Gdybyśmy pozwolili na szczerość i autentyzm w wewnątrzkościelnych relacjach księża-świeccy – żylibyśmy w lepszym Kościele i w lepszym świecie.

„Reforma struktur nic nie zmieni. Nie zmienią niczego zarządzenia i dekrety. Nie zmienią niczego nowe nazwiska, zmiany na stanowiskach, coraz to nowe szkolenia i prawa. Próbowaliśmy to zrobić, a Sekielski powiedział nam: «sprawdzam». Nauczeni, że jesteśmy ponad prawem i że co nam mogą zrobić – polegliśmy” – pisze na naszych łamach Monika Białkowska w swoim poruszającym, trafiającym w samo sedno tekście. I dodaje: „Korporacja jest w nas”.

Od wczoraj mówimy – publicyści, ale i pewnie wszyscy widzowie – zgodnie: bp Edward Janiak (od premiery dokumentu można już używać nazwisk) do dymisji! Słusznie. Choć, jak pokazuje bezduszny komunikat kaliskiej kurii, on sam nie przyzna się do rażących zaniedbań, a młyny watykańskie mogą mielić powoli, to jednak utrata przez niego stanowiska nie jest aż tak bardzo nieprawdopodobna. Sprawa stała się publiczna, jest ewidentna i zostanie zgłoszona do Watykanu przez delegata KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży, jak ten zapowiedział w sobotę rano (to zresztą warte odnotowania novum, że jeden polski biskup występuje przeciwko drugiemu w obronie pokrzywdzonych).

Smutek i bezradność

Tyle że i tak w tym żądaniu dymisji są pewne „ale”. Po pierwsze – co znaczą kościelne kary wobec tak poważnych przestępstw jak tuszowanie pedofilii (w tym przypadku wykorzystywanie dotyczyło nawet 8-latka!)? Dymisja miałaby oczywiście wielkie znaczenie symboliczne. Zrozumiałe jest jednak dziś oczekiwanie nie tylko na kary kanoniczne, lecz także na to, że przedstawiciele Kościoła – jeśli popełnili przestępstwo – odpowiedzą za nie przed świeckim sądem.

Po drugie (wiedzą o tym wszyscy, którzy choć trochę znają wewnątrzkościelne układy) – Janiak to płotka, a mechanizm obrony instytucji, który on uparcie i bezczelnie stosował, działa również na znacznie wyższych szczeblach episkopatu.

Z funkcjonowaniem w Kościele i pisaniem o nim jest tak właśnie, jak smutno zauważa cytowana dziennikarka „Przewodnika Katolickiego”. Mało rzeczy nas już gorszy. Dowiadując się o kolejnych zbrodniach, o bucie i bezkarności kleru, uśmiechamy się smutno i bezradnie. Jesteśmy oburzeni, ale nie zdziwieni. Przytakujemy na te historie porozumiewawczo: „no tak, to możliwe; to powszechne; o, to aż tak?!; no… znam nawet gorsze zachowania”. Wiemy, że czołowi polscy biskupi sami są skompromitowani co najmniej korporacyjną solidarnością, tchórzostwem i tym, czego nie zrobili, a ci pojedynczy empatyczni, którzy chcą zmian (jak wspomniany już abp Polak, delegat i prymas), pozostają bezsilni w zderzeniu z betonem kolegów. Może już czas, by ktoś napisał nową wersję „Oskarżam” Emila Zoli, dotyczącą polskich hierarchów, bardziej precyzyjną i konkretną niż świetne skądinąd teksty o. Ludwika Wiśniewskiego? Ktoś inny powie, że w Kościele są dobrzy, mądrzy, ludzcy księża i biskupi – sam znam kilku – ale wydaje mi się, że oni pozostają tacy nie dzięki kościelnej instytucji, lecz raczej pomimo niej.

Najgorsze w tej dziedzinie są hipokryzja i obietnice bez pokrycia

Zamieniłem w piątek przez Facebooka raptem kilka zdań z jednym z pozytywnych bohaterów „Zabawy w chowanego”, który zdecydował się w niej opowiedzieć swoją historię, wypowiedzieć ból i traumę. Wyraził nadzieję, że „tym razem zmiany w Kościele będą miały charakter radykalny”. Oby tak było. Tylko zastanówmy się, co to tak naprawdę znaczy w naszych polsko-klerykalnych warunkach.

W Polsce istnieje od wielu lat imponujące przywiązanie ludzi do Kościoła pomimo rozmaitych grzechów i zaniedbań jego sług. Wierni mają przekonanie, że chodzą do kościoła dla Pana Boga, a nie dla księdza. Tylko że pokolenia się zmieniają, granice wytrzymałości przesuwają – i takie podejście może już nie wystarczać do trwania we wspólnocie wiary.

Bo najgorsze w tej dziedzinie są hipokryzja i obietnice bez pokrycia. W Irlandii katolicy w reakcji na takie postawy księży i biskupów odwrócili się od Kościoła jako instytucji (w krótkim czasie z kilkudziesięciu procent praktykujących zrobiło się dosłownie kilka). Radykalnie zmieniła się aksjologia irlandzkiego społeczeństwa. Niemożliwe u nas? Jeszcze kilkanaście lat temu takie przestrogi wydawały się formułowane na wyrost. Dziś wystarczy popatrzeć na prezydium polskiego episkopatu, które zachowuje się niczym sternik kierujący łódź na górę lodową. To nie świeccy – nawet ci „wstrętni katolewacy”, którzy „i tak pewnie do kościoła nie chodzą” – ściągną na Kościół w Polsce takie rozwiązanie…

Wszyscy winni, ale jednak inaczej

Nie lubię mówienia, że „wszyscy jesteśmy winni”, jak kończy swój znakomity tekst Białkowska. To slogan, który może uśpić czujność. Bo skoro wszyscy, to czyż tak naprawdę nikt?

A przecież choć wszyscy są winni, to jednak każdy inaczej. W pierwszej kolejności: konkretni biskupi, którzy oczekują przytakiwania, a przez lata zamiast być pasterzami stali się feudalnymi panami, dbającymi głównie o karykaturalnie rozumiane „dobro Kościoła” („nic, co złe, nie może wyjść na zewnątrz”). A świeccy katolicy – i tu już wina jest bardziej powszechna – im na to pozwolili.

W Kościele są dobrzy, mądrzy, ludzcy księża i biskupi – sam znam kilku – ale oni pozostają tacy nie dzięki kościelnej instytucji, lecz raczej pomimo niej

Przez lata formowały się niezdrowe i nieszczere relacje księża-świeccy. Ile to razy słyszałem, nawet w gronie bliskiej rodziny, że dany ksiądz na kazaniu czy podczas kolędy mówił rzeczy po prostu głupie, nieludzkie, zwykłe brednie, do tego zachowywał się grubiańsko, jak obrażony władca – i nie spotykało się to z jakąkolwiek reakcją otoczenia. „No bo to ksiądz”… A bieganie wokół biskupa na oficjalnych uroczystościach czy spotkaniach?

Albo naiwne założenie, że ksiądz mówi zawsze prawdę. Pamiętam rozmowy w domu w kwietniu 2010 roku i dociekania, kto tak naprawdę zorganizował pogrzeb pary prezydenckiej. Ministrowie twierdzili, że propozycja wyszła od kard. Dziwisza – ten, że od nich. „No przecież kardynał nigdy nie kłamie” – w domu stanęło na tym. Koniec, kropka. Żaden przedstawiciel Kościoła nie może przecież tego robić i na pewno nie robi.

Pojawia się też pewna delikatna kwestia. Czy zbrodnie, które wychodzą na jaw, nie każą postawić pytania o społeczne zaufanie do księży w przeszłości i brak jego granic? Oczywiście, że traktowanie każdego duchownego jak potencjalnego seksualnego drapieżcy jest niedopuszczalne i nieludzkie. Tak było kiedyś, tak jest i dzisiaj – ludzie powierzają przedstawicielom Kościoła swoje dzieci choćby na wakacyjne kolonie, rekolekcje, podobnie jak robią to wobec świeckich wychowawców czy harcerzy. Sporo dzieciaków zresztą, tak jak i ja kiedyś, jest ministrantami. Czy jednak zaufanie rodziców wobec księży nie było często wyolbrzymione, wręcz absurdalne? Jak to możliwe, że dany ksiądz brał dziesięciolatka na samotne wczasy? Albo organizował wybranym nastolatkom noclegi w swoim pokoju? Nikomu nie zapaliła się czerwona lampa, bo – no właśnie – „przecież to ksiądz”.

To po co ksiądz przyszedł?

Piszę tu o klerykalnym traktowaniu przedstawicieli Kościoła, nieco śmiesznym, a tak naprawdę niebezpiecznym. Ale przecież sam spędziłem rok w zakonie i wiem, jak patrzyły na nas, zwykłych postulantów, pobożne panie pielgrzymkowe – „aniołki, wybrane przez Boga”. Gorzej, że część z nas serio tak o sobie myślała czy nawet dalej myśli.

Bardziej znacząca jest jednak sytuacja, którą dziś opowiadamy w domu przy stole jako świetną anegdotę. To było w maju, zaraz po mojej maturze. Nasza rodzina trzymała się wtedy dość blisko z księdzem z pobliskiej parafii. Zaproponował, że pojedziemy któregoś popołudnia do Olsztyna do kina (to jakieś 70 km od Bartoszyc) – on i my, trzech braci. Gdy wracaliśmy nocą, najmłodszy, wtedy osiemnastoletni, spał sobie w bagażniku (to był ogromny sharan). Nagle ksiądz wpadł na pomysł, by głupio zablefować. Stanął na poboczu i powiedział, że nie pojedziemy, „bo zapomniał prawka”. Drugi brat też go akurat nie miał (obaj byliśmy trochę zdezorientowani). Gdy kierowca zbudził śpiącego, ten zirytowany (albo szybko domyślił się, że to kolejny irytujący żart naszego opiekuna, albo może zawsze tak zakładał) krzyknął na niego: „Kur…, ale ty jesteś poj…! Nawet mnie nie wkur…, siadaj do tego auta i jedź!”. Ksiądz, wyraźnie zbity z tropu, coś wymamrotał, zamknął bagażnik, grzecznie wrócił na miejsce kierowcy i pojechaliśmy do domu. Następnego dnia poskarżył się naszej Mamie: „Jak on mógł tak do mnie powiedzieć?”. A ta – dobra i mądra – odpowiedziała tylko: „I miał rację. Po co go zaczepiałeś?”.

Prezydium polskiego episkopatu zachowuje się niczym sternik kierujący łódź na górę lodową

Teraz wyobraźmy sobie, że tak jak wtedy mój brat (niekoniecznie w tak wulgarnej formie) i tak jak Mama reagują ludzie na szeroko rozumiane niewłaściwe zachowania księży, na przykład podczas kolędy. Zamiast biegać za nimi z kopertą, udawać głuchych i niemych, po prostu mówią: „Skoro już ksiądz przyszedł odwiedzić nasz dom, to może sobie porozmawiamy poważniej? A, nie ma ksiądz czasu? No to po co ksiądz przyszedł? Po kopertę? Chętnie damy, tylko szczerze porozmawiajmy przez pół godziny. Ale szczerze, zgoda?”. A jeśli i to nie pomoże, kulturalnie wskazują mu drzwi.

Wiem, że „Zabawa w chowanego” mówi nie tylko o tolerowaniu nieznośnej arogancji przedstawicieli kleru, a przede wszystkim o ich zbrodniach rujnujących ludzkie życie. A jednak zanim do nich doszło, w ich trakcie i jeszcze długo potem sprawcy czuli się wyraźnie bezkarni, przekonani, że właściwie wszystko im wolno.

Gdybyśmy pozwolili na szczerość i autentyzm w wewnątrzkościelnych relacjach księża-świeccy – żylibyśmy w lepszym Kościele, w lepszej Polsce i w lepszym świecie. Bez tego co roku będziemy oglądać kolejne części dokumentu Sekielskich, dziwiąc się: „jak TO było możliwe?”. I uciekać od odpowiedzi, bo ta, dotycząca nas samych, będzie zbyt bolesna.

Zranieni w Kościele