Jeśli jego przedstawiciele pozwolą określonym siłom politycznym uczynić z religii narzędzie ich interesów, nacjonalizmu i populizmu, stracą najpierw młodzież i inteligencję, a potem stopniowo inne warstwy społeczeństwa.

Przedmowa do polskiego wydania książki „Od podziemnego Kościoła do labiryntu wolności. Autobiografia”, tłumaczenie: Jacek Illg, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020. Tytuł od redakcji

Przedstawiam polskim czytelnikom świadectwo przemian społeczeństwa i kultury w sercu Europy w ciągu siedemdziesięciu lat historii odzwierciedlonych w życiu jednego człowieka.

Nieodłączną częścią mej życiowej historii jest stosunek do Polski. Z uśmiechem wspominam, jak – będąc bardzo małym chłopcem – zrobiłem na grani Karkonoszy parę kroków za słup graniczny i wołałem do rodziców: „Jestem za granicą!”. Kilka lat później byłem na pierwszym dwudniowym wyjeździe zagranicznym w Kłodzku. A gdy po zdławieniu Praskiej Wiosny na dwadzieścia lat zamknęły się przede mną możliwości podróżowania na Zachód, bywałem w Polsce częstym gościem i nawiązałem – szczególnie w Krakowie i Warszawie – wiele inspirujących przyjaźni.

Kilka lat po upadku komunizmu zacząłem co roku w letniej ciszy niemieckiej pustelni pisać książki, które regularnie pojawiały się w księgarniach w okresie świąt Bożego Narodzenia. Myślę, że czas po pięćdziesiątce jest odpowiedni, by się do tego zabrać; człowiek musi najpierw coś przeżyć, przestudiować, pojeździć po świecie i pocierpieć, żeby mieć coś do powiedzenia innym. Nieco później moje książki zaczęto tłumaczyć – dziś istnieją już w osiemnastu obcych językach, łącznie z chińskim, koreańskim i turec­kim. Znamienne, że pierwsze przekłady moich książek były przekładami na polski. W Polsce wydano wszystkie, a dzięki kilku wyborom mych tekstów w języku polskim ukazało się nawet więcej tytułów niż w czeskim.

Kiedy moje książki zaczęto tłumaczyć na język polski, niektórzy znajomi nie wróżyli im sukcesu czytelni­czego. Przecież ateistyczne Czechy i katolicka Polska były zawsze postrzegane jako dwa przeciwne bieguny

Prawdę powiedziawszy, nie uważam języka polskiego za język obcy ani Polski za zagranicę – i to nie tylko z tego powodu, że (również dzięki wieloletniemu słuchaniu polskich audycji Radia Wolna Europa) zrozumienie polskiej mowy nie sprawia mi większych problemów, ale zwłaszcza dlatego, że nauczyłem się – mam nadzieję – rozumieć polską duszę nieco lepiej niż większość mych rodaków. Zawsze starałem się kwestionować zbyt uproszczone stereotypy postrzegania Polaków, a szczególnie polskiego katolicyzmu, w naszym kraju.

Mam żywo w pamięci pewne przeżycie w polskim kościele, do którego wstąpiłem podczas jednego z mych pierwszych pobytów w Polsce. Trafiłem tam na grupę starszych kobiet, odmawiających różaniec przed obrazem Królowej Polski. Tak właśnie wyobrażaliśmy sobie zawsze polski Kościół! Potem jednak przeszedłem przez zakrystię do sali, gdzie młody brodaty dominikanin dyskutował z liczną grupą studentów o współczesnej francuskiej literaturze i filozofii. Uświadomiłem sobie, że dzięki sile ludowego Kościoła możliwe jest w Polsce coś, co u nas dopiero powoli się rozwijało w postaci seminariów domowych, samizdatu i latającego uniwersytetu. Potem pojechałem do Lasek pod Warszawą, żeby poznać kolebkę owego „innego polskiego katolicyzmu”, otwartego pod względem kulturowym i ekumenicznym, czerpiącego inspirację z nowoczesnej myśli zachodniej, zwłaszcza francuskiej, katolicką kulturę, z której wyrósł Znak, KIK i „Tygodnik Powszechny”. Z tego środowiska wyszły takie osobowości jak Karol Wojtyła, którego mogłem osobiście poznać i regularnie się z nim spotykać od listopada owego annus mira­bilis 1989 aż do jego śmierci.

W dniu śmierci Jana Pawła II byli w Pradze dwaj moi wieloletni przyjaciele, dominikanie Tomasz Dostatni i Jan Góra. Odwiedzili mnie w domu późną nocą. Pomodliliśmy się za papieża, a potem bardzo długo rozmawialiśmy. Powiedziałem im, że przypuszczam, iż skończył się właśnie wielki rozdział polskiej historii – i historii światowego Kościoła – i trzeba przygotować się do następnego. Jan Paweł II uczynił wielkie rzeczy dla Polski, Kościoła i świata – ale teraz jest w niebie nad nami i na złotych stronicach historii, która jest za nami. Polscy katolicy muszą oprzeć się pokusie, by stać się wiecznymi sierotami, żyjącymi nostalgicznym kultem polskiego papieża. Trzeba sobie uświadomić, że dla wielu Polaków – ale i dla wielu katolików w Czechach, na Morawach i na Słowacji, a prawdopodobnie także w innych ościennych krajach, szczerze kochających słowiańskiego papieża – stał się on centralną ikoną ich pobożności. Teraz trzeba znaleźć dla tej ikony godne miejsce w muzeum wspaniałej przeszłości i w zwolnionej przestrzeni znowu odkryć Chrystusa.

Nadchodzą nowe czasy i chrześcijanie, a zwłaszcza teolodzy, jeśli mają służyć proroczemu posłannictwu Kościoła, muszą analizować znaki czasu, starać się zrozumieć dzień dzisiejszy i to, co nadchodzi, a nie zwracać się z fascynacją ku temu, co minęło. Przypomnijmy sobie ostrzegawczy przykład żony Lota! Chrześcijanie mają być solą ziemi, a nie słupami soli. Iluż kaznodziejów, oczarowanych przeszłością, stało się martwymi słupami soli albo solą, która utraciła swój smak!

Do seminariów duchownych i klasztorów, które w całej Europie pustoszeją, często przychodzą teraz i będą przychodzić kandydaci, którzy swój niepokój i wewnętrzną niedojrzałość kompensują pozorną niezłomnością tradycjona­lizmu

Kiedy moje książki zaczęto tłumaczyć na język polski, niektórzy znajomi po obu stronach granicy nie wróżyli im zbyt wielkiego sukcesu czytelni­czego. Przecież ateistyczne Czechy i katolicka Polska były zawsze postrzegane jako dwa przeciwne bieguny na skali mierzącej religijność w Europie. Co ma wspólnego Praga z Krakowem, morawski Těšín z polskim Cieszynem?

Dzisiaj sytuacja naprawdę gwałtownie się zmienia. Na pytanie, w którym kraju w Europie przebiega obecnie najszybciej proces sekularyzacji, statystyki socjologów dają zaskakującą dla wielu, niemniej jednak jednoznaczną i możliwą do udowodnienia odpowiedź: w Polsce.

Polski Kościół stoi na wielkim dziejowym rozdrożu. Jeśli jego przedstawiciele pozwolą określonym siłom politycznym uczynić z religii narzędzie ich politycznych interesów, nacjonalizmu i populizmu, stracą najpierw młodzież i inteligencję, a potem stopniowo inne warstwy społeczeństwa. Katolicka Polska może w ten sposób przejść równie szybką i drastyczną sekularyzację, jaką kiedyś przeszły Quebec, Hiszpania, Irlandia, a teraz również Włochy.

Prowadzenie wojen kulturowych z niepowstrzymanym procesem przejścia narodów europejskich od współczesnego modernizmu do postmodernistycznego świata globalnego wielokulturowego społeczeństwa jest z góry skazanym na porażkę, bezproduktywnym staraniem, które jeszcze przyśpieszy i pogłębi proces „odkościelnienia” religii. Fundamentalistyczny i nacjonalistyczny katolicyzm bez chrześcijaństwa będzie mieć naturalnie swych krzykliwych zwolenników i poparcie polityczne. Ludzi poszukujących w coraz bardziej skomplikowanym świecie prostych odpowiedzi jest i zawsze będzie wielu. Do seminariów duchownych i klasztorów, które w całej Europie pustoszeją, często przychodzą teraz i pewnie będą przychodzić kandydaci, którzy swój niepokój i wewnętrzną niedojrzałość kompensują pozorną niezłomnością tradycjona­lizmu. A ten jest przeciwieństwem prawdziwej tradycji, żywej rzeki twórczego przekazywania wiary, ciągłej rekontekstualizacji i reinterpretacji. Od tych gałęzi Kościoła nie można oczekiwać, że przyniosą piękne kwiaty i zdrowe owoce.

Swymi książkami staram się zachęcić polskich czytelników do odwagi rozwijania tego innego oblicza polskiego chrześcijaństwa, któremu obcy jest nacjonalizm i fundamentalizm. Gdy na warszawskich ulicach widziałem tłumy zwolenników pewnych sił politycznych, wykrzykujących antysemickie hasła, a równocześnie skandujących „My chcemy Boga”, musiałem zadać sobie pytanie, jakiego Boga chcą ci ludzie. Z pewnością nie tego, którego żydowski rabbi z Nazaretu nazywał swym niebieskim Ojcem.

To strach i brak ufności w Bożą moc rodzą niebezpieczny katolicyzm bez chrześcijaństwa, który pozbawia Kościół wiarygodności i wygania ludzi ze świątyń

Na ten czas dał Bóg Kościołowi papieża, który ukazuje Boga miłosierdzia i solidarności – solidarności z ubogimi, prześladowanymi, z imigrantami. Boga, który prowadzi nas do odpowiedzialności za nasze środowisko naturalne, zagrożone przez ludzki egoizm i chciwość. Boga, którego głos rozbrzmiewa w świątyniach sumienia wyraźniej niż w licznych podręcznikach moralności i prawa kanonicznego.

Ten papież realizuje wezwanie Jana Pawła II, aby Kościół był „domem ze szkła”. Tak, przez otwarte okna Kościoła widać teraz wiele z tego, czego przez dziesięciolecia nie chcieliśmy do siebie dopuścić, a co wielu jeszcze i dziś zakrywa i bagatelizuje, gdyż chcą odwrócić uwagę od tych haniebnych faktów, demonizując świat wokół nas. Najpierw jednak trzeba wygnać demona strachu z naszych myśli i serc.

W moich wspomnieniach opisuję dzień, kiedy odprawiałem (za zamkniętymi drzwiami kaplicy klasztornej w niemieckim Erfurcie) swą mszę prymicyjną i bezpośrednio po niej oglądałem w telewizji intronizację Jana Pawła II. Jako motto swojej służby kapłańskiej przyjąłem wówczas przewodni motyw jego pierwszej papieskiej homilii: „Nie lękajcie się!”.

To właśnie strach i brak ufności w Bożą moc rodzą niebezpieczny katolicyzm bez chrześcijaństwa, który pozbawia Kościół wiarygodności i wygania ludzi ze świątyń. Ale można też inaczej! Dziś także możliwe jest inne chrześcijaństwo, które prowadzi w głąb, goi rany i szerzy radość i wolność.

Chciałbym, aby szczera opowieść o moim życiu – włącznie ze świadectwem mych słabości, prób i wątpliwości – była zachętą do zaufania, że Bóg może ludzką słabość przemieniać w siłę.