Opowiadając całej Polsce nieznaną historię z Kalisza, Tomasz Sekielski – mówiąc pół żartem – zasłużył na medal „Pro Ecclesia et Pontifice”. Film naprawdę wyświadcza Kościołowi wielką przysługę.

Biskup ma już wyraźnie dość tej rozmowy. Wyprasza rozmówców za drzwi. „A czego się pani ode mnie spodziewała?” – pyta z oburzeniem matkę młodego mężczyzny, który kilkanaście lat wcześniej jako dwunastolatek był wykorzystywany seksualnie przez duchownego tej diecezji.

„Żeby nas ksiądz biskup wysłuchał” – odpowiada zdeterminowana kobieta.

„Ojcowskiego przyjęcia” – dodaje jej zdenerwowany mąż. 

Nie doczekali się jednak ani ojcowskiego przyjęcia, ani choćby wysłuchania. Zostali bezceremonialnie wyproszeni. „Kończymy rozmowę, bo to jest kłamstwo” – stanowczo oświadczył im ich biskup, zaprzeczając słowom rodziców, którzy wcześniej usłyszeli od sprawcy, że hierarcha dobrze wie o jego grzechach.

Istotny przełom w postawie większości polskich biskupów wobec wykorzystywania seksualnego nastąpi dopiero, gdy polecą głowy. Ten czas właśnie nadszedł

Rozmówcy biskupa to – jak słychać z przebiegu rozmowy – ludzie głęboko wierzący, dążący jedynie do prawdy i sprawiedliwości. Żeby było po Bożemu. Odbili się jednak o bezduszną ścianę. Hierarcha twierdził – niezgodnie z kościelnymi wytycznymi, które sam przecież współuchwalał jako członek Konferencji Episkopatu Polski – że nie może przyjąć informacji o wykorzystaniu seksualnym od rodziców pokrzywdzonego, lecz domagał się obecności ich syna. 

Jedyne, co im zdążył zapowiedzieć, zanim zdążyli wyjść z kurii, to że odwoła duchownego, o którym mówili, ze sprawowanej funkcji. I owszem, tego słowa dotrzymał. Trzy dni później ksiądz przestał być proboszczem. Tyle że biskup nie rozpoczął badania sprawy i wstępnego dochodzenia kanonicznego. Uznał, że skoro nie zgłosił się pokrzywdzony, to sprawy nie ma.

Sprawca z tyłu głowy

Powyższa historia to główna oś opowieści snutej przez Tomasza Sekielskiego w filmie „Zabawa w chowanego”. Film już miał oficjalną premierę, można więc posługiwać się nazwiskami, które tam padają.

Antybohaterem tej historii jest oczywiście sprawca, ks. Arkadiusz Hajdasz. Nawet pokrzywdzeni deklarują jednak, że jest im go żal (choć coraz mniej, im zwinniej usiłuje on jednak unikać konfrontacji z nimi). Zastanawiają też padające w filmie mimochodem słowa duchownego, że on sam był napastowany („Jako dorastający, jako dorosły też”) – możliwe więc, że w relacjach z dziećmi odtwarzał swoje własne przeżycia, dodawał kolejne ogniwa do długiego łańcucha wykorzystywania, zło jeszcze większym złem poganiał…

Niezbędna jest szybka rezygnacja biskupa kaliskiego, a przynajmniej zawieszenie sprawowania przezeń urzędu do czasu wyjaśnienia sprawy

W najgorszym świetle film stawia jednak biskupa kaliskiego Edwarda Janiaka. Co bowiem działo się dalej, po opisanej wyżej rozmowie, która miała miejsce w marcu 2016 r.? Po rocznej kwarantannie oskarżony duchowny został kapelanem miejscowego szpitala – gdzie miał kontakt także z dziećmi i młodzieżą. Biskupowi to nie przeszkadzało. Co roku towarzyszył księdzu na szpitalnych spotkaniach opłatkowych. Ks. Hajdasz aktywnie działał duszpastersko także poza szpitalem. Przewodniczył pielgrzymkom, koledzy zapraszali go z kazaniami. Wszystko biegło „normalnie”.

Tylko życie skrzywdzonych mężczyzn nie biegło normalnie. Ani ich rodzin. Trzej pokrzywdzeni wprost mówią o głęboko dewastacyjnym wpływie tych wydarzeń na ich życie, Jeden z nich stale czuje przy sobie obecność sprawcy: gdzieś za plecami albo z tyłu głowy („Mam wrażenie, że pójdziemy razem do grobu”). Drugi – jego rodzony młodszy brat, wykorzystywany w wieku 8–10 lat  – opowiada szczerze o swym kryzysie psychicznym (całe szczęście, terapia pomogła mu wyjść na prostą). Wszyscy trzej mają świadomość, że ze względu na swoją sytuację rodzinną byli „rybkami, które najłatwiej da się złowić”.

Nimi się jednak biskup nie przejmował – przecież formalnie dość długo żaden pokrzywdzony nie zgłosił się sam do kurii. Ciekawe, czy hierarcha zastanawiał się, dlaczego akurat do kurii trudniej było im się udać?

Suspensa po trzech latach

Mijały kolejne miesiące i lata. Zawiadomiona została prokuratura, ale ks. Hajdasz nadal gorliwie pełnił posługę szpitalnego kapelana.

Jak udało mi się ustalić (film o tym nie mówi), jeszcze w kwietniu 2019 r. ewidentnie zaburzony w rozwoju psychoseksualnym ksiądz kanonik, wielokrotnie już do tej pory oskarżony, otrzymał z rąk biskupa Janiaka specjalny list gratulacyjny z okazji jubileuszu 25-lecia kapłaństwa. Działo się to – a jakże! – w Wielki Czwartek, po uroczystej Mszy Krzyżma. Dziesięć dni później ks. Hajdasz był opiekunem diecezjalnej pielgrzymki pielęgniarek i położnych do Krakowa w rocznicę beatyfikacji Hanny Chrzanowskiej.

Dopiero 30 maja 2019 r. – ponad trzy lata po pamiętnej „rozmowie” z rodzicami pokrzywdzonego – bp Janiak nałożył na swego kanonika karę suspensy, zakazując mu sprawowania funkcji kapłańskich. W dokumencie napisał, że czyni to „w związku z nowymi okolicznościami w sprawie”. Tak jakby wcześniejsze okoliczności sprawy nie były wystarczające do biskupich działań.

Być może mamy do czynienia także z zakłócaniem postępowania prokuratorskiego przez biskupa

Przypomnijmy wytyczne Konferencji Episkopatu Polski: „Za każdym razem, kiedy ordynariusz otrzymuje wiadomość, przynajmniej prawdopodobną, o przestępstwie, przeprowadza dochodzenie wstępne, a następnie, powiadamia o tym Kongregację Nauki Wiary”. W tym przypadku dochodzenie wstępne zostało rozpoczęte z co najmniej dwuletnim (a zapewne większym) opóźnieniem. Sprawca nie został odsunięty od duszpasterstwa, miał nadal w swojej pracy kontakt z dziećmi. Pokrzywdzeni i ich rodziny traktowani byli przez biskupa pogardliwie i lekceważąco. Trudno o bardziej czytelne złamanie obowiązujących w Kościele zasad postępowania.

Opowiadając całej Polsce nieznaną historię z Kalisza, Tomasz Sekielski –mówiąc pół żartem – zasłużył na medal „Pro Ecclesia et Pontifice”. Ale tylko pół żartem – medal ten przecież przyznaje się w dowód uznania dla zaangażowania w pracę na rzecz Kościoła, a Sekielski wyświadcza swoim filmem naprawdę wielką przysługę Kościołowi.

Nadszedł czas dymisji

Jeden z najwybitniejszych polskich ekspertów od pedofilii klerykalnej mawia prywatnie, że istotny przełom w postawie większości polskich biskupów wobec wykorzystywania seksualnego nastąpi dopiero, gdy polecą głowy – tzn. gdy któryś z nich zostanie odwołany ze swojej funkcji lub zmuszony do rezygnacji za tuszowanie nadużyć i krycie sprawców. Ten czas właśnie nadszedł.

Trudno bowiem wyobrazić sobie, żeby bezkarne pozostało tak jawne łamanie przez biskupa diecezjalnego obowiązujących zasad. Papieskie motu proprio „Vos estis lux mundi” przewiduje nakładanie surowych kar za czyny kościelnych przełożonych polegające na „działaniach lub zaniechaniach, mających na celu zakłócanie lub uniknięcie dochodzeń cywilnych lub kanonicznych, administracyjnych lub karnych, przeciwko duchownemu”. Postępowanie bp. Janiaka to klasyczny przykład takich zaniechań.

W Wielki Czwartek 2019 r. ewidentnie zaburzony w rozwoju psychoseksualnym ksiądz otrzymał gratulacje z rąk bp. Janiaka, który od ponad 3 lat wiedział o oskarżeniach wobec niego

Po ujawnieniu tak skandalicznej postawy biskupa sytuację Kościoła w Polsce może uratować jedynie stanowczy ruch ze strony delegata KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży, abp. Wojciecha Polaka, którego publiczną deklarację „Nikt nie może uchylać się od odpowiedzialności” słyszymy w filmie. Może prymas Polski powinien np. zgłosić zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez bp. Janiaka? Niezbędna też wydaje się szybka rezygnacja biskupa kaliskiego, a przynajmniej zawieszenie sprawowania przezeń urzędu do czasu wyjaśnienia sprawy (taką – dobrowolną lub „dobrowolną” – prośbę biskupa musi zaakceptować papież).

Mam nadzieję, że powyższe kroki dokonane zostaną jak najszybciej. Inaczej bowiem wiarygodność stracą wszelkie dobre – istniejące przecież i działające nie od wczoraj – kościelne inicjatywy na rzecz ochrony dzieci i młodzieży.

Biskup zeznaje na ochotnika

Bardzo możliwe jednak, że chodzi także o coś więcej niż złamanie zasad kościelnych: o zakłócanie postępowania prokuratorskiego. Oto bowiem – o czym nie ma mowy w filmie, a czego dowiedziałem się od prawnego reprezentanta pokrzywdzonych, mec. Artura Nowaka – biskup kaliski sam zgłosił się na przesłuchanie jako świadek do prokuratury prowadzącej sprawę ks. Hajdasza. Godna pochwały postawa obywatelska, nieprawdaż?

Sęk w tym, że bp Janiak zjawił się w prokuraturze w kilkanaście tygodni po tym, jak miał możliwość zapoznania się z aktami prowadzonego w sprawie ks. Hajdasza postępowania. Kuria kaliska wystąpiła bowiem o dostęp do akt prokuratorskich (dodam od razu, do czego jeszcze wrócę: zgodnie z obowiązującym i słusznym prawem), aby przyspieszyć własne postępowanie i móc przesłać sprawę ks. Hajdasza do watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary.

Po ujawnieniu tak skandalicznej postawy biskupa sytuację Kościoła w Polsce może uratować jedynie stanowczy ruch ze strony delegata KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży, abp. Wojciecha Polaka

Mamy tu jednak do czynienia z sytuacją, w której wgląd w akta prokuratury na dość wczesnym etapie otrzymuje biskup, który najprawdopodobniej długo krył sprawcę. Łatwo wyobrazić sobie, że sytuację taką może on wykorzystać co najmniej do obrony własnej osoby, a w wersjach bardziej makiawelicznych, choć wcale nie nieprawdopodobnych – do wpływania na przyszłe zeznania swoich podwładnych albo do czyszczenia kurialnego archiwum z niewygodnych dokumentów, o których prokuratura jeszcze nie zdążyła się dowiedzieć.

Powie ktoś, że to skandaliczne podejrzewać biskupa o matactwa czy niszczenie dokumentów? Ale przecież takie historie zdarzały się już w kościelnych archiwach – także w Polsce. Więcej się o nich mówi niż pisze (bo trudno to udowodnić). Ale na przykład wprost o tajemniczym zaginięciu akt w kurii warszawsko-praskiej pisał tamtejszy duchowny, redaktor naczelny tygodnika „Idziemy”, ks. Henryk Zieliński. W październiku 2013 r. wspomniał on mimochodem w edytorialu, że „w teczce personalnej odwołanego z probostwa księdza z Tarchomina nie znalazły się żadne ślady sprawy, która trafiła do kurii biskupiej przed kilkunastu laty”. Do dziś, o ile wiem, ta sprawa nie została wyjaśniona. 

Podejrzenia wobec prawdomówności biskupa kaliskiego można mieć także po obejrzeniu w „Zabawie w chowanego” fragmentu jego zeznań w sądzie dotyczących sprawy ks. Kani, groźnego przestępcy seksualnego, który nieoczekiwanie został przetransferowany z archidiecezji wrocławskiej do diecezji bydgoskiej (Janiak odpowiadał wtedy jako wrocławski biskup pomocniczy za sprawy personalne, a w Bydgoszczy biskupem został jego kolega z Wrocławia). W trakcie tego zeznania w listopadzie 2018 r. adwokat pokrzywdzonego zadaje pytanie, czy bp Janiak wiedział podczas inicjowania tego transferu o tym, że przeciwko Kani prowadzone jest postępowanie w sprawie o czyny pedofilskie. Pada odpowiedź pełna ewangelicznej szczerości: „Nie mówię nie i nie mówię tak”.

Ciekawe, że podczas tego samego przesłuchania hierarcha z jednej strony, nie pamiętał swych wrocławskich rozmów z ks. Kanią, ale z drugiej – potrafił z pamięci cytować liczbę pedofilów siedzących w owym czasie w polskich więzieniach i znikomy odsetek, jaki stanowią wśród nich księża. Pamięć ma więc chyba dobrą, ale mocno wybiórczą.

Dziecko wylane z kąpielą

Niewątpliwe zalety filmu Tomasza Sekielskiego nie wyczerpują jednak jego całościowej oceny. Tu z wad filmu wspomnę tylko o jednej, najistotniejszej.

Sądzę, że w „Zabawie w chowanego” doszło do mocno uproszczonego – i przykrego w konsekwencjach, także dla osób pokrzywdzonych – pomieszania dwóch kwestii prawnych. Słuszne niewątpliwie jest oburzenie autorów filmu na „okólnik Ziobry”, próby zblatowania instytucji kościelnych z Prokuraturą Krajową i zamiary ręcznego sterowania przez zwierzchników PK decyzjami szeregowych prokuratorów wobec duchownych.

Równocześnie Sekielski wylewa jednak dziecko z kąpielą. Jako element tych złych powiązań ukazuje wspomnianą już procedurę umożliwiającą prokuratorowi udostępnienie akt w trakcie trwania postępowania. A przecież przepis ten – wbrew sugestiom wyrażanym w filmie – nie dotyczy tylko instytucji kościelnych.

Piętnować należy nie samo istnienie przepisu umożliwiającego udostępnienie akt prokuratorskich instytucji kościelnej, lecz jego nadużycie w konkretnym przypadku

Art. 156  § 5 kodeksu postępowania karnego stanowi, że „Za zgodą prokuratora akta w toku postępowania przygotowawczego mogą być w wyjątkowych wypadkach udostępnione innym osobom” – czyli innym niż strony postępowania. obrońcy, pełnomocnicy i przedstawiciele ustawowi. Jak każdy przepis nieostry, zostawiający swobodę decyzji prokuratorowi, może on być wykorzystywany na dobre i na złe.

Nie inaczej jest w przypadku udostępniania akt prokuratorskich kuriom diecezjalnym. Zazwyczaj służy to celom niewątpliwie dobrym. Umożliwia skorzystanie ze złożonych zaprzysiężonych zeznań także w dochodzeniu kanonicznym. Pozwala na nieprzesłuchiwanie świadków po raz kolejny, czyli przeciwdziała wtórnej wiktymizacji. Daje też możliwość skorzystania z dowodów i zeznań, których organy kościelne same zdobyć nie mogą, bo nie dysponują takimi narzędziami prawnymi, jakie posiada prokuratura. Tym samym dochodzenia kanoniczne mogą być prowadzone sprawniej i szybciej.

Piętnować należy zatem nie samo istnienie takiego przepisu, lecz jego nadużywanie. Nie samo przekazanie materiałów z dochodzenia prokuratorskiego do kaliskiej kurii jest problemem, lecz nieroztropność decyzji w tym konkretnym przypadku – sprawiająca, że biskup mógł je ewentualne wykorzystać nie tylko w celu sporządzenia informacji dla Kongregacji Nauki Wiary, lecz także do własnej obrony.

Obawiam się, że niedobrą konsekwencją filmu może być teraz nadmierne zaostrzenie przez prokuratorów kryteriów udostępniania akt instytucjom kościelnym („bo przyjdzie Sekielski i to opisze”), co w efekcie będzie owocowało przedłużaniem się – i tak ślamazarnych – postępowań kanonicznych.

Gdzie jest Kościół?

Bardzo ważną podsumowującą myśl wypowiada w filmie „Zabawa w chowanego” jeden z pokrzywdzonych, Jakub Pankowiak – nota bene, uzdolniony muzyk, którego olbrzymią miłość do organów widać na filmie nawet w samym sposobie zasiadania przy instrumencie. Mówi on, że nie czuje żalu do Kościoła jako takiego, lecz do konkretnych ludzi, biskupów kaliskich, którzy o wszystkim wiedzieli, tylko chcieli bronić… Kościoła. Zawahanie w jego głosie odczytuję jako postawienie cudzysłowu przy takim rozumieniu Kościoła. Bo Pankowiak zaraz dodaje: „ale w ten sposób oni nie chronią Kościoła, lecz go zwyczajnie, od środka, psują”.

Ciężkie czasy przyszły dla ludzi świadomie szukających Boga w Kościele katolickim. Zbyt często pustą formułą stają się dziś słowa Cypriana z Kartaginy z III wieku: Ubi episcopus, ibi Ecclesia („Gdzie biskup, tam Kościół”). Trudno teologicznie tę zasadę uznawać, jeśli egzystencjalnie doświadcza się czegoś odwrotnego. A w sprawie kaliskiej mamy wręcz do czynienia z działaniami biskupa przeciwko Kościołowi – i przeciwko kościelnym zasadom postępowania, i przeciwko istotnej misji wspólnoty wiary.

W takich sytuacjach trzeba zatem przypominać sobie, że konkretny episcopus to nie serce czy istota Kościoła. Że przecież także Ubi caritas, ibi Ecclesia. A na pewno: Ubi caritas et amor, Deus ibi est. Boga znajduje się przez miłość. A jak się już Go spotka, to łatwiej trwać w Kościele. Nawet w takim, jaki jest – wierząc, że może być inny i aktywnie dążąc do tego, aby był wierniejszy, bardziej przezroczysty.

Zranieni w Kościele