Siadam do oglądania „Zabawy w chowanego” zawodowo. Kiedy pada nazwisko Hajdasz, spoglądam niepewnie na mamę, która siedzi obok mnie. – Znajome – mówi niepewnie. Zaczynam drżeć.

Było w domu zdjęcie, które mój młodszy zaledwie o rok brat przechowywał jak relikwię. Na zdjęciu dwóch młodych chłopaków siedzi na trawie pod płotem. Obaj w czarnych podkoszulkach. Wokół nich kilku roześmianych małych chłopców. Zdjęcie gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych brat przywiózł z gór. Pojechali tam gromadą ministrantów na wyjazd, organizowany przez kleryków.

To wtedy nie było nic dziwnego. Ksiądz Wojtyła jeździł w góry ze studentami, klerycy jeździli w góry z ministrantami. Przez wiele lat słyszeliśmy potem w domu: Biker to, Biker tamto. Jakoś właśnie on spośród kleryków najbardziej przypadł ministrantom do serca. Jeździli potem do niego do seminarium w odwiedziny. Relacja się urwała w 1992 r., kiedy diecezja została podzielona i Biker trafił do seminarium sto km dalej. Ale brat wracał do niej wiele lat później we wspomnieniach. Co się z nim dzieje? Co robi? Może by się udało odnowić z nim kontakt? Taki fajny przecież był! Jeszcze zimą przeglądaliśmy internet, bo to przecież niemożliwe, żeby ktoś zapadł się pod ziemię.

Znajome

Siadałam do oglądania „Zabawy w chowanego” zawodowo. Przygotowałam sobie kilka kartek, żeby na gorąco notować wrażenia. Nie sądziłam, że zamiast publicystyki będę musiała napisać świadectwo.

Pierwsze kadry: Kalisz. Znam dobrze to miejsce, przez dwadzieścia lat wydeptywane pieszo na trasie z Gniezna na Jasną Górę. Moszczę się w fotelu wygodnie. Zawsze lepiej oglądać coś bliskiego niż anonimowy Śląsk.

Kolejne minuty. Pleszew. To była kiedyś nasza diecezja. Pamiętam ludzi stamtąd, mieliśmy wtedy po piętnaście lat. Ciekawe, czy będą znali tego księdza? Co powie Agnieszka?

Zobaczyłam swoją patologię: milczącą zgodę na mechanizmy, które niszczą człowieka

Kiedy pada nazwisko Hajdasz, spoglądam niepewnie na mamę, która siedzi obok mnie. – Znajome – mówi niepewnie. Zaczynam drżeć. Moje ciało rzadko aż tak reaguje na emocje. Wystukuję szybko SMS do brata. „Jak nazywał się Biker?”. Ale kiedy pada imię, nie muszę już czekać na odpowiedź. Ksiądz Arkadiusz Hajdasz to właśnie on. Biker, młody kleryk ze zdjęcia, które było w naszym domu jak relikwia. Łapię się na tym, że po twarzy płyną mi łzy.

Nie wiem, jak czytają „Zabawę w chowanego” ludzie, którzy od Kościoła żyją z daleka. Dla mnie film jest trudny, bo pokazuje to wszystko, o czym w gruncie rzeczy wiedziałam. Nie zaskoczyło mnie żadne słowo księdza, żadne zachowanie biskupa czy siostry zakonnej. Tak jest. To jest w Kościele „normalne”. I zobaczyłam swoją patologię: milczącą zgodę na mechanizmy, które niszczą człowieka.

Język komunałów

Mechanizm pierwszy – to język. Pierwsze, co rzuca się w uszy, choć nie najważniejsze. Okrągły, godzący wszystkich ze wszystkimi, który w długich listach pasterskich nie wyraża absolutnie nic. W tym języku wychowywane są kolejne pokolenia kapłanów mówiących bez refleksji i kolejne pokolenia świeckich, łykających bez zdziwienia komunały. Ksiądz Hajdasz mówi: „Mam świadomość swojej grzeszności”. „Walczę ze swoimi słabościami również w tej dziedzinie”. „Szatan szczególnie w nas kapłanach chce zniszczyć to, co Boże”. „Ostatecznie nie my wzajemnie będziemy się sądzili”.

Nie jest jedyny. Nie jest niezwykły. To takie normalne, typowe! Wszystko, byle uniknąć odpowiedzi na pytanie: a ty? Wszystko, byle nie powiedzieć: masz rację, skrzywdziłem cię. Przepraszam. Chcę ponieść za to odpowiedzialność.

„Świadomi swojej grzeszności”, „walczący z pokusami” rozdeptują po drodze ludzkie życia. Ile takich komunałów przełknęłam w życiu? Ilu przytakiwałam ze zrozumieniem, że oczywiście, że tak trzeba? Ile podobnych wpisałam do wywiadów, zamiast przerwać i powiedzieć: nie, to nic nie znaczy? Jesteś ty i jest drugi człowiek i od ciebie zależy, co z nim zrobisz?

Korpolojalność

Mechanizm drugi to korpolojalność. Obraz siostry zakonnej przyznającej, że wiedziała o molestowaniu, a jednocześnie odmawiającej stanięcia po stronie skrzywdzonego jest jednym z najbardziej poruszających momentów filmu. „Andrzejku, co ja mogę?”. „Andrzejku, ja nawet nie mam pozwolenia”. „Nie byłam świadkiem na 100 proc.”.

Skąd wiedziałam, że siostra nie weźmie chłopaka za rękę i nie powie: „Chodź, pójdziemy do biskupa, pójdę z tobą do prokuratora”? Dlaczego to było dla mnie takie oczywiste? Dlaczego zamiast się na nią oburzyć, poczułam współczucie dla jej łez? Dlaczego uwierzyłam w jej bezradność?

Przyznajmy: wiemy, że była bezradna. Ona za wszelką cenę ma pozostać posłuszną. Za wszelką cenę stać po stronie „swoich” i nie kalać własnego gniazda. Za wszelką cenę nauczona jest chronić wizerunek. Nawet, jeśli tą ceną będzie milczenie lub kłamstwo, a owocem skrzywdzenie niewinnych.

Procedury wrażliwości

Mechanizm trzeci to procedury. Uwierzyliśmy, że wystarczy stworzyć odpowiednie przepisy, funkcje i centra, a powoli uda nam się rozwiązać problem. Problem jednak nie na tym polega. Ofiary nie chcą procedur. Chcą, żeby ktoś im spojrzał w oczy. Poświęcił parę minut. Wysłuchał. Powiedział „przepraszam”.

Tak bardzo przestaliśmy żyć Ewangelią, że aż musimy tworzyć procedury, by zachować się przyzwoicie. To dramat Kościoła

Zresztą jak to brzmi! Stworzyliśmy procedury, żeby do człowieka podejść z wrażliwością? Żeby mieć dla niego czas, żeby go nie skrzywdzić, pomóc i wynagrodzić jego krzywdę? Procedury na – miłość?

To jest dramat Kościoła, nie powód do dumy; dramat, którego nie jesteśmy świadomi. Polega on na tym, że tak bardzo przestaliśmy żyć Ewangelią, że aż musimy tworzyć procedury, by zachować się przyzwoicie. Przestaliśmy: z tą prawdą trzeba się zmierzyć. Procedury są protezą na czas rehabilitacji – byle nie zacząć w nie wierzyć, bo to przecież bezpieczniejsze.

Władza feudałów

Czwarty mechanizm to władza biskupów. Władza, która miała być służbą, a zbyt często – nawet mimowolnie – pozostaje panowaniem feudała (w herbie bp Janiak wypisał sobie słowa, brzmiące dziś jak szyderstwo: Oportet servire – trzeba, żebym służył). W krwiobieg Kościoła tak głęboko weszły pałace, sekretarze, kalendarze i wierszyki recytowane przy wizytacjach, że nikomu we wspólnocie diecezjalnej do głowy już nie przyjdzie, żeby któregoś dnia przyjść do biskupa, zadzwonić do drzwi i powiedzieć: „Szczęść Boże, chciałem porozmawiać”. I biskup nie powie: „Dobrze, to ja do pani jutro wpadnę na kawę”. Niemal nikomu do głowy nie przyjdzie też powiedzieć: „Popełnia ksiądz biskup błąd” – a napisanie tego oznacza zakaz wypowiedzi, utratę pracy albo miły przydział na wiejskiej parafii. Wszyscy o tym dobrze wiemy i misternie odliczamy: co, gdzie i na ile możemy sobie pozwolić.

Ofiarami tego mechanizmu są również często sami biskupi. Zamknięty w rezydencji feudał, jeśli jest człowiekiem wrażliwym, pozostanie co najwyżej samotny. Jeśli wrażliwości w nim zabraknie, uwierzy we własną wielkość: stanie się dyktatorem, otoczonym gronem pochlebców. Jeden i drugi tam samo izolowany we własnej bańce informacyjnej, której nikt nie odważy się przerwać i powiedzieć, że zielona trawa na wizytację jest jeszcze mokra od farby. Zachowanie biskupa Janiaka w filmie Sekielskich oburza, ale przyznajmy: nikogo z nas, będących w Kościele nie dziwi. Spotykaliśmy się z podobnym po stokroć. I nie reagowaliśmy – bo jak?

Zachowanie biskupa Janiaka w filmie Sekielskich oburza, ale przyznajmy: nikogo z nas, będących w Kościele nie dziwi

Dymisja biskupa Janiaka – choć wydaje się, że konieczna – nie rozwiąże problemu. On przecież nie jest jedyny. Przynamniej w kilku diecezjach ofiary nadal traktowane są podobnie. System wewnętrznego upominania między biskupami nie działa: każdy ma w swojej diecezji władzę niemal absolutną i nie jest zainteresowany słuchaniem napomnień współbraci w biskupstwie. Zresztą po jednym biskupie przyjdzie następny i nikt nie zadekretuje jego osobistej wrażliwości czy choćby przyzwoitości. Zabawa zacznie się na nowo.

Milczy wróg

Z jednej strony chcę powiedzieć: reforma struktur nic nie zmieni. Nie zmienią niczego zarządzenia i dekrety. Nie zmienią niczego nowe nazwiska, zmiany na stanowiskach, coraz to nowe szkolenia i prawa. Próbowaliśmy to zrobić, a Sekielski powiedział nam „sprawdzam”. Nauczeni, że jesteśmy ponad prawem i że co nam mogą zrobić – polegliśmy.

Korporacja jest w nas. To nawet nie od księży, ale od świeckich co rusz dostaję po głowie – że jak tak można tak wciąż krytykować, podważać autorytet, budzić w ludziach wątpliwości, siać zamęt. Przecież Kościoła trzeba bronić przed wrogiem! To od nich dostają po głowie wszyscy zapaleńcy, którzy jeszcze wierzą, że wyzwoli nas prawda, że ocali nas wiarygodność.

Największy wróg Kościoła czyha w jego wnętrzu. Na zewnątrz świat jest już raczej obojętny: z cynicznym uśmiechem przygląda się, czy zdołamy jeszcze wyjść z tego z twarzą. Największym wrogiem Kościoła są ci, którzy domagają się milczenia, ukrywania, dbania za wszelką cenę o to, jak nas widać na zewnątrz. To dzięki nim świat zobaczy w nas kłamców. To dzięki nim nie uwierzy nam już w nic, nawet w to najważniejsze, co mamy do powiedzenia: że Jezus zmartwychwstał. To dzięki nim, pudrującym wizerunek Kościoła, pudrowany stanie się trupem.

Rozmawiałam kiedyś z onkologiem, opowiadał o swojej pacjentce. Nie chciała rodzinie przyznać się do nowotworu. Chodziła z nim, uśmiechała się i udawała, że nic się nie dzieje. Dzieci wygoniły ją do lekarza, kiedy poczuły, że mama śmierdzi. Najpierw obraziła się na lekarza, który powiedział, że gnijącej piersi nie da się uratować – a potem umarła.

Wszyscy jesteśmy ofiarami

Nie chcę się bawić w chowanego: a czuję, że wciąż muszę. Nawet tu nie napiszę przecież wszystkiego, co wiem. I nikt z nas, ludzi dobrze znających Kościół, wszystkiego co o jego strukturach wie, głośno nie powie. Dlaczego? Nie wiem. Może wierzymy jeszcze, że dobro Kościoła tego nie wymaga. A może również jesteśmy chorzy.

Wiem jedno: wszyscy jesteśmy ofiarami mechanizmów, które są silne w Kościele, a ofiara nie pomoże sobie sama. I to może być dobry moment na wyznanie Kościoła, że dziś, w punkcie, w którym w Polsce się znalazł, sam się nie oczyści.

Wszyscy jesteśmy winni

Wracam do kleryka ze zdjęcia. Tamci chłopcy nie mieli pojęcia, jak blisko nieszczęścia się znaleźli. Pojawili się na chwilę, nie nadawali się na ofiary. On sam zresztą pewnie wierzył wtedy jeszcze, że będzie świętym księdzem. Nie uwierzyłby nikomu, kto by powiedział, że jego kapłaństwo tak się skończy. Ktoś rzuci lekko: zasłużył. A ja oprócz jego bezspornego zła widzę również całą sieć. Poruszyło mnie zdanie, które – w przekonaniu Hajdasza – być może miało go usprawiedliwić. „Ja sam byłem napastowany. Jako dorastający, jako dorosły też”. Psychologowie powiedzą, że tak to może działać. Inni wzruszą ramionami, że zwykła wymówka. Mają rację, ale chcę pytać dalej. Dorosłego księdza nikt nie napastuje. Maturzysta nie jest dorosły.

A ja znam przecież ten świat, który przeprowadził go z młodości w dorosłość. Seminarium. Twarze tych, którzy byli z nim na roku. Tych, którzy byli kilka lat starsi. Twarze profesorów, moderatorów. Znam plotki i wspomnienia jakiegoś trochę młodszego rocznika o głaskaniu po twarzy w windzie, skąd nie było dokąd uciec. Może nikt nic nie wiedział. Może nikt nic nie zrobił. Może to w ogóle nie było tam. Może on wszystko zmyślił. Tysiące nic nie znaczących okruchów skojarzeń – ale i lęk, że staję wobec niewidzialnej sieci, której nici mogą iść dalej i dalej, i plącząc się, zahaczają o mnie.

Ale nie widzę. Nie szukam. Po co mi to wiedzieć. Po co mówić. Jeden winny już jest, możemy spać spokojnie. Korpolojalność. Procedury. Zabawa w chowanego. Wszyscy jesteśmy winni.

Przeczytaj także komentarz Zbigniewa Nosowskiego: Istotny przełom w postawie większości polskich biskupów wobec wykorzystywania seksualnego nastąpi dopiero, gdy polecą głowy. Ten czas właśnie nadszedł

Zranieni w Kościele