była postępować pod tym względem wzorcowo. Przede wszystkim dlatego, że jej członkowie byli w istocie wobec osoby zgłaszającej nadużycie bezpośrednimi przedstawicielami papieża Franciszka. Po drugie dlatego, że pierwszy raz w Polsce osobą oskarżoną o molestowanie seksualne małoletniej dziewczyny był urzędujący biskup (Jan Szkodoń, biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej), a oskarżenia dotyczyły okresu, gdy pełnił on swoją biskupią posługę.

Wreszcie działo się to w Polsce w styczniu 2020 r., już po tym jak w poprzednich latach wielokrotnie w dyskusjach publicznych – tak samo jak w wewnętrznych kościelnych szkoleniach – wskazywano na elementarne błędy powtarzane przez przyjmujących zgłoszenia i uczono ich wrażliwości. Można więc było domniemywać, że do tak istotnej rozmowy nuncjusz apostolski wydeleguje osoby nie tylko kompetentne i wnikliwe, ale też najbardziej wrażliwe i subtelne.

Jak to wyglądało z perspektywy – mówiąc językiem kościelnych dokumentów – „osoby zgłaszającej nadużycie seksualne”? Jestem w posiadaniu niezwykłego dokumentu. Wracając do domu – bezpośrednio po wizycie w nuncjaturze apostolskiej, wieczorem 23 stycznia 2020 r. – pani Monika sporządziła notatkę z tego spotkania. Chciała w ten sposób zapamiętać swoje doświadczenia i emocje – przede wszystkim żal i ból. Żal – bo było to doświadczenie odrzucenia, niezrozumienia i niezainteresowania ze strony Kościoła. Ból był zaś ogromny – bo to przecież jej Kościół, a ona w takim Kościele jak ten być nie potrafi.

Niech dalej przemówią ten żal i ten ból.

Zmasowanie ich „męskiej dyplomacji”

„Miałam wrażenie jakiegoś przedstawienia teatralnego, w którym wszyscy biegają wokół nas, ale nikt zasadniczo nie patrzy nam w oczy, nie rozmawia z nami normalnie. Ksiądz szybko odwraca wzrok, kiedy na niego patrzę, a początkowa mowa pana mecenasa, żebyśmy rozmawiali po ludzku i że «traktują mnie z najwyższym szacunkiem i czcią» brzmiała tak bardzo nienaturalnie w stosunku do mowy ciała tego człowieka.

A w zasadzie dlaczego mieliby mnie w ogóle traktować ze czcią? Przecież cześć oddaje się Bogu, nie człowiekowi, a przed chwilą chcieli, abyśmy rozmawiali «po ludzku»… Zagadka? Zagalopował się pan mecenas.

Nie pytali, jak ja się mam teraz po tym doświadczeniu, albo jak mam się z Bogiem, czego potrzebuję. Za to pojawiły się podszyte lękiem pytania o to, czego oczekiwać mogę od Kościoła

Pytania w porządku, odpowiedzi szybkie. Tylko ta cała oprawa! W sumie było sześciu księży z nuncjuszem na czele, potem wychodzi on i jego sekretarz, przesłuchiwać mnie ma właśnie owych pięciu mężczyzn (w tym jeden świecki prawnik) – a pierwsze pytanie, które pada, dotyczy dokładnego opisu czynów zarzucanych biskupowi.

To jakaś totalna pomyłka chyba. Chcą, żeby było «po ludzku», a na sali nie ma ani jednej kobiety. Oni wystrojeni w szaty, które mnie przypominają o sprawcy… I pierwsza rzecz, od której – swobodnie i «po ludzku» – ja, kobieta, mam z nimi rozmawiać, to właśnie dokładny opis czynów!

Nikt poza moim adwokatem nie pyta, jak się czuję, czy wszystko jest w porządku, czy czegoś nie potrzebuję w związku z tą sytuacją, czy daję radę. Tyle tego typu spraw mają, a nie ma w nich w ogóle wyczucia, jak w takich sytuacjach postępować. Gdybym miała być tam sama, to po prostu zmasowanie ich «męskiej dyplomacji» byłoby wtórnie traumatyzujące.

O co nie pytali

Jedyne ożywienie – już poza protokołem – dotyczyło tego, jakie mam oczekiwania wobec sprawy. I zachęty, żeby z publikacją w «Gazecie Wyborczej» poczekać, przemyśleć, nie robić tego, że to może być przedwczesne, że przecież domniemanie niewinności i że może być pozew przeciwko mnie, bo biskup może być niewinny.

Nie pytali, jak ja się mam teraz po tym doświadczeniu, albo jak mam się z Bogiem, czego potrzebuję, w czym można mnie wesprzeć, tak «po ludzku po prostu», jak na wstępie mówili. Nie, o tym nie było ani słowa. Za to pojawiły się podszyte lękiem pytania o to, czego oczekiwać mogę od Kościoła.

Ja nie wiem, kto ich tej dyplomacji uczy i tego, jak być po ludzku z drugim człowiekiem, jak wcielać w życie zasady miłosierdzia wobec bliźniego i jak dbać faktycznie o święty Kościół powszechny. Kurczę, ja jestem jego częścią! Wciąż walczę, aby w nim być i – mimo doświadczanego wykluczenia, mimo samotności w tym Kościele, mimo tego wszystkiego, czego doświadczyłam od księdza biskupa – wciąż jestem. 

Papież w złotych ramach

A dziś, kiedy ten oficjalny Kościół na terenie swojej dyplomatycznej placówki mnie przyjmuje «ze czcią i godnością», ja się czuję jak intruz w tym obcym świecie. Bo ten Kościół – w osobach swoich przedstawicieli – nie jest zainteresowany mną jako osobą tak boleśnie doświadczoną z jego strony, lecz w rzeczy samej troszczy się jedynie o swoje dobro i bezpieczeństwo.

Mówił, że jestem dla niego prezentem od Pana Boga. Byłam dla niego niespodzianką od Boga, który pokazywał mu, jak bardzo go kocha

Nie padło ani jedno słowo, ani jedno stwierdzenie, ani jedno pytanie, które miałoby zabezpieczyć i zatroszczyć się o mnie. Nic. Nawet, czy udało mi się wziąć wolne na dziś w pracy, czy nie poniosłam nadmiernych wydatków związanych z dojazdem do nich. Nic. Oczywiście że nic od nich nie chcę, ale po prostu ręce opadają, jaką oni żywią ignorancję wobec innych, wobec ludzi żyjących w normalnym świecie.

Sytuację domyka obraz papieża Franciszka oprawiony w ogromne złote ramy – tak nienaturalny w aspekcie jego osoby i nauki, a tak wspaniale korespondujący z ich patosem. I ze schodzącym swobodnie po schodach zza kotar nuncjuszem w cywilnym ubraniu, który – zobaczywszy, że jeszcze stoimy w holu – w przerażeniu po prostu chciał uciekać,  wycofać się, zniknąć, po czym szybko czmychnął, jakbyśmy co najmniej zobaczyli go nagiego.

Abstrakcja. To nie mój Kościół, z pewnością nie mój”.

Zamykany klucz w drzwiach

Podczas przesłuchania w nuncjaturze pani Monika miała do czynienia wyłącznie z prawnikami – księżmi i świeckim radcą prawnym. Interesowały ich przede wszystkim procedury, jakie mieli do wypełnienia, pytania, jakie im przysłano z Watykanu oraz instytucja, którą reprezentowali i mieli chronić. Nie konkretny człowiek. Nie ona i jej relacja z Bogiem po przedstawionym doświadczeniu.

W końcu jednak spytali ją, czy chce coś dodać. Taki wymóg przesłuchania… Wtedy udało się jej powiedzieć coś ważnego o wpływie doświadczeń z biskupem Szkodoniem na jej wiarę. Te słowa znalazły się nawet w protokole przesłuchania.

Nie spytali nawet, czy nie poniosłam nadmiernych wydatków związanych z dojazdem. Nic. Oczywiście że nic od nich nie chcę, ale po prostu ręce opadają, jaką oni żywią ignorancję wobec ludzi żyjących w normalnym świecie

„Najbardziej bolesne dla mnie jest to, że relacja z księdzem biskupem absolutnie zaburzyła mój obraz Boga. Byłam dziewczyną zakochaną w Bogu, zaangażowaną w różne formy aktywności religijnej. Tymczasem od niego wielokrotnie słyszałam, że jestem wysłannikiem Pana Boga dla niego. Wiele razy powtarzał mi: «Zobacz, jak można zrobić krzywdę kapłanowi… Dziecko potrzebuje czułości, przychodzi do kapłana, a potem tak łatwo można go zniszczyć».

Ten jego klucz w drzwiach – zamykanych, kiedy do niego wchodziłam… Powstało we mnie wrażenie, że Bóg może chcieć krzywdy dziecka, żeby sprawić radość takiemu świętemu człowiekowi… To wszystko zaburzyło mój obraz Boga”.

Byłam dla niego niespodzianką od Boga

Czytam te słowa z protokołu przesłuchania w nuncjaturze i usiłuję wniknąć w bolesną duchową rzeczywistość, którą one – zapisane bardziej suchym, skrótowym językiem – wyrażają. Proszę nieśmiało panią Monikę o rozwinięcie dwóch kwestii.

Skąd ten tekst o krzywdzeniu kapłanów przez dzieci, którym brakuje czułości?

– „Ksiądz biskup często powtarzał przy mnie te słowa, kiedy pojawiały się rozmowy na temat duchownych, których ktoś posądził o nadużycia wobec dzieci. A jednocześnie to był dla mnie rodzaj utknięcia w tej relacji. W jaki bowiem sposób ja – wierna Bogu dziewczyna – mogę sprzeciwić się czemuś, co On robi dla swojego świętego kapłana? Przecież to musi być dobre – myślałam – jeśli On tego chce, a biskup to potwierdza”.

Byłam dziewczyną zakochaną w Bogu, zaangażowaną w różne formy aktywności religijnej. Tymczasem od niego wielokrotnie słyszałam, że jestem wysłannikiem Pana Boga dla niego

A co znaczą słowa o byciu „wysłannikiem Boga dla niego”?

– „Mówił, że jestem dla niego «prezentem od Pana Boga», że w ten sposób mogę zobaczyć, jaki Bóg jest dobry, że jemu mnie posyła, że tak okazuje mu swoją czułość i miłość. Słyszałam też: «jaką niespodziankę Bóg mi zrobił, dając mi Ciebie». Byłam dla niego niespodzianką od Boga, który pokazywał mu, jak bardzo go kocha”.

A czas płynie

Takiej opowieści nie umiem traktować obojętnie. Nie potrafię też uznać jej za niewiarygodną. Czuć autentyzm tych emocji.

Z dziennikarskiego obowiązku powinienem jednak porozmawiać z tzw. drugą stroną. Niestety, nie jest możliwe nawiązanie jakiegokolwiek kontaktu z bp. Janem Szkodoniem.

Od wypowiedzi konsekwentnie uchyla się także obecny metropolita krakowski, abp Marek Jędraszewski. Do tej pory ani słowem nie wypowiedział się na temat sprawy swego biskupa pomocniczego. 19 lutego br. poprosiłem o możliwość przeprowadzenia wywiadu z abp. Jędraszewskim. Dyrektor Biura Prasowego Archidiecezji Krakowskiej błyskawicznie odpowiedział: „W najbliższy poniedziałek będę konsultował z Metropolitą wszystkie prośby o wywiad, które wpłynęły w ostatnim czasie. Przedstawię Księdzu Arcybiskupowi również prośbę Pana redaktora i skontaktuję się z Panem w godzinach popołudniowych”. Od tego czasu minęło już 14 poniedziałków. Przypominałem się kilkakrotnie. Odpowiedzi brak.

Do pani Moniki przyszło w tym czasie tylko jedno pismo: informacja z nuncjatury, datowana na 12 marca 2020 r.  Radca prawny Mikołaj Drozdowicz zawiadamiał w nim, że „Nuncjatura przekazała komplet materiałów sprawy do kompetentnych organów Stolicy Apostolskiej”. A także informował: „Biskup Jan Szkodoń na czas trwającego postępowania nie będzie sprawował posługi biskupiej”.

I tyle. A od zgłoszenia sprawy mija właśnie okrągły rok… Ciąg dalszy nastąpi?