Majowe wybory są przygotowywane nie zgodnie z przepisami, lecz zgodnie z polityczną wolą jednego człowieka, który na zakładnika wziął nie tylko swoją partię i państwo, ale też 30 mln uprawnionych do głosowania obywateli – pisze Michał Szułdrzyński w „Rzeczpospolitej”.

Komentarz „Na krawędzi katastrofy” Michała Szułdrzyńskiego ukazał się 23 kwietnia w „Rzeczpospolitej”. Dotyczy on przygotowań obozu władzy do wyborów prezydenckich, które miałyby się odbyć się – ze względu na pandemię koronawirusa – w formie korespondencyjnej 10 maja. To pomysł prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego. Ustawą pozwalającą na to ma się teraz zająć Senat, mimo to minister aktywów państwowych Jacek Sasin dwa dni temu oznajmił, że Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych już rozpoczęła druk kart wyborczych.

Szułdrzyński nazywa majowe wybory „tak zwanymi wyborami”. „Mówimy dziś nie tylko o niezachowaniu półrocznego okresu, w którym nie wolno zmieniać przepisów przed głosowaniem. Mówimy o sytuacji, w której przygotowania do wyborów odbywają się albo na podstawie przepisów, których nie ma, albo na podstawie lakonicznych zapisów w ustawie, która z założenia miała pomóc przedsiębiorcom przetrwać kryzys wywołany pandemią” – zauważa. „Powstaje także pytanie, czy będą ważne wybory, podczas których wyborcy będą oddawać głos na kartach wydrukowanych bezprawnie” – dodaje.

Publicysta nie zgadza się z głosami, które mówią, że „mamy czas szczególny, a w czasie szczególnym trzeba działać w sposób nadzwyczajny. I że jakoś wybory przeprowadzić trzeba”. „Po pierwsze, to PiS doprowadził swoimi wrzutkami w ustawach antykryzysowych do tego, że mamy dziś prawny chaos. Po drugie zaś, choć rzeczywiście pandemia wymaga szczególnych działań, akurat proces wyborczy winien być przeprowadzony w sposób od A do Zet zgodny z powszechnie akceptowanymi zasadami. Bo tylko wtedy obywatele mogą mieć zaufanie do jego prawidłowości i legalności. Dziś wybory są przygotowywane nie zgodnie z przepisami, lecz zgodnie z polityczną wolą. Co gorsza, jest to zarazem wola jednego człowieka, który na zakładnika wziął nie tylko swoją partię i państwo, ale też 30 mln uprawnionych do głosowania obywateli” – zaznacza dziennikarz.

Jego zdaniem, działania te „prowadzić mogą do uderzenia w samo sedno demokratycznego procesu, w społeczną, polityczną i prawną legitymację mandatu prezydenta RP wybieranego, jak stanowi konstytucja, w wyborach «powszechnych, równych, bezpośrednich i w głosowaniu tajnym»”. Jak podkreśla, „pod tym względem znaleźliśmy się na progu najgłębszego kryzysu od 1989 r.”.

DJ