Każdy z mojego pokolenia spotkał w swoim życiu przynajmniej dwóch takich księży – pisze Zuza.

16 maja opublikowaliśmy tekst „Jak się bawię w chowanego” Moniki Białkowskiej, komentarz po obejrzeniu „Zabawy w chowanego” Tomasza i Marka Sekielskich. Artykuł spotkał się on z szerokim odzewem czytelników, którzy w komentarzach dzielili się doświadczeniami z funkcjonowania w Kościele. Postanowiliśmy przytoczyć kilka z nich.

Anna opowiada, jak po kilku latach przerwy poszła na pielgrzymkę. „Z racji zawodu byłam w grupie medycznej. Po kilku dniach kilka osób zaczęło chorować. Wymioty, wysoka gorączka. Mimo mojej interwencji nikt bardzo się tym nie przejął. Dziewczyna, która bardzo źle się czuła, została zwieziona przez sanitarkę i zostawiona sama sobie. Po dotarciu na nocleg podłączyłam kilka kroplówek ludziom, którzy ledwo żyli i zadzwoniłam już kolejny raz po lekarza, który nie bardzo odnajdywał się w tej sytuacji. Po zbadaniu stwierdził że nic się nie dzieje i do jutra będzie lepiej. Nie byłam w stanie tego słuchać. Zrobiłam awanturę (nie było to przesadzone, jestem pielęgniarką pracującą na OIOM) i powiedziałam, że dzwonię po karetkę. Usłyszałam od swojego proboszcza, pytanie: «Czy jestem wstanie wziąć na siebie odpowiedzialność za to, że jutro nas obsmarują w gazecie bo przecież zakażenie na pielgrzymce?». Byłam w szoku. Jeszcze tego samego dnia z drugim księdzem przekazaliśmy osoby chore rodzinom. Następnego dnia wróciłam do domu. Raczej się już nie wybiorę”.

Swoim wspomnieniem dzieli się także Janusz: „Przed laty byłem świadkiem spotkania dwóch kolegów, księży z jednego roku. Ucałowali się na przywitanie, a w trakcie kolacji, przy większej ilości alkoholu, trzymali się za ręce i zwracali się do siebie: ty głupia, ty idiotko. Okazało się, że to rezultat seminaryjnego wychowania. Rektor tak zwracał się do ulubionych alumnów, spacerował z nimi trzymając ich za ręce”. Co się z nimi stało? „Rektor został biskupem w niewielkiej diecezji, później awansował. Do dziś przechodzą mnie dreszcze na wspomnienie tamtego wieczoru. Jeden z tych księży już nie żyje, drugi jest profesorem na wydziale teologicznym wyższej uczelni. Chodzi dumnie w procesji wystrojony w kanonickie fiolety i uśmiecha się do ludzi. Takiego go pamiętam, takiego widzę go dziś i mimo upływu lat nie chcę wracać do tych obrazów. A to też jest twarz polskiego Kościoła. Jak daleko stąd do ewangelii. Mamy procedury – i co ? I nic…” – dopowiada.

Zuza przyznaje, że pokazana w filmie Sekielskich historia wykorzystywania trzech chłopców przez księdza przeraża ją i „przyprawia o wymioty”. „My w czasie, kiedy takie rzeczy się działy, byliśmy dziećmi. Nie wiedzieliśmy co się wyprawia. Każdy z mojego pokolenia spotkał w swoim życiu przynajmniej dwóch księży ocierających się o takie zachowania albo wręcz się do nas przystawiających. Opowiadaliśmy rodzicom, co ksiądz wyprawia na religii – opowiada przez cały rok o tym, jak bronić się przed gwałtem; obmacuje dziewczęta pod pretekstem badania pracy przepony; na spowiedzi wypytuje czy oglądaliśmy się nago w lustrze – a rodzice nic. Nic. Dalej kazali nam chodzić do spowiedzi, rodzice dzisiejszym małoletnim wciąż każą” – zauważa.

„Pochodzę z katolickiej rodziny, moja babcia, która mnie ukształtowała, była bardziej konserwatywna. Chodziłam z nią na msze, potem trafiłam do oazy, chodziłam na pielgrzymki…” – opowiada z kolei Marysia. „Księża w moim rozumieniu byli święci, najlepsi, najmądrzejsi, bez skazy. Dopiero teraz, jako dorosła kobieta, zaczynam pewne rzeczy rozumieć. Historie o opiekunie ministrantów, z którym żaden z chłopców nie chciał być w pokoju, niejasne damsko-męskie relacje, pogubieni klerycy, których matki pchały do kapłaństwa, mimo że się zakochiwali w koleżankach z kościelnych wspólnot… Tak bardzo mnie to boli… I boli mnie też poczucie wyższości, które w nas, młodych adeptach oazowych, budowano. Że to my jesteśmy ci lepsi, bardziej wartościowi od tego zepsutego, grzesznego świata. Tak, byłam wtedy świętsza od papieża, patrzyłam z pogardą na niewierzących znajomych. Jak bardzo się teraz tego wstydzę…” – wyznaje.

Inny czytelnik, Marek M., przyznaje, że do kościoła chodzi regularnie, ale najczęściej nie do swego. „Między innymi dlatego, że mój proboszcz mnie zraził. Bo lubi potakiwaczy, jest nadmiernie konserwatywny, autokratyczny, nie umie mówić o finansach, nie chce od lat wprowadzić wieczornej mszy… Mój proboszcz ma dobre układy w kurii, jest kolegą biskupa, dziekanem, kustoszem naszego sanktuarium. Nie mogę mu powiedzieć tego, co myślę (próbowałem, co najmniej dwukrotnie, i nic z tego nie wyszło)” – wyjaśnia. „Obawiam się, że większość księży nic nie powie swoim wiernym na temat najnowszego filmu Sekielskich (tak było i z poprzednim filmem). A powinni, powinni zachęcić do jego obejrzenia, zmierzenia się z gorzką prawdą. Powinni o tym rozmawiać, głosić kazania i rekolekcyjne konferencje. Ale dla nich lepiej, gdy wierni nie wiedzą, nie pytają, nie krytykują… Moja mama, teściowa i rzesze pań w średnim i starszym wieku powiedzą, gdy usłyszą coś o filmie Sekielskich (bo raczej go nie obejrzą): «Cicho, cicho… Co ty wygadujesz?… Boże, tak nie można! ». Tak było w sprawie abp. Paetza, ks. Jankowskiego, tak jest w przypadku abp. Głódzia czy o. Rydzyka. Bo stanu kapłańskiego nie można krytykować! I to większości kleru odpowiada. Cisza, brak reakcji, brak dialogu… Bo może powiedzą coś przykrego, zadadzą za trudne pytanie… «Oni », tak kiedyś o swoich parafianach mówił wspomniany wyżej mój proboszcz w rozmowie ze mną o problemach parafii. Kilkukrotnie użył tej formy” – pisze.

Barbara swoją opowieścią zwraca natomiast uwagę, że problem przemocy nie dotyczy tylko przestrzeni Kościoła. „Od razu mam przed oczami obraz nauczyciela w szkole muzycznej, który znęcał się psychicznie nad swoimi uczniami, a kiedy nie panował nad sobą – posuwał się do bicia. Byliśmy poniżani na każdej lekcji. Obrażał nas, nasze rodziny, wmawiał nam, że nic nie umiemy, wyrzucał z lekcji…” – wspomina. Jak reagowała na to dyrekcja szkoły? Mówieniem: „wiemy, że Profesor ma swoje metody”, „Ostrzegamy rodziców, z czym mogą spotkać się na lekcjach”. Autorka wpisu od psycholog współpracującej z placówką usłyszała: „Skoro nie chce Pani ujawnić swojego imienia i nazwiska, nie będę badała tej sprawy. Bo to tak, jakby jej nie było”.

DJ

Zranieni w Kościele