Jeśli podejdziemy do przygód Jamesa Bonda z ekierką i zamiarem mierzenia przystawalności poszczególnych filmów do naszych światopoglądowych aksjomatów, przestaniemy dostrzegać to, co w tej serii wyjątkowe.

Mojemu Tacie

Gdzieś na przełomie milenium stałem się specjalistą od nagrywania filmów z telewizji na kasety VHS. Aby poradzić sobie z ograniczoną dostępnością tytułów oraz wysokimi cenami oryginalnych kaset, podobnie jak inni nieletni kinomani, wertowałem i zakreślałem co tydzień gazety telewizyjne. Mój horyzont ograniczał się do kilkunastu polskojęzycznych programów – jako dziesięciolatek byłem przekonany, że przewija się na nich cała historia kina. Szczególnie ważną częścią tej historii, nie miałem co do tego wątpliwości, były filmy o Jamesie Bondzie (zbliżone emocje budził we mnie tylko „Batman” Tima Burtona i „Władca pierścieni” Petera Jacksona, lecz na pojawienie się tej trylogii w telewizji trzeba było trochę poczekać).

Wiedziałem, że archiwum Bondów złożone z domowych wydań VHS bardzo mi się przyda. Zwyczaj pochłaniania dużej liczby filmów – czy też, mówiąc bardziej brutalnie, wielogodzinnego ślęczenia przed telewizorem, w poczuciu euforii i znużenia bezruchem jednocześnie – wziął się u mnie chyba z częstego chorowania na anginę. Oznaczało to jedno: mama rozkaże mi zostać w domu i wyleżeć chorobę. Koleżanki i koledzy z klasy przynosili mi notatki, które przepisywałem, by nadrobić zaległości, ale umówmy się: te dwa tygodnie w domu były czasem resetu i nieograniczonych wprost ilości wolnego czasu. Budziłem się rano, dostawałem na śniadanie parówkę z keczupem i bułką, potem jogurt. Sporo czytałem, ale przecież wyczerpany organizm nie zawsze miał na to siłę. Po kilku kwadransach z Telezakupami Mango lub teleturniejami przychodził czas na cięższy kaliber – powtórny seans któregoś Jamesa Bonda.

W okresie PRL-u Bondy miały dla naszej publiczności funkcję kompensacyjną: 007 zawsze potrafił wykiwać Związek Radziecki

Odkąd pamiętam, Bondy zawsze oglądałem po raz kolejny; nie wiem kiedy trafiłem na nie po raz pierwszy. Leciały w telewizji na okrągło: najpierw całą serię puszczał, dajmy na to, Polsat. Potem Telewizja Polska, potem chyba również TVN. Barwy sztafety się zmieniały, ale trasa maratonu pozostawała ta sama: 19 odcinków oficjalnej serii (czekałem wtedy na premierę jubileuszowej, dwudziestej części „Śmierć nadejdzie jutro” z 2002 roku) oraz dwie osobliwości, czyli „Casino Royale” (1967) z Peterem Sellersem i „Nigdy nie mów nigdy” (1983) z posiwiałym Seanem Connerym, który z niezrozumiałych dla mnie wówczas powodów sprzedał się jednorazowo konkurencyjnym producentom, a ci zmajstrowali odcinek poza kanonem.

Chciałem mieć Bondy „na własność”, brałem więc zagraną lub czystą kasetę, nalepiałem biały pasek i pisałem na nim drukowanymi literami tytuł filmu, po czym w trakcie emisji czatowałem nieopodal magnetowodu, żeby w momencie pojawienia się reklam wyłączyć nagrywanie. Tym chałupniczym sposobem otrzymywałem czysty towar: dwugodzinne Bondy bez ani jednego niepożądanego dodatku. Gorzej, kiedy dziesięcioletni ja bardzo chciał spać, a film kończył się kwadrans lub pół godziny po północy – czasem nie starczało już siły i uważności, by ominąć ostatnią porcję reklam. Nagrania, na których finałową akcję agenta 007 przerywają spoty o proszkach do prania lub bateriach AA nowej generacji, to świadectwo senności chłopca, dla którego tak ekstremalnie późna pora okazywała się zaporą nie do pokonania.

Tajny agent, fajny agent

Dziesięcio- lub dwunastolatek ogląda Bondy inaczej. Towarzyszy mu przekonanie, że filmy te zostały zrobione właśnie dla niego: rozumie postępowanie głównego bohatera, a świat przedstawiony i przeciwnicy 007 nie wydają mu się w żaden sposób przerysowani. Właśnie ten wymiar szczenięcego pochłaniania filmów jest najpiękniejszy. Niezależnie od ich rzeczywistej (czyli orzekanej przez odczarowanych dorosłych) wartości, smakują one często niczym Schulzowska Księga: obiekt przekraczający granice wyobraźni, wspanialszy i pełniejszy niż cokolwiek, co później spotkamy na naszej drodze.

Całkowite i absolutne zanurzenie w świecie Jamesa Bonda to przykład dwuznacznego, nie do końca niewinnego eskapizmu, ale spróbujmy na razie przywołać dawne doznania. Fabuły naszpikowane atrakcjami, długimi scenami akcji i jednolinijkowymi żartami; piękne kobiety – czasem towarzyszki, czasem przeciwniczki Bonda; idealny mężczyzna radzący sobie w pojedynkę z międzynarodowymi aferami; geopolityczne machlojki; szaleńcy z wielkim ego marzący o wielkiej władzy; genialne gadżety, bez których lepiej nie wychodzić na ulicę po zmroku; lśniące, chromowane samochody, które James Bond zawsze prowadzi po mistrzowsku (prawie zawsze: 007 nie siada za kółkiem tylko w jednym filmie – „Żyje się tylko dwa razy” Lewisa Gilberta z 1967).

Jest tego oczywiście dużo więcej: dobroduszni pomocnicy Bonda, którzy często giną w połowie filmu; niezmiennie flirtująca z agentem Panna Moneypenny; weteran serii Desmond Llewelyn w roli Q, który jako jedyny pojawił się w aż 17 filmach o 007. Nie wspominam nawet o muzyce Johna Barry’ego, autora ilustracji do 11 wczesnych Bondów. Te postaci i motywy, rozpoznawane przez większość kinomanów, układają się w samowystarczalny, fikcyjny świat: nabrzmiałe uniwersum wyprzedzające dzisiejszą pasożytniczą modę na uniwersa komiksowe.

Bond jest bohaterem ze wszech miar pulpowym, co potwierdzają tylko próby uczynienia go bardziej „realistycznym”, „poważniejszym”, „głębszym”. Biorę te słowa w cudzysłów, bo w tej franczyzie stawką nigdy nie były – ani nie będą – weryzm i wiarygodność. Wołania o większe prawdopodobieństwo i psychologiczną głębię to jedne z najbardziej szkodliwych frazesów kierowanych w stronę popkultury – tak jakby rozważanie fantazji na jej własnych prawach było zajęciem niegodnym krytycznie usposobionego widza. Bond też zmagał się z terapiami szokowymi, po których miał się wyłonić jako dojrzalszy i mocniej stąpający po ziemi. Czasem rezultaty były mierne („Tylko dla twoich oczu” z 1981), czasem porywające („Casino Royale” z 2006), ale w obu przypadkach agent 007 wracał z czasem na starą, dobrą ścieżkę narracyjnej niedorzeczności i barokowego zniszczenia. Ten typ tak ma, co stanowi jednocześnie jego przekleństwo, jak i źródło nieporównywalnej z żadnym innym cyklem witalności.

Odkąd pamiętam, Bondy zawsze oglądałem po raz kolejny; nie wiem kiedy trafiłem na nie po raz pierwszy

Dwunastolatek (nie każdy, ale na pewno opisywany tu przeze mnie tzw. podrostek modelowy) pochłania te opowieści z całym dobrodziejstwem inwentarza. Śmieszy go tylko to, co Roger Moore i Sean Connery chcieli, żeby było śmieszne. Nie rozróżnia do końca stempli autorskich, jakie stawiali – lub których nie potrafili postawić – na serii kolejni reżyserzy. Oczywiście wie, że między Connerym a jednorazowo pojawiającym się w roli 007 George’em Lazenbym jest przepaść, ale pamięta zarazem, że po tej anomalii porządek przywrócił „pierwszy prawdziwy Anglik” w roli Bonda, czyli Roger Moore. Polityka seksualna i genderowa Bondów wydaje mu się (a przynajmniej tak wydawało się młodzikom na początku tego stulecia) stosunkowo neutralna: tajne służby różnych królewskich i imperialnych mości to męski świat przemocy, w którym kobiety mogą umilać herosowi odpoczynek albo próbować z nim konkurować na jego własnej niwie – w obu przypadkach mają nikłe szanse, żeby oprzeć się urokowi pewnego siebie komandora. Kiedy kończy się podstawówkę, fraza „Oh, James…!” wydaje się najzwyczajniejszym w świecie stwierdzeniem faktu; taki chłopiec myśli często, że jakby przyszło co do czego, sam nie potrafiłby się Bondowi oprzeć.

Agent fajny, bo tajny: wszystkie misje 007 wydają się młodemu widzowi sensowne i spełnione, wykonywane w dobrej wierze i w troskę o światową równowagę (chociaż, tak naprawdę, chodzi o podtrzymanie światowej nierównowagi). Zresztą, chłopca zza byłej żelaznej kurtyny naprawdę nie trzeba przekonywać, że Sowieci to groźne typy, które należy trzymać krótko. W tym sensie w okresie PRL-u Bondy miały zapewne dla naszej publiczności funkcję kompensacyjną: 007 zawsze potrafił wykiwać Związek Radziecki, choć w okresach globalnego rozprężenia wpadał w objęcia rosyjskich agentek, które igrały z jego romansową naturą (w „Zabójczym widoku” z 1985 roku grana przez Fionę Fullerton Pola Ivanova przyznaje, kąpiąc się z Bondem i słuchając Czajkowskiego, że „Détente can be beautiful” – choć nie wiadomo, dlaczego mówi to akurat w epoce Reagana).

Intensywność odbioru kina przygodowego za dzieciaka to wartość, jaką bezpowrotnie tracimy – szkoleni w krytycznym myśleniu, wyżymani kolejnymi testami i maturami, smakujący goryczy dorastania, wystawiający głowę poza własne podwórko i odkrywający niemożliwe do ogarnięcia skomplikowanie świata. Chłystek chorujący na anginę zamiast obracać globus, włącza Jamesa Bonda, który przecież i tak podróżuje dookoła świata (pewne miejsce, w tym Polskę, niestety zawsze omija). Dziecko, choć często sobie tego nie uświadamia, potrafi rozkoszować się pojedynczą sklejką montażową i pojedynczym efektem: sposobem, w jaki z koła Bondowskiego samochodu wysuwa się wirujące ostrze, atakujące opony jadącego obok pojazdu („Goldfinger” z 1964); momentem, kiedy Bond w turbo-plecaczku umyka z miejsca draki, wznosząc się do góry niczym helikopter („Operacja piorun” z 1965), pojawieniem się na horyzoncie Buźki (Richard Kiel), czyli złowieszczego osiłka z zębami z kobaltu („Szpieg, który mnie kochał” z 1977). W tych podniosłych, wywołujących ciarki na plecach momentach, Bond zasługuje na rozmaite przymiotniki, ale na pewno nie jest żałosny: filmy z nim nie wzbudzają litości ani zażenowania; nie wydają się też głupie. Są w swej schematyczności przeźroczyste: ich powtarzalność nie uwiera, ale stanowi gwarancję dobrej zabawy, kolejnej ekscytującej przygody, którą można rozpoczynać bez końca, przewijając kasetę do początku.

Nie wracajcie do Bondów

Nie wracajcie do starych Bondów – szkoda nie tyle waszego czasu, ile waszych wspomnień: nie burzcie jednego z ostatnich kinowych mitów, jaki trzyma się jeszcze przy życiu. François Truffaut napisał we wstępie do swojego wywiadu-rzeki z Alfredem Hitchcockiem, że seria o agencie 007 „stanowi wulgarną i niezręczną karykaturę wszystkich filmów Hitchcockowskich, a zwłaszcza «Północ – północny zachód»”. Stwierdził to – co istotne – w 1966 roku, zanim Bondy rzeczywiście zmieniły się we własną parodię (celuje w tym zwłaszcza „Ośmiorniczka” z Moore’em z 1983 roku). Uwielbiałem kiedyś i Hitchcocka, i 007 – nie rozumiałem, dlaczego moja ulubiona seria zasługuje na pogardę ze strony Truffauta. Dziś, niestety, muszę przyznać Francuzowi rację, choć i tak, ze względu na starą przyjaźń, broniłbym Bonda przed snobistycznym sarkazmem.

Powrót do tego cyklu przed trzydziestką, kiedy jeszcze nie jest się w wieku ekranowego Bonda, ale bliżej nam do niego aniżeli do nieletniego kinomana, to przykre doświadczenie. Po kilkunastu latach przerwy, kiedy 007 poszedł w odstawkę (za wyjątkiem premierowych pokazów najnowszych części), ponowne oglądanie całości przypomina wkraczanie do zupełnie innej rzeki: bardziej zanieczyszczonej i mułowatej, pełnej dziwacznych, butwiejących zakoli, niekiedy wysuszonej. Jak bardzo nie staralibyśmy się wczuć w skórę podnieconych akcją nastolatków, zwracamy przede wszystkim uwagę na szwy – na to, co zostało zrobione źle lub pokracznie i najbardziej się zestarzało. Właśnie dlatego, że ktoś kochał Bondy – naiwną miłością, która nie dostrzega wad – spojrzenie na nie starszym okiem jest tak bolesne. Rzeczy kiedyś atrakcyjne dziś trącą tandetą – na przykład cały japoński sztafaż „Żyje się tylko dwa razy” z Connerym, który w pewnym momencie bierze nawet ślub z młodą Japonką i dzięki zabiegom kosmetycznym wygląda prawie jak tubylec. Lepiej, doprawdy, obejrzeć film nieznanego w Polsce, choć okrytego sławą za granicą Seijuna Suzukiego, mistrza opowieści o yakuzie, który w tym samym 1967 roku nakręcił ekscentrycznego „Namaszczonego do zabijania” – kultowe dziś, choć wciąż trudne do zrozumienia dziwadło o gangsterach.

Wołania o większe prawdopodobieństwo i psychologiczną głębię to jedne z najbardziej szkodliwych frazesów kierowanych w stronę popkultury

Możemy kroczyć dobrze rozpoznaną ścieżką i oskarżać Bondy o ideologiczne barbarzyństwo. Wszystko widać gołym okiem nawet bez cytowania świętych ustępów z akademickiej teorii krytycznej: brytyjski i anglosaski imperializm, seksizm i przedmiotowe traktowanie kobiet, męska fetyszyzacja sprawności i przemocy, gadżety pełniące funkcję kompensacyjną, postkolonialny rozmach i relacja pan-służący między Bondem a lokalnymi pomocnikami oraz landszaftowe wizerunki odwiedzanych przez agenta krajów, które stają się parodią turystyki. Dodajmy do tego prymitywną wykładnię stosunków międzynarodowych, normalizację kapitalistycznych wynaturzeń, bzdurne i nieistotne fabuły, naszpikowanych ułomnościami i kompleksami groteskowych łotrów oraz brak rzeczywistej stawki – świat i tak zostanie ocalony, nie dzięki geniuszowi Bonda, ale dzięki żelaznym zasadom, którym przyświeca motto „James Bond powróci”. Bez wątpienia elementy te tworzą polityczny stelaż serii. Jednym z jej zadań jest podtrzymywanie supremacji zachodniej kultury – przynajmniej w błogim świecie ekranowych reprezentacji, który przysłania nam rzeczywisty spadek znaczenia Europy i USA na arenie globalnej.

Patrząc z tej perspektywy, sukces Bondów wydaje się absurdalny. Wiele wskazuje na to, że te artystycznie mierne produkty sprzedają nam przestarzały obraz rzeczywistości (zmienia się on z filmu na film, ale możemy dostrzec pewne stałe tendencje). Oczywiście, nie czerpiemy radości tylko z tych filmów, które duplikują i wspierają nasz etycznie słuszny światopogląd. Często jest wręcz odwrotnie: kino to teren negocjacji, uwodzenia i podpuszczania – jeśli podchodzimy do niego z ekierką i mierzymy przystawalność poszczególnych filmów do naszych progresywnych lub konserwatywnych aksjomatów, przestajemy dostrzegać to, co jest w nich rzeczywiście wyjątkowe.

Bond, król tandety

W cyklu o 007 najbardziej rozczarowuje fakt, że wiele odsłon nie ma nic wspólnego z ekscytującym kinem szpiegowskim – co więcej, ten brak dreszczyku wydaje się wpisany w założenia wielu fabuł. Pamiętajmy, że mówimy o złotej erze zimnowojennych kryminałów i thrillerów: od „Szpiega, który przyszedł z zimnej strefy” Martina Ritta (1965) po „Trzy dni Kondora” Sydneya Pollacka (1975) i „Polowanie na Czerwony Październik” Johna McTiernana (1990). Niewiele Bondów może dorównać tym filmom jakością, konstrukcją i dozowaniem napięcia. Pierwsze dwa – „Doktora No” z 1962 i późniejsze o rok „Pozdrowienia z Rosji” – wyreżyserował Terence Young. Według relacji członków ekipy, dał on Bondowi styl i klasę, którą sam emanował na planie. Szczególnie „Pozdrowienia…” dobrze się zestarzały, a kunsztowna sekwencja w Orient Expressie należy do najznakomitszych w historii serii.

Potem przychodzi jednak „Goldfinger” Guya Hamiltona. Z jednej strony odcinek wypracowujący wzorzec Bondowskiej formuły, z drugiej wskazujący na słabość do tandetnych rozwiązań. Wymieńmy tylko gigantomanię w postaci repliki Fortu Knox użytego w scenach finałowych; wymyślny samochód z masą „ulepszeń” i wyrzutnią siedzenia pasażera oraz niemego, barczystego osiłka koreańskiego pochodzenia, który ścina głowy rzucanym jak bumerang kapeluszem. Szpiegowska intryga z „Pozdrowień z Rosji” zostaje zamieniona w „Goldfingerze” na serię efektownych, krzykliwych popisów, które oszałamiają i dostarczają konkretnej rozrywki, ale zarazem zapowiadają nieudane odcinki z Rogerem Moore’em. W porównaniu z brutalną wizją Iana Fleminga, który w powieściowym „Goldfingerze” kreśli Bonda jako uzależnionego od alkoholu, pogrążonego w fizycznym bólu pesymistę, agent w wykonaniu Seana Connery’ego to nieskażony lękiem bon vivant.

Papier jest cierpliwy; ekran bezlitosny i dopraszający się o nową porcję atrakcji. Może to właśnie konieczność ciągłego zadowalania widzów, uzależniania ich od coraz większych dawek Bondowskiej ekstrawagancji, spowodowała dryf tych filmów w kierunku niedorzeczności? Po „Goldfingerze” Terence Young wrócił na reżyserski stołek, by zrealizować „Operację Piorun” – bodaj najpiękniejszą odsłonę serii, jeśli chodzi o pejzaże (Nassau na Bahamach) i brawurowe zdjęcia podwodne. Wspomniany wcześniej, orientalizujący „Żyje się tylko dwa razy” Lewisa Gilberta obrał znowu kurs na kicz: duże statki kosmiczne dosłownie połykają mniejsze, siedziba Blofelda to zamaskowany krater wygasłego wulkanu, a finał ma postać gigantycznej rozróby z wkradającymi się do siedziby łotra anonimowymi azjatyckimi wojownikami. Po tym odcinku Connery zrezygnował z roli (jak sam twierdzi, był wyczerpany Bondowską maszynką promocyjną); zastąpił go George Lazenby. „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” (1969) to zdaniem znawców cyklu poronione arcydzieło: film, który mógł być wspaniały, ale z powodu nie do końca udanej kreacji Lazenby’ego stał się jednym ze zgniłych jajek serii. Tak czy owak, odnotujmy zmianę na reżyserskim stołku: dotychczasowy montażysta odcinków z Connerym, Peter Hunt, nadał „W tajnej służbie…” oryginalny, zaskakujący rytm, wpisując się tym samym w przyśpieszenie kina końca lat 60.

Lubiany powszechnie Roger Moore wydaje się współodpowiedzialny za doprowadzenie serii w latach 80. na wyżyny tandety. Coś w jego kreacji – zbyt wyluzowanej, uśmiechniętej, jajcarsko-dżentelmeńskiej – sprawiało, że przyciągał kicz jak magnes. Nie dotyczy to „Szpiega, który mnie kochał”, najlepszego odcinka z Moore’em, ale już „Tylko dla twoich oczu, „Ośmiorniczka” i „Zabójczy widok” to Bondy wywołujące niekiedy zażenowanie. Nie tylko dlatego, że w jednym z nich Moore przebiera się za klauna i maluje na biało, próbując rozbroić w cyrku bombę (Bondy to cykl bardzo „bombowy” – aż trudno zliczyć, ile pojawia się ich we wszystkich filmach), a wcześniej podpływa na spotkanie ukryty w zielonej atrapie krokodyla.

Późny Moore to test ostateczny dla miłośników serii – jeśli zniesiesz filmy, w których zbliżający się do sześćdziesiątki aktor porusza się dużo mniej dynamicznie niż 15 lat wcześniej, ale ma za to coraz młodsze partnerki, to zasłużysz na certyfikat oddanego fana. W „Zabójczym widoku” ma 58 lat i widać wyraźnie, że w każdej scenie akcji zastępowany jest kaskaderami. To fascynujący moment w rozwoju cyklu, bowiem wypierana dotąd kwestia – wiek i starzenie się 007 oraz aktorów, którzy się w niego wcielali – wysuwa się tu na plan pierwszy, choć wciąż pozostaje niewysłowiona. „Zabójczy widok” jest dziwny nie tylko dlatego, że Christopher Walken gra w tym filmie socjopatę i ofiarę nazistowskich eksperymentów medycznych, a idiotyczna intryga zakłada wywołanie wstrząsów tektonicznych i zalanie Doliny Krzemowej (tak, już w 1985 roku było to jedno z technologicznych centrów świata!). Jeszcze dziwniejsze i wywołujące dyskomfort są dźwięki wydawane przez Moore’a, kiedy ktoś go uderza. Albo przypomnijcie sobie scenę, w której Bond z trudem próbuje się utrzymać na drabinie samochodu strażackiego, uciekając wraz z partnerką przed policją i demolując przy okazji połowę San Francisco. Jęki i ściśnięte okrzyki, jakie słyszymy na ścieżce dźwiękowej, brzmią dosyć żałośnie. Aż trudno uwierzyć, że w ciągu zaledwie 20 lat seria przeszła metamorfozę od zgrabnych dreszczowców z dojrzałym Connerym do rozwlekłej wiązanki atrakcji z próbującym zapomnieć o własnej emeryturze Moore’em. Dlaczego zatem niedomagający Bond nie wylądował w końcu na śmietniku historii?

Wskrzeszenie i reanimacje

Bondy porządkujemy zwykle według kolejnych odtwórców roli 007; zapominamy o tym, kto je reżyserował. Nie jest to aż takie istotne – ten cykl to znakomity przykład pracy zespołowej. A jednak uważny widz dostrzeże przesunięcia akcentów i wpływ reżyserskiej ręki na kształt kolejnych odcinków. Przykładowo, przeciętne lata 80. zawdzięczamy między innymi Johnowi Glenowi, który podpisał wszystkie odcinki z tej dekady, od „Tylko dla twoich oczu” (1981) po „Licencję na zabijanie” (1989), czyli drugi i ostatni film z Timothym Daltonem. Znakiem firmowym Glena były ptaki niespodziewanie wylatujące z zakamarków ścian, po których wspinał się Bond. Przyznajmy – nie jest to szczególnie podniecający autorski podpis. Bondy Glena mają nierówne tempo, są za długie i pozbawione formalnej inwencji. Był to najbardziej nijaki z reżyserów serii – dziw bierze, że producenci dali mu pod opiekę aż pięć epizodów.

Przypadek Glena mówi nam coś jeszcze: w przypadku uniwersum 007 poszczególni twórcy mają sporą swobodę działania. Szarmancki, lubujący się w luksusie Terence Young zaproponował inną wizję niż skory do zgrywy Guy Hamilton. Lewis Gilbert od „Szpiega, który mnie kochał” i „Moonrakera” miał inną rękę i pomysły niż eks-montażysta Peter Hunt. Czy w przypadku scenarzystów też możemy mówić o śladach, jakie odcisnęli na serii? Tutaj sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, bo do szesnastego odcinka włącznie za prawie wszystkie fabuły odpowiedzialny (lub współodpowiedzialny) był Richard Maibaum – dokładne prześledzenie wkładu autorskiego w rozwój serii wymagałoby drobiazgowej kwerendy, a i tak przecież nad wszystkimi twórcami górowali mocno kojarzeni z serią producenci, Harry Saltzman i Albert „Cubby” Broccoli.

Kolejni twórcy unowocześniają Bondowską formułę, która w swoim jądrze jest archaiczna i wyczerpuje się średnio raz na dekadę

Ciągłość Bondowskiej serii zapewniło to, że potrafiła ona poradzić sobie z nieuniknionymi zmianami: kompozytorów i scenografów, aktorów i producentów, reżyserów i operatorów. Nie chciałbym sugerować tutaj perspektywy ewolucyjnej, ale wskrzeszenie Bonda w zupełnie nowej formule nastąpiło w 1995 roku, kiedy Pierce Brosnan skoczył na bungee z tamy w otwierającej scenie „GoldenEye” Martina Campbella. Był środek najntisów, pół globu rozkoszowało się złudnym poczuciem, że niedawno nastąpił koniec historii i czeka nas już tylko globalny marsz kapitalizmu i demokracji. W „GoldenEye” – zimnowojennym Bondzie po zimnej wojnie – nowy porządek ściera się jeszcze z widmami komunizmu. Jedna ze scen dzieje się w Sankt Petersburgu na dosłownym śmietniku historii – w parku złożonym z obalonych komunistycznych pomników i przewróconych czerwonych gwiazd. M (w tej roli po raz pierwszy kobieta, Judi Dench) mówi zresztą agentowi wprost, że jest dinozaurem i reliktem poprzedniej epoki. Bond i tak pewnie miał się błogo, bo nie wyrósł mu jeszcze pierwszorzędny konkurent, czyli seria „Mission: Impossible” – w kategorii szpiegowskiej rozrywki niejednokrotnie deklasująca 007.

W „GoldenEye” spotkali się nowi aktor, reżyser, scenarzyści, kompozytor i autor sekwencji z napisami (scenograf, Peter Lamont, pozostał ten sam). Był to udany reset – po latach pozostaje to jeden z moich ulubionych filmów o 007. Reżyser Martin Campbell dokonał 11 lat później drugiego nowego otwarcia. Kiedy „Śmierć nadejdzie jutro” z Brosnanem osiągnęła, tak charakterystyczne dla Bondowskiej sinusoidy, szczyty przekombinowania (lodowy pałac i niewidzialny samochód, a to tylko czubek góry, nomen omen, lodowej), wrócił, by wyreżyserować „Casino Royale” – jeden z tych bardziej mięsistych, „realistycznych” Bondów, z debiutanckim udziałem Daniela Craiga (pamiętacie, jak nieżyczliwi śmiali się, że Craig przypomina Putina? Po „Skyfall” z 2012 i „Spectre” z 2015 nie śmieje się już chyba nikt).

Nie czas umierać

Czekając na premierę piątego odcinka z Craigiem, „Nie czas umierać”, opóźnioną z powodu koronawirusa, próbuję dogadać się sam ze sobą i obronić własną słabość do tego cyklu. W 2022 roku kinowemu Bondowi stuknie 60 lat. Maszynki do zarabiania pieniędzy, które stoją na dwóch nogach przez tyle dekad, godne są szacunku. Patrzę dziś na tę franczyzę jak na kino drobnych przyjemności i rytuałów. Nieusuwalne elementy cyklu, w tym piosenka tytułowa i starannie zaprojektowane napisy początkowe, pozwalają szybko wejść w każdą kolejną historię, zapewniają poczucie stałości i dają obietnicę wiecznego powrotu. „Serialowy” charakter serii ma jednak epicki wymiar – rozciągnięty na dekady, zróżnicowany stylistycznie. Bondy to wariacje pisane przez bardzo powolnego kompozytora, który co kilka lat dokłada nowy utwór do pozostałych.

W związku z tym cykl stał się wysoce autorefleksyjny: nowe odcinki są bardziej zanurzone w przeszłości niż teraźniejszości, a za każdą sceną akcji i rozmowy czai się pytanie: jak zrobić to tak, żeby wyglądało „jak u 007”? Cykl rozmawia sam ze sobą, więc trzeba być widzem naprawdę rozsmakowanym w zmierzchu i epigoństwie, żeby docenić operowy bezsens „Spectre” Sama Mendesa, nurzającego się w Bondowskich znakach i tropach sprzed dekad – to mój kandydat na nieudane arcydzieło serii. Znakomity tytuł „Nie czas umierać” brzmi jak maksyma, jaką od lat kierują się twórcy. Unowocześniają oni formułę, która w swoim jądrze jest archaiczna i wyczerpuje się średnio raz na dekadę (w wielu filmach Bond musi wręcz udowadniać szefom i rządowi, że nie jest zbędny, że cyfryzacja świata szpiegowskiego nie zastąpi jego fizycznych działań w terenie).

„Nie czas umierać” Cary’ego Joji’ego Fukunagi, który zasłynął przede wszystkim rewelacyjnym serialem „Detektyw”, będzie zapewne kolejnym odświeżającym rozdaniem w historii serii, choć tym razem i budżet, i czas trwania osiągnęły gargantuiczne rozmiary: 250 milionów dolarów i niemal trzy godziny projekcji. Jak widać, Bond jako zjawisko nie przestaje być tym, czym był 50 lat temu, zarówno dla dwunastoletnich widzów, jak i dla twórców: wielką piaskownicą z drogimi, efekciarskimi zabawkami, w której czasem możemy dostrzec połyskujące opiłki wiecznych, jak dobrze wiemy, diamentów.