Pogrom przeżyły tylko trzy osoby. Iszo postanowił, że rozdzielą się i każdy pójdzie w innym kierunku.

Fragmenty książki Pawła Średzińskiego, „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma” (Wydawnictwo Paśny Buriat, 2020). „Więź” jest patronem książki.

Dziadek Iszo żył z ciężkim bagażem wspomnień. Urodził się na początku drugiej połowy XIX wieku. Żył ponad sto lat. Pamiętał dobrze kolejne fale prześladowań, w tym tę największą z 1915 roku, która pochłonęła życie ponad miliona chrześcijan w Turcji. Tureckie władze do dziś nie uznają swojej winy, podobnie jak Kurdowie, aktywni współuczestnicy tej straszliwej zbrodni. Ormianie i Asyryjczycy nie zapominają o ofiarach tego ludobójstwa. 

Dziadek Iszo oswoił się ze śmiercią, Pochodził ze wsi Kanak. Jego rodzinna wieś przestała istnieć w 1915 roku. Najpierw ofiarą prześladowań padli Ormianie. Potem zaczęli ginąć Asyryjczycy. Tureckie władze zachęcały do mordowania chrześcijan. W zamian obiecywały cudzy majątek, który uda się oprawcom zrabować ich ofiarom. Kiedy Kurdowie weszli do Kanak, dziadek Iszo ukrył się w studni. Siedział w niej dopóki z zewnątrz dobiegały jęki mordowanych ludzi, głosy napastników i ujadanie psów. Dopiero, kiedy ucichły psy, wiadomo było, że rzeź się skończyła. Iszo ostrożnie wyszedł ze studni. We wsi mieszkało sto pięćdziesiąt rodzin. Szedł po ludzkich ciałach. Tych rodzin już nie było. W ciągu kilku godzin Kanak przestał istnieć. Miał nadzieję, że jednak ktoś przeżył. Zaczął wołać. Pojawił się sąsiad, który przeżył, i wstał wśród trupów. Udawał, że zginął. Kurdowie ominęli jego ciało. Oprócz niego, przeżyła jedna kobieta. Mówiła do dziadka: „Iszo jestem naga. Zgwałcili mnie. Zabrali wszystko, co miałam na sobie”. 

Kiedy Kurdowie weszli do Kanak, dziadek Iszo ukrył się w studni. Siedział w niej dopóki z zewnątrz dobiegały jęki mordowanych ludzi, głosy napastników i ujadanie psów

Iszo miał tylko jeden płaszcz, który dał nagiej kobiecie. Stąpał jeszcze po trupach sąsiadów i krewnych. Nie słyszał już jednak żadnych zwierząt. Wszystkie zostały skradzione przez kurdyjskich napastników. Podłoga jego domu była cała we krwi. Pogrom przeżyły tylko te trzy osoby. Iszo postanowił, że rozdzielą się i każdy pójdzie w innym kierunku. Wspólna wędrówka zmniejszała szanse na przeżycie. Była ciemna noc. Iszo wspominał po latach: „Gdybyś wsadził palec w oko rozmówcy, to byś go nie widział”. W Kanak taka bezksiężycowa noc miała swoją nazwę – tarestan

Iszo nie wiedział, co stało się z jego ocalonymi sąsiadami. Nigdy więcej ich nie spotkał. Iszo nieustannie o tym opowiadał. Michojel, wnuk Iszo, który dziś mieszka w Polsce, wspomina: – Zawsze o tym mówił. I to głośno. Przyjeżdżali do nas ludzie z Bejrutu, Bagdadu i Damaszku. Na dziedzińcu naszej lepianki w Kamiszli nagrywali głos mojego dziadka. Mówił nie tylko naszym rodakom, ale i muzułmanom, wypominał zbrodnie Kurdom. Miał dobrą pamięć i był chodzącą historią. Pamiętał dokładnie wydarzenia, podawał nazwiska zarówno ofiar, jak i katów. Ten bardzo trudny okres w życiu mojego dziadka naznaczył jego biografię. Tym żył. 

Michojel był małym chłopcem, kiedy słuchał opowiadań dziadka. Zapamiętywał historie, które usłyszał. Oswajał się z trudnym losem swoich rodaków. Z ograbionej wsi Kanak Iszo poszedł do innej asyryjskiej wsi, którą znał. Miał nadzieję spotkać swoich rodaków. Po drodze mijał ruiny zniszczonych chrześcijańskich domów. Iszo znalazł się na skraju wycieńczenia. Jednak znajdował się coraz bliżej celu swojej wędrówki. Był już prawie poranek, pora, kiedy pasterze wypędzali owce na pastwisko. Iszo miał nadzieję usłyszeć mowę rodaków. Tymczasem pasterze porozumiewali się po kurdyjsku. „To niepojęte” – pomyślał Iszo. „Przecież tu mieszkali nasi, a pasterze mówią po kurdyjsku. Czyżby Kurdowie napadli na tę wioskę wcześniej niż na Kanak? Co mam robić?”. Było już za późno. Kurdowie zauważyli go, a on bał się już wycofać. I tak nie wiedział, gdzie miałby pójść. 

Postanowił, że będzie udawał, że jest Kurdem. Włóczęgą, który szuka pracy. Wszedł do wsi i zapytał, czy mogliby zatrudnić go jako pasterza. Nikt nie podejrzewał, że był chrześcijaninem. Wśród Kurdów spędził kilka lat. Pasł owce, które zostały zabrane wymordowanym chrześcijanom. Wśród nich były owce z Kanak. Miały oznakowania byłych właścicieli. Zwierzę znakowano na sierści lub przycięciem ucha. Każdy właściciel miał swój własny znak. – W naszej rodzinie do dziś przetrwał znak, którym oznaczaliśmy owce – wzdycha ciężko Michojel. – W 2003 roku pojechałem do Kanak z grupą studentów. Cztery lata wcześniej byłem w Mardinie. Tam spotkałem proboszcza. Zapytał mnie: „Z jakiej wsi pochodził Twój dziadek?”. Powiedziałem, że z Kanak. Proboszcz poszedł na zaplecze i przyniósł ręcznie kaligrafowaną księgę i mówi: „Czytaj o Kanak”. Zrobiłem zdjęcie. To był spis ludności zrobiony w celach podatkowych dla władzy muzułmańskiej, osmańskiej, na prośbę patriarchatu w latach sześćdziesiątych XIX wieku. W księdze były nazwy poszczególnych wsi oraz informacja o liczbie rodzin i osób w każdej rodzinie, wraz z rodowymi nazwiskami. Znalazłem w niej rodzinę mojego dziadka. W czasie pobytu wśród Kurdów Iszo miał ostrzec jedną z ostatnich chrześcijańskich wiosek przed planowanym atakiem Kurdów. Szedł do jej mieszkańców pod osłoną nocy, aby nikt nie zauważył. Powiadomił chrześcijan o nachodzącej zbrodni, ale czy uciekli w porę? Asyryjczycy nie dysponowali fortecami, których mury ocaliłyby ich przed śmiercią. Punktów oporu, którymi stawały się wiekowe klasztory i kościoły, było za mało.

Syria
Fot. Paweł Średziński

Ludobójstwo przebiegało według określonego schematu. W asyryjskiej wsi pojawiało się tureckie wojsko i wzywało do oddania całej broni, która znajdowała się w posiadaniu mieszkańców. Przywódcy wsi oddawali ją posłusznie. Odtąd rozbrojeni mieszkańcy stawali się łatwym łupem Kurdów, co działo się za przyzwoleniem tureckiej administracji. Nie wszyscy ludzie byli mordowani od razu. Młode kobiety i dzieci zdolne do pracy lub podatne na islamizację porywano. Trafiały do kurdyjskich rodzin, w charakterze siły roboczej i nałożnic. W ten sposób do wsi, w której pracował Iszo, trafił asyryjski chłopiec. – Został pomocnikiem mojego dziadka – wspomina Michojel. – Dziadek Iszo w końcu po raz pierwszy opowiedzial komuś swoją historię: przyznał się, że nie jest Kurdem. Także chłopiec otworzył się i opowiedział o śmierci swoich rodziców przez obcięcie głów na progu własnego domu. Iszo zaopiekował się chłopcem. Przestrzegał przed czynieniem znaku krzyża w obecności muzułmanów.

Pewnego dnia chłopiec nie przyszedł na pastwisko, co dotąd się nie zdarzyło. W porze zwanej „halbe” Iszo pojawił się we wsi, aby właściciele stad mogli wydoić owce. Na terenie gumna znalazł rozszarpane przez psy ciało swojego pomocnika. Na szyi miał zawiązany sznur. Iszo po raz kolejny stracił nadzieję, jednak ubłagał u kurdyjskich oprawców zgodę na pochowanie chłopca, za co był im wdzięczny do końca życia. Kiedy jego ciało spoczęło w grobie, daleko od wsi, Iszo podniósł głowę ku niebu i głośno zawołał: „Boże, czemuś do tego dopuścił? Dlaczego zginęło już tylu niewinnych ludzi?”. Iszo widział wiele okrucieństwa. Opowiadał swojemu wnukowi Michojelowi o asyryjskim księdzu, którego Kurdowie mieli strącić w przepaść. Ich ofiara przeżyła upadek. Wystraszeni tym faktem, pobiegli do imama, mówiąc, że Jezus ocalił swojego sługę. Imam powiedział, że jedyną religią, która ma moc chronić jest islam. Oprawcy księdza zaciągnęli imama nad tę samą przepaść i chcieli sprawdzić, czy mówi prawdę. Zrzucili go, a jego głowa roztrzaskała się o kamień. Zmarł na miejscu.

Minęło siedem lat i w końcu Iszo opuścił kurdyjską wioskę. W swojej dalszej drodze dotarł do miasta Nisibis, gdzie pracował u stacjonujących tam Anglików. Był wciąż bardzo silny. Kiedy pracodawcom zaginął osioł, odnalazł zwierzę i przyniósł je na własnych ramionach. Wreszcie uciekł do Syrii, która w rezultacie pierwszej wojny światowej znalazła się pod kontrolą Francji. W Kabre Hewore mieszkali syryjscy Asyryjczycy. Oni przyjmowali rodaków, którzy ocaleli z ludobójstwa. Strumień uchodźców wciąż płynął. Dziadek Iszo powtarzał, że żenił się czterokrotnie. Pierwsza żona zginęła w Kanak. Druga zmarła, trzecia została porwana przez Kurdów. Kiedy o tym mówił, wymieniał ich imiona i płakał. Kurdowie zabrali wszystkie kobiety, które mogły karmić oraz cały inwentarz. Zostawili tylko staruszki i niemowlęta. Taki los spotkał także dziecko Iszo, które umarło z głodu. Przez miesiąc szukał swojej żony. Dotarł aż do Aintab. Bez skutku. Potem ożenił się po raz czwarty, kiedy pracował u Anglików w Nisibis. Czwarta żona była przyszłą babcią Michojela, ale wnuk nie zdążył jej poznać. Wiedział, że miała na imię Szmuni. 

Cierpienie nie opuszczało dziadka Iszo, wciąż naznaczając jego życie. Miał syna Gabriela i dwie córki. Córki zmarły w ciągu trzech miesięcy, jedna po drugiej, a potem zmarła ich matka. Wszystkie zostały pochowane w Kabre Hewore, dziś Kahtanijje, w Syrii. Po raz kolejny dziadek Iszo stracił najbliższe mu osoby. Pamięć o zmarłych dzieciach przetrwała. – Moje siostry miały imiona córek naszego dziadka – wspomina Michojel. 

W Syrii kontrolowanej przez Francuzów dziadek Iszo został poddany kolejnej próbie. – Kościół katolicki prowadził działalność prozelityczną, i to nie wśród muzułmanów, ale wśród chrześcijan mówiących w języku Chrystusa, którzy ponieśli tyle ofiar za swoją wiarę – mówi z nieukrywanym żalem Michojel. – Kiedy czytam „Dzieje Kościoła” Euzebiusza z Cezarei, robi mi się przykro. Polski tłumacz tej książki mylnie uważa, że wraz ze śmiercią Juliana Apostaty zakończyły się prześladowania chrześcijan, co nie jest prawdą. My nie istniejemy w świadomości Europejczyków. Nasze prześladowania były okropniejsze i trwały dłużej. Prześladowali nas Persowie i kolejni kalifowie. Mój dziadek był namawiany do przejścia do dalekiego od nas Kościoła rzymskiego. Francuzi proponowali mu: „Zostań katolikiem, dostaniesz krzesło ziemi w Kamiszli”.

Krzesło ziemi oznaczało działkę otoczoną czterema ulicami. Dziadek odmawiał. Tymczasem najbogatszymi ludźmi w Kamiszli byli katolicy. Francja przepisywała im akty własności, które zostały uznane przez powstające państwo syryjskie. Całe osiedla były ich własnością. Od nich później kupiliśmy ziemię. Oni odeszli od tradycji naszych Kościołów bo przejście na katolicyzm dawało im duże korzyści. Kiedy ja chodziłem boso, unickie dzieci miały buty. Ja nosiłem połatane spodnie, one nosiły ładne stroje. W szkole śmiały się ze mnie. Ubolewam nad utratą przez nich pamięci. Wstydziły się mówienia w swoim języku. I tak nasz język stał się językiem biedoty, wieśniaków, ludzi prymitywnych i zacofanych. A oni zaczęli wprowadzać język francuski, mówić „merci”. Zaczęli naśladować Europę pod każdym względem. Zamiast wzajemnej pomocy w sytuacji zagrożenia, „misjonarze” nas rozparcelowali, podzielili. A przecież wszyscy jesteśmy chrześcijanami.

Paweł Średziński, „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, Wydawnictwo Paśny Buriat, 2020
Paweł Średziński, „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, Wydawnictwo Paśny Buriat, 2020

To, co przeżył dziadek Iszo, wydaje się wymagać wręcz nadludzkiego wysiłku. Być świadkiem tragicznej śmierci swoich najbliższych, podjąć trud ucieczki przed prześladowcami, udawać kurdyjskiego pasterza – wszystko to brzmi jak scenariusz filmu o superbohaterze. Im dłużej słuchałem opowieści o Iszo z Kanak, tym bardziej rozumiałem fascynację wnuka dziadkiem. Nawet jego śmierć nie była zwyczajna. Dziadek Iszo umierał dwa razy. Pierwszy raz w 1940 roku w Kabre Hewore. Podobno był już zawinięty w całun, a jego ciało pozostawiono na noc w kościele. Następnego dnia, kiedy ksiądz wraz z opłakującym dziadka tłumem otworzył drzwi do świątyni, ich oczom ukazał się uśmiechnięty dziadek Iszo. Napędził niezłego strachu ludziom, którzy na jego widok zaczęli uciekać. Wkrótce zrozumieli, że musiał stać się cud. Iszo w asyście Maryi i aniołów miał ponoć zobaczyć niebo. Ujrzał też ponoć piekło, które było przerażające i nie chciał o nim za dużo opowiadać. Potem, aż do swojej drugiej śmierci, nie krył żalu, że musiał wrócić z nieba do świata śmiertelników. 

Ludzie, którzy znali Iszo, mówili, że śmierć już go nie spotka, skoro był już raz po drugiej stronie życia. Przychodzili do niego z daleka, aby wysłuchać jego opowieści o podróży do nieba. Zdążył jeszcze doczekać narodzin wnucząt, w tym swojego ukochanego Michojela. Po raz drugi Iszo zmarł w 1964 roku. Tym razem nieodwołalnie. Od chwili swojej pierwszej śmierci chciał wrócić do nieba, którego już ponoć zasmakował. Przez ostatnie 22 dni życia nie chciał nic jeść. I czekał na chwilę swoich „przenosin”. – Bo my nie umieramy, ale przenosimy się – kończy opowieść Michojel. – Dziadek Iszo chciał się już przenieść do nieba. Miał żal do Boga, że o nim zapomniał. W końcu stało się to, czego tak bardzo pragnął. Przeżył 106, może 110 lat. Urodził się w 1854 lub 1858 roku, we wsi Kanak. Umierał dwa razy w Syrii. – Mój dziadek Iszo – powtarza Michojel.