Przez lata duszpasterzowaliśmy masowo i seryjnie. Teraz pora na duszpasterstwo bardziej personalistyczne – na przykład tak jak zaproponował abp Ryś, wprowadzając indywidualne celebracje bierzmowania i Pierwszej Komunii.

W kościele, gdzie pomagam w niedzielę, we Mszy św. może wziąć udział 45 osób. Tak wynika z zastosowania normy mówiącej o jednej osobie na 15 m kw. Ważna jest bowiem nie tyle sama ilość osób mogących spotkać się na danej powierzchni kościoła, co raczej „gęstość zaludnienia”.

Z obliczeń jasno wynika, że celem jest zachowanie odległości minimum 4 metrów od siebie. I tak są zaznaczone miejsca w kościele: co druga ławka po ukosie. Daje to przedziwne wrażenie zgromadzenia w rozproszeniu, Kościoła w przymusowej diasporze.

Ograniczona wolność religijna

Zbliża się Uroczystość Matki Bożej Królowej Polski, która – z powodu zbiegu z niedzielą wielkanocną – według kalendarza liturgicznego ma być obchodzona 2 maja. Tego dnia Kościół modli się w kolekcie, aby „religia nieustannie cieszyła się wolnością, a ojczyzna rozwijała w pokoju”. Nad rozwojem ojczyzny w tym trudnym czasie pandemii, a także – mam nadzieję, że on wkrótce nastąpi – w czasie poepidemicznym niech myślą politycy, ekonomiści, biorąc oczywiście pod uwagę zdanie epidemiologów i tych wszystkich, którzy mają coś ważnego w tej kwestii do powiedzenia. Mnie nurtuje pytanie o wolność religijną.

Pamiętamy te okresy, kiedy wolność religijna w Polsce ograniczana była z powodów politycznych, a decyzje administracyjne, które uderzały w Kościół, wynikały z niechęci, wrogości, by nie powiedzieć – z nienawiści do Boga, religii, Kościoła. Taka sytuacja rodzi opór i niezgodę na niesprawiedliwość. Czymś oczywistym jest wówczas nieprzestrzeganie przepisów, łamanie ich, obchodzenie, gdzie tylko się da, demonstracyjne ignorowanie narzuconych reguł. Bywało, że płacono za to cenę wysoką, aż do najwyższej, czyli życia włącznie.

Ograniczenia w liczbie wiernych na liturgii nie są po to, by udręczyć katolików oraz wyznawców innych religii i Kościołów, ale po to, by świątynie nie stały się miejscami rozprzestrzeniania się chorobotwórczego wirusa

To oczywiste, że żyjemy dzisiaj w czasach ograniczonej wolności religijnej. Uzasadniona jest ona nie względami politycznym, lecz epidemicznymi. Narzucone ograniczenia są konieczne ze względu na zdrowie i życie Polaków. Brak zbiorowej odporności, szczepionki i skutecznych leków na COVID-19 sprawia, że najlepszą formą ochrony przed wirusem staje się prewencja. A fundamentalnym elementem tej prewencji jest zachowanie social distancing – właściwej odległości między osobami.

Koronawirus przenosi się przede wszystkim drogą kropelkową, ale także obecny jest w wydychanym z płuc aerozolu. Okazuje się, że nie wystarczy już 1,5 m, by się ochronić. Ten dystans między osobami musi być dużo większy, by mógł być bezpieczny. Maska na twarzy to – przynajmniej teoretycznie – przy właściwym jej użyciu dodatkowe zabezpieczenie. Mówiąc inaczej, ten przepis nie jest po to, by udręczyć katolików oraz wyznawców innych religii i Kościołów, ale po to, by świątynie nie stały się miejscami rozprzestrzeniania się chorobotwórczego wirusa.

Trzeba jednak zauważyć, że to administracyjne narzędzie wprowadzone z powodów epidemicznych może zostać źle wykorzystane. 19 kwietnia uzbrojeni policjanci weszli do jednego z paryskich kościołów, żądając przerwania „tajnej Mszy”. We Francji istnieje zakaz wkraczania uzbrojonej policji do miejsc kultu, chyba że w przypadku zagrożenia terrorystycznego. W kościele było 7 osób: ksiądz, ministrant, organista, kantor i troje wiernych, z których jednym był zresztą policjant próbujący negocjować z kolegami-intruzami. Jak w wywiadzie radiowym powiedział abp Michel Aupetit, metropolita Paryża, takie zachowanie przypomina sytuacje z czasów okupacji. Nie można więc milczeć, trzeba zabrać głos, a nawet – jak powiedział – „głośno szczekać”. Miejmy nadzieję, że francuscy policjanci nie znajdą w Polsce naśladowców.

Wyjść z tunelu

Ograniczenie wolności religijnej, a przede wszystkim swobodnego sprawowania kultu, domaga się zmiany strategii duszpasterskiej. I nie może to być strategia przechytrzenia wroga, jak w przypadku ograniczenia swobód z powodów politycznych. Tutaj wroga – a więc zagrożenia epidemicznego – się nie przechytrzy. Mądrością jest jak najlepsze wykorzystanie tych możliwości, które pozostają w naszej dyspozycji z uwzględnieniem wszystkich koniecznych ograniczeń sanitarnych, liczbowych, organizacyjnych.

Nikt chyba do końca nie wie, jak się rozwinie i kiedy zakończy epidemia koronawirusa. Modeli rozprzestrzeniania się zakażeń było już wiele. Ich wspólną cechą jest przesuwanie w czasie apogeum zachorowań, które miało być na początku kwietnia, w połowie kwietnia, a teraz niektórzy mówią dopiero o miesiącach wakacyjnych. Być może jednak – jak twierdzą jeszcze inni epidemiolodzy – takiego wyraźnego apogeum nie będzie, a więc nie będzie też spektakularnego spadku zachorowań. Przyjęte strategie prewencyjne prowadzą nie tylko do spłaszczenia wykresu liczby zachorowań, ale także – jak się okazuje – wydłużenia czasu epidemii.

Przyjęta w Polsce strategia chroni służbę zdrowia przed zapaścią, ale prowadzi jednocześnie do przedłużenia okresu zachorowań oraz – w konsekwencji – okresu narzucanych ograniczeń. Dominujące było w nas przekonanie, że po okresie walki z epidemią szybko wrócimy do dawnego status quo, że życie szybko wróci do normalności. Dzisiaj wiemy już, że tak się nie stanie, a okres powolnego powrotu do w miarę normalnego trybu życia społecznego może potrwać nawet nie tygodnie, co miesiące.

Dominujące było w nas przekonanie, że po okresie walki z epidemią szybko wrócimy do dawnego status quo, że życie szybko wróci do normalności. Dzisiaj wiemy już, że tak się nie stanie

Dotyczy to także Kościoła, który nie może czekać, aż wróci – jeśli kiedykolwiek wróci – dawne, a dobrze znane życie religijne, lecz musi jak najszybciej nauczyć się działać w tym przedłużającym się stanie przejściowym. Użyję tutaj wyrażenia zaproponowanego przez ks. Remigiusza Szauera, który nazywa ten stan „Kościołem w trybie awaryjnym” (tekst ukaże się w letnim numerze „Więzi”). Owszem, duszpasterstwa w takim trybie nikt nas nie uczył, ale całkiem nieźle dajemy radę. A po czasie faktycznego zamknięcia kościołów (ograniczenie do 5 osób) i przeniesienia życia liturgiczno-duszpasterskiego do mediów, trzeba – wyciągając z tego okresu wnioski – wypracować strategie powrotu z tego medialnego wygnania do rzeczywistości. Ona natomiast – podkreślę to raz jeszcze – póki co, na pewno nie będzie taka sama jak przed epidemią.

Zupełnie nieoczekiwanym skutkiem duszpasterstwa w czasie pandemii jest pojawienie się i rozwinięcie różnego rodzaju „ambon elektronicznych”, które dotychczas były domeną raczej szkół ewangelizacyjnych, ruchów czy inicjatyw różnych środowiska katolickich. Dziś stały się elementem duszpasterstwa parafialnego, poszerzając jego standardową ofertę. Na przykład internetowe transmisje spotkań lectio divina mogłyby się stać stałą praktyką. Ale – powtórzmy – to jest poszerzenie czy uzupełnienie standardowego duszpasterstwa, a nie jego medialne zastąpienie.

Tydzień temu podczas Mszy św. w Domu św. Marty papież Franciszek – odnosząc się do aktualnej sytuacji Kościoła, który z konieczności musiał ograniczyć swoją działalność, przestrzegał: „To nie jest Kościół: to Kościół żyjący w trudnej sytuacji, na co pozwala Pan, ale ideałem Kościoła jest zawsze wspólnota z obecnością ludu mogącego przystępować do sakramentów. […] To prawda, że w tej chwili musimy w ten [wirtualny] sposób realizować tę zażyłość z Panem, ale po to, aby wydostać się z tunelu, a nie w nim trwać. To jest właśnie zażyłość apostołów: nie gnostyczna, nie wirtualna, nie samolubna dla każdego z nich, ale zażyłość konkretna, w ludzie. Zażyłość z Panem w życiu codziennym, w sakramentach, pośród ludu Bożego”. Przed nami wyjście z tunelu. A tunel – z natury rzeczy – prowadzi nas na drugą stronę, a nie do punktu wyjścia.

Przedłużony stan przejściowy

Pierwszą trudność stanowić będzie konieczność uświadomienia sobie, że stan przejściowy trwać będzie długo. Wszyscy wiemy, że przedłużanie ograniczeń w życiu społecznym, a zwłaszcza w ekonomii odbije się bardzo negatywnie na stanie gospodarki, a w konsekwencji na jakości życia. Coraz powszechniejsze są głosy wzywające do odblokowywania poszczególnych sfer życia i uczenia się nowego sposobu funkcjonowania – podejmowania dawnych działań z nową świadomością sanitarną i epidemiczną, która w wielu sektorach wymusza nowy modus operandi: tam, gdzie można, wiele czynności przenosi się do sfery zdalnej, inne należy wykonywać w określonym rygorze. Dotyczy to biur, zachowania w środkach komunikacji, na zakupach, spacerze – i w kościele.

Nikt z nas nie wie, jakie jest rzeczywiste ryzyko zakażenia, a także jak będzie przebiegać choroba w poszczególnych przypadkach i na ile może być ona dla kogoś z nas śmiertelna. Ta podwójna niewiedza skutecznie nas chroni przed pochopnym wyjściem i niekoniecznym kontaktem, ale jednocześnie skutecznie nas paraliżuje i uniemożliwia racjonalizację naszego lęku. Ograniczamy życie do tego, co konieczne. Czy i kiedy możliwy stanie się dla nas pełny powrót do świątyń, liturgii i sakramentów? Coraz bardziej jestem przekonany, że jedynym wyjściem nie może być czekanie na całkowite ustąpienie epidemii, bo – być może – nigdy do niego nie dojdzie. W pewnym sensie trzeba się będzie nauczyć współ-żyć z wirusem.

Najprawdopodniej biskupi przedłużą powszechne dyspensy od obowiązku Mszy św. niedzielnej. Przyznam, że sam jestem ciekaw, jaką sytuację epidemiczną uznają oni za stan, kiedy te dyspensy przestaną być zasadne. Ale w wierze w gruncie rzeczy nie chodzi o obowiązek. Wypełnienie nakazu kanonicznego to jedno, ale realizacja pragnienia sakramentów to drugie. Nie może być to pragnienie, które unieważnia rozsądną troskę o zdrowie i życie swoje oraz innych. Z drugiej jednak strony, uważam, że nie może być to pragnienie, które zostało definitywnie odłożone ad calendas graecas. Musimy działać rozumnie, ale czy możemy się poddać dyktatowi lęku? Piszę to dlatego, że sam ten lęk w sobie noszę.

Coraz bardziej jestem przekonany, że jedynym wyjściem nie może być czekanie na całkowite ustąpienie epidemii, bo – być może – nigdy do niego nie dojdzie. W pewnym sensie trzeba się będzie nauczyć współ-żyć z wirusem

Druga ważna kwestia na etapie reaktywacji życia kościelnego to wysyłanie sygnałów do naszych wiernych, że kościoły są otwarte, liturgia jest sprawowana, sakramenty są udzielane, a ksiądz – dostępny. Dobrze pamiętam ten etap, kiedy liczba wiernych została ograniczona do 50 osób. W parafii, gdzie pomagam, nigdy ta liczba nie została zagrożona, przychodziło kilka, kilkanaście osób. Potrzebny jest wyraźny sygnał, że nasze świątynie są gotowe na przyjęcie wiernych. Być może należy rozważyć większą ilość Mszy w niedziele tam, gdzie to jest możliwe?

Jak rozumiem, taka intencja przyświeca tym biskupom, którzy pozwalają księżom na kwadrynacje (odprawienie czterech Mszy świętych dziennie). Księża organizują także właściwie przygotowane miejsca do sprawowania sakramentu pokuty. Być może nawet także tam, gdzie są Msze św. koncelebrowane w dni powszednie, trzeba zamiast nich uruchomić dodatkowe godziny odprawiania. Musimy się rozproszyć, a liturgia – być może – będzie sprawowana dla jednej czy dwóch osób. Potencjalny tłum i zgromadzenie odstraszają i są zawsze większym zagrożeniem. Ludzie idący do świątyni mają wzmożoną potrzebę bezpieczeństwa i my jako organizatorzy duszpasterstwa musimy ją zaspokoić.

Wyobraźnia pastoralna

Przez lata duszpasterzowaliśmy masowo i seryjnie. Spowiedź wielkanocna w dwa dni w kilku księży, I Komunia klasami, bierzmowanie rocznikami, nawet święcenia kapłańskie zwartą grupą. Abp Grzegorz Ryś od kilku dni codziennie rano w swojej domowej kaplicy bierzmuje jednego kandydata.

Metropolita łódzki przypomniał, że bierzmowanie nie jest dla grupy, ale dla każdego pojedynczego kandydata. „To bierzmowanie to także znak dla wszystkich, którzy przygotowują się do bierzmowania, że każdy i każda z Was, jesteście ważni dla Kościoła. To nie jest tak, że jest setka osób gotowych do bierzmowania i biskup bierzmuje, bo jest odpowiednia liczba osób. Wszyscy jesteście ważni”.

Powie ktoś, że z powodów organizacyjnych nie jest to metoda do zastosowania na dłuższą metę. Ale może jednak warto się tym rozwiązaniem zainspirować? Przecież siłą tego pomysłu jest pokazanie, że inne sprawowanie tego sakramentu jest możliwe do wyobrażenia. Być może rzeczywiście jest to czas przemyślenia organizacji udzielania sakramentu bierzmowania, w tym także osoby szafarza, którym – jak wiadomo – wcale nie musi być biskup.

Duszpasterstwo personalistyczne

Tenże sam abp Ryś zachęcił w swoim zarządzeniu do organizowania indywidualnej Pierwszej Komunii. Wielu moich znajomych z FB przyjęło tę propozycję z entuzjazmem, myśląc także o swoich dzieciach. Według nich byłaby to szansa na przywrócenie temu wydarzeniu właściwej rangi. Stałoby się ono bardziej wydarzeniem religijnym i duchowym niż społecznym. Przestałoby być eventem, a stałoby się rzeczywistą okazją do domowego doświadczenia religijnego. Jest to także zgodne z Kodeksem Prawa Kanonicznego, który mówi, że przygotowanie dziecka do przyjęcia Eucharystii „jest przede wszystkim obowiązkiem rodziców” (kan. 914).

I tutaj znów pytanie o naszą pastoralną wyobraźnię. Czy gotowi jesteśmy sobie wyobrazić indywidualne przystępowanie do I Komunii nawet w dni powszednie albo w małych grupkach dzieci gotowych do jej przyjęcia? Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy rodzice przychylą się do pomysłu, a i niejednemu księdzu trudno sobie będzie wyobrazić maj bez „białego tygodnia”, ale czy nie byłaby to szansa na pogłębienie życia duchowego w rodzinie, a także na bardziej zindywidualizowany kontakt rodziny z parafią? I może skończyłyby się niekończące się targi, czy dzieci powinny przystępować z klasą czy z parafią.

W praktykowaniu wiary nie chodzi o obowiązek. Wypełnienie kanonicznego nakazu mszy niedzielnej to jedno, ale realizacja pragnienia sakramentów to drugie

Zdaję sobie sprawę, że takie – bardziej personalistyczne – duszpasterstwo będzie trudniejsze, bardziej praco- i czasochłonne, wymagające większej dyspozycyjności i bardziej osobistego kontaktu. Trzeba sobie jednak uświadomić, że w najbliższych tygodniach, a może i miesiącach, nie będzie masowych odpustów, pielgrzymek, zjazdów, kilkudniowych rekolekcji, uroczystych celebracji i procesji. I niekoniecznie dlatego, że będą zakazane albo bardzo mocno ograniczone, lecz dlatego że w ludziach długo jeszcze pozostanie lęk przed zarażeniem się chorobą, której przebieg jest nieprzewidywalny.

Radykalną zmianę może przynieść jedynie szczepionka i/lub lekarstwo. Trudno jednak czekać z zamrożonym duszpasterstwem nie wiadomo jak długo. Trzeba włączyć tryb awaryjny.