Emaus uczy nas, że tam, gdzie – jak się wierzy – wszystko zostało stracone, można odnaleźć drogę.

W jednym z ostatnich akapitów książki pt. „Życie Jezusa” Mauriac pisał: „Komu z nas gospoda w Emaus nie jest bliska? Któż z nas nie szedł tą drogą pewnego wieczoru, kiedy wszystko zdawało się stracone? Chrystus w nas umarł. Odebrał Go nam świat, odebrali filozofowie, uczeni i nasze namiętności. Nie było już dla nas Jezusa na ziemi. Szliśmy jakąś drogą. Ktoś szedł u naszego boku. Byliśmy sami, ale nie samotni”[1].

Myślę, że w perspektywie wiary Emaus, do którego w dzień zmartwychwstania zmierzają dwaj uczniowie, a z nimi nierozpoznawalny Jezus, jest doświadczeniem archetypicznym – jednym z takich, w których wielu z nas, a może nawet każdy, może się odnaleźć. Jest tak dlatego, że Emaus jest w pewnym sensie bardzo – jeśli tak można powiedzieć – pojemne. Jest bowiem wieloznaczne – mówi o doświadczeniu utraty i nieobecności Boga, któremu się zawierzyło. Któż z nas nie nosi w sobie takiego doświadczenia, skoro sam Jezus czuł się opuszczony przez Boga (zob. Mt 27,46)?

Mauriac pisze o Chrystusie, który umarł w nas, lecz także o Chrystusie, który został nam zabrany przez filozofów i uczonych, jak i przez nasze własne namiętności. Emaus to nie tylko opowieść o ludziach i Bogu, który odszedł czy też wydaje się, że odszedł, ale także o tych, którzy Boga odrzucili czy też tylko tak im się wydaje. Doświadczenie braku, nieobecności, ukrycia się, odejścia, a nawet – choć przecież tylko pozornej – śmierci Boga chyba jest bliskie każdemu z nas. Pustoszeje mistyczna Jerozolima, która jeszcze tak niedawno była miastem Boga. Uchodzimy z niej czy to do jakiegoś castellum nomine Emaus czy też po prostu „w pole” – byle dalej od miejsca, gdzie został pogrzebany ten Bóg, który wzbudził w nas – jak się okazało – fałszywe nadzieje.

Chrystus z drogi do Emaus to Bóg idący obok, Bóg gotowy, aby się zbliżyć do pogrążonych w smutku uciekinierów, Bóg, który czeka na stosowny moment

Pierwsza lekcja, jaką daje Emaus, mówi, że odejście Boga jest tylko pozorne. Św. Augustyn mawiał: Timeo Deum transeuntem – „Boję się Boga przechodzącego [obok]”. Chrystus z drogi do Emaus to Bóg idący obok, Bóg gotowy, aby się zbliżyć do pogrążonych w smutku uciekinierów, Bóg, który czeka na stosowny moment. Przechodzi obok, można Go nie zauważyć, ominąć, przemilczeć. Ale można Go także przywołać tęsknotą. To właśnie dokonało się na ewangelicznej drodze. Zbliżył się do nich w chwili, gdy o Nim mówili. Jego zbliżanie się jest odpowiedzią na naszą potrzebę bliskości. Trzeba Go do siebie przywołać. Nasz Bóg jest Bogiem gotowym do przyjścia, takim, „Który jest, Który był i Który przychodzi” (Ap 1,8). „On, jedyny Syn, który zawsze przebywa u Ojca, wyszedł na spotkanie pozostałych dziewięćdziesięciu dziewięciu braci. Idzie za nimi, spotyka ich i towarzyszy im, aby zamienić ich wygnanie z ucieczki na pielgrzymowanie”[2]. Nawet jeśli nadal idą w tym samym geograficznym kierunku co dotąd, zmierzają już do innego celu. Droga „od” zmienia się na drogę „do”. „[…] z zamętu, z przerażenia i niepewności, wiedzie tylko jedna droga – droga ku Emaus”[3], ale paradoks Emaus jako miejsca docelowego polega na tym, że to nie ono stanowi prawdziwy cel drogi. Emaus nas uczy, że tam, gdzie – jak się wierzy – wszystko zostało stracone, można odnaleźć drogę.

Nasze Emaus
leży na nieznanym kilometrze drogi
nie naznaczone na żadnej mapie
a przecież czeka gdzieś na trasie
pomiędzy rozpaczą a nadzieją
[4]

Miejsce, które dotąd było celem ucieczki, staje się początkiem powrotu, a to, z którego uciekaliśmy – okazuje się prawdziwym celem wędrówki. Nie da się na nowo kroczyć do Jerozolimy, jak tylko po uprzednim jej opuszczeniu. Wychodzi się z niej samemu, ale wraca się do niej z Panem. „Kiedy dwaj smutni wędrowcy słuchali tego obcego, coś się zmieniło w ich wnętrzach. Nie tylko odczuli przypływ nowej nadziei i radości dotykającej ich najgłębszej istoty, ale również ich kroki stały się pewniejsze. Ten obcy nadał ich wędrówce nowy kierunek. «Pójście do domu» nie oznaczało już tylko powrotu do miejsca, które się kiedyś opuściło. […] Ten obcy nadał ich wędrowaniu nowy sens. Ich puste domy stały się miejscem serdecznego powitania, miejscem, w którym przyjmuje się gości, miejscem, w którym można kontynuować rozmowę tak nieoczekiwanie przez nich podjętą”[5].


[1] F. Mauriac, „Życie Jezusa”, tłum. Z. Milewska, Warszawa 1967, s. 382.
[2] S. Fausti, „Una comunità legge il Vangelo di Luca”, Bologna 2000, s. 837.
[3] Z. Mikołejko, „Emaus oraz inne spojrzenia do wnętrza Pisma”, Gdańsk 1998, s. 26.
[4] K. Wójtowicz, „W drodze do Emaus”, w: tenże, „Droga do Emaus. Wiersze wybrane”, Katowice 1989, s. 140.
[5] H.J.M. Nouwen, Z płonącymi sercami. Medytacja o życiu eucharystycznym”, tłum. S. Obirek, Kraków 1997, s. 32.

Fragment książki ks. Andrzeja Draguły „Emaus. Tajemnice dnia ósmego”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2015