Nie znajdą dla siebie wiele w tej poezji posiadacze prawdy, i to po obu stronach barykady; ci „zamknięci” w kościołach i dogmatach niczym w twierdzach oraz ci trzymający się z dala od metafizyki, stereotypowo uznający, że wiara jest czymś irracjonalnym.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 3/2019.

Ta literacka miłość wybuchła dość wcześnie. Gdy tylko zacząłem studia polonistyczne, z ciekawości sięgnąłem do późnych tomików Czesława Miłosza, Jarosława Iwaszkiewicza i Tadeusza Różewicza. Całymi nocami zaczytywałem się w „Mapie pogody”, „Muzyce wieczorem”, w „To”, „Drugiej przestrzeni”, w „Płaskorzeźbie” czy „Wyjściu”. Utwory tam zawarte po cichu kształtowały mój pogląd na życie, leczyły – co bywało bolesne – z młodzieńczej naiwności, kazały zadawać pytania o sens. Samemu sobie, niekoniecznie światu.

A jednak w czasie, gdy studiowałem historię literatury, przyznanie się wśród rówieśników do tego, że zajmują mnie przede wszystkich ostatnie tomiki Miłosza, wzbudzało w najlepszym wypadku zaciekawienie, w najgorszym – uśmiech politowania.

Faktem jest, że Iwaszkiewicz, a bardziej jeszcze Miłosz i Różewicz, na długie lata zdominowali poetycką arenę naszego kraju, i być może tym samym – choć to tani argument – dusili rozkwit talentów innych. Wydaje mi się jednak, że nie to (a także nie – momentami nieznośna – megalomania noblisty czy ostatniego ze Skamandrytów) stało się główną przyczyną odrzucenia ich przez młodsze pokolenia. A przynajmniej nie tylko to. Powody niechęci muszą być poważniejsze.

Trudna jest ta mowa

Jest w najgłębszych warstwach tych wierszy coś, co trudno czytelnikowi przyjąć – mniej lub bardziej wprost wyrażona bezlitosna diagnoza ludzkiej egzystencji. A przecież „nie może – zauważał Miłosz w „To” – podobać się ludziom / Ten, kto sięga po zabronione”.

Weźmy Iwaszkiewicza. Miłosz pisał o nim po latach, że był on „zakochany w śmierci” i ulegał „słodkim pokusom ulgi w nieistnieniu”. To prawda, autor „Modlitwy do zmarłej” nie wierzył, że „wszystko jakoś się ułoży”. Osamotniony, schorowany i zmęczony napisał przejmujący wiersz „Stary poeta”, jeden z najpiękniejszych w liryce polskiej. Tłumaczył w nim żonie, że oboje tyle będą znaczyć we wszechświecie, co „te dwie muchy / na parapecie okna / zabite muchozolem”. I dalej:

A kiedy będziemy przed Panem Nicości

już zaraz
nic to nie będzie znaczyło

że byliśmy piękni
że tańczyliśmy na chłopskich weselach
i na królewskich pokojach
i nikt nas nie zapyta
o nasze muchy
o nasze psy
nasze pogubione książki
chustki do nosa

i okulary

Trudna jest ta mowa. W powyższym wierszu-wyznaniu znajdujemy coś autentycznie poruszającego i jednocześnie budzącego sprzeciw. Słowa, które – przynajmniej w młodym, zakochanym w życiu i wciąż naiwnym odbiorcy – powinny wywołać bunt. Jak to?! W obliczu śmierci wszelkie starania i marzenia nic nie znaczą? Na koniec nikt nas nie zapyta o nasze krótkie i długie miłości, o egzotyczne miejsca, do których jeździliśmy na wakacje, o nasze rozwojowe prace, o piątkowe wieczory spędzane ze znajomymi przy piwie?

Rację miał Miłosz, gdy zastanawiał się, jak pokazać wiersze Iwaszkiewicza „Ludziom, co wierzą albo pragną wierzyć / W opatrznościową sensowność historii”. Nieświadomie niemal wszyscy w nią wierzymy. Pragnienie sensu to przecież silna, ludzka potrzeba.

Trudno się zgodzić na nicość. Na to, że – jak pisał w wyśmienitym, krótkim wierszu dedykowanym pamięci Konstantego Puzyny inny stary poeta, Tadeusz Różewicz – na pytanie: „co ze sobą zabrać / na tamten brzeg”, usłyszymy tylko: „nic” i westchniemy: „więc to jest całe życie?”. Życie, w którym zresztą już od początku czekały na nas – jak nazywa je Różewicz – „czte­ry sza­re nie­wia­sty” nieustannie gotowe bawić się z nami w chowanego: Wina, Troska, Brak i Bieda („Pajęczyna”).

Nie żartu, nie śmiechu i nie coraz częstszej wulgarności oczekujemy od poezji, ale autentyzmu i – nie bójmy się tego przyznać – prawdy

Zdaje się, że u kresu drogi Iwaszkiewicz nie miał złudzeń. Umierali bliscy i przyjaciele, ciało odmawiało posłuszeństwa, zaś siła i sprawczość wcale nie znajdowały się po stronie Boga („W kościele”), a jedynie w gestii sztuki, która mogłaby dać poecie „swoje korony” (jak w ostatnim wierszu pt. „Urania”), czyli zapewnić jego dziełom nieśmiertelność. Choć i to wątpliwe. Pozostało ukołysać świat do snu, utrwalić go w wierszu, czyli ozdobie będącej „znakiem śmiertelnych zapasów / Tego co jest odwieczne z tym co jest chwilowe / Znikomej perły z odwiecznym atłasem” („Wiersz”).

O ile Iwaszkiewicz układał „żałobne treści”, o tyle Miłosz starał się bronić przed destrukcją. „W moich wierszach, mimo całej mojej rozpaczy i pesymizmu, są elementy aprobaty świata. Pomimo wszystko” – wyznawał w jednym z wywiadów. Jego próby mogą wzbudzać podziw, występował przecież przeciw – modnym także i dziś – skupianiu się na własnych słabościach i bezmyślnemu nihilizmowi, który nie proponuje nic w zamian. Uznał, że lepiej udawać radość, „chociaż jej zabrakło, / Bo mnożyć skargi byłoby za łatwo” („W czarnej rozpaczy”). Do siebie odnosił zdanie określające Orfeusza: „swoje słowa układał przeciwko śmierci / i żadnym swoim rymem nie sławił nicości” („Orfeusz i Eurydyka”).

Sprzeciwiał się między innymi „żałobnej poezji” Filipa Larkina, bo – jak wierzył – „śmierć nikogo z żywych nie ominie, / Nie jest to jednak temat odpowiedni / Ani dla ody, ani dla elegii” („Przeciwko poezji Filipa Larkina”). W wersach, które można by uznać za deklaracje jego twórczej drogi, pisał:

[…] gdyby nawet prawdą
Było, że z marzeń naszego gatunku
Zostanie tylko ogromny śmiech pustki,
A my jesteśmy oddzielne nicoście
Jak bryłki śluzu na plaży bez granic,
To i tak chwała należy się mężnym,
Którzy do końca zakładali protest
Przeciwko wiarę niweczącej śmierci.
(„Wybierając wiersze Jarosława Iwaszkiewicza na wieczór jego poezji w Teatrze Narodowym w Warszawie”)

Nie wolno przecież pozbawiać ludzi nadziei.

To, czyli nieuchronne

A jednak… Obok ekstatycznych uniesień i pochwały stworzenia pod sam koniec życia poety zaczęły pojawiać się utwory, które świadczyły o ujawnianiu strategii „zacierania śladów”. „To jasne, że nie mówiłem, co naprawdę myślę, / Ponieważ na szacunek zasługują śmiertelni, / I nie wolno wyjawiać, w mowie ani na piśmie / Sekretów naszej wspólnej cielesnej mizerii” – wyznawał noblista w wierszu „To jasne”. Pod spodem zawsze czaiło się TO – „natknięcie się na kamienny mur, / i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom” („To”). Nieuchronne – choroba, śmierć, poczucie daremności – upominało się o poetę.

Jakie więc było jego życie? Sam przyznawał: „Dziwne i niezrozumiałe”, „niemożliwe”, ale „znoszone”. „Miałem zamiary, motywacje, coś postanawiałem, coś wykonywałem, ale z odległości tamten człowiek wydaje się istotą irracjonalną i absurdalną. Zupełnie jakby nie tyle działał, ile był działany przez posługujące się nim siły” – notował w utworze „Po podróży”. To nie mogło się podobać czytelnikom wierzącym, że SAMI kształtują swoje życie, rozwijają się, realizują kolejne cele i plany. Zamiast pochwały samorealizacji, u Miłosza znajdowali przeświadczenie, że jesteśmy „igraszką sił chichoczących” („Głowa”), pozostajemy „jak uśpiony teatr marionetek, którego lalki leżą na płask w plątaninie swoich sznurków i nie dają pojęcia o tym, czym było przedstawienie” („Po podróży”). Człowiekowi, który doświadczył bólu i śmierci, także najbliższych, naiwnością musiała wydać się wiara w to, że wszystko w życiu zależy tylko od nas. Naiwnością, z której się wyrasta, najczęściej po dotkliwym zderzeniu z rzeczywistością.

Do podobnego jak Iwaszkiewicz, Miłosz i Różewicz przekonania o bezradności człowieka wobec nieuchronnego dochodziła w swoich utworach również Wisława Szymborska. Wystarczy wspomnieć wersy z „Kota w pustym mieszkaniu”: „Ktoś tutaj był i był, / a potem nagle zniknął / i uporczywie go nie ma” oraz dodać do nich początek jej „Metafizyki”: „Było, minęło. / Było, więc minęło. / W nieodwracalnej zawsze kolejności, / bo taka jest reguła tej przegranej gry”. Tyle tylko, że noblistka posługiwała się chętnie – obok błyskotliwego konceptu – ironią, czyli tak lubianą przez nas bronią, która pozwala ukryć strach lub słabość. Pozbawieni jej starzy poeci pisali o swoim bólu wprost i całkowicie serio (być może właśnie oni byli ostatnimi, którzy wielkie pytania o sens zadali na poważnie), bez masek (choć nie bez dystansu), trochę zapominając, że w ten sposób dziś już się nie pisze, że wzniosłość – tak w życiu, jak i w literaturze – została zastąpiona przez sarkazm i pustą błazenadę (ten zarzut akurat nie dotyczy Szymborskiej). A przecież to nie żartu, nie śmiechu i nie coraz częstszej wulgarności oczekujemy od poezji, ale autentyzmu i – nie bójmy się tego przyznać – prawdy.

W ziemi Ulro

Wróćmy do starych poetów. Miłosz doskonale wiedział, że Iwaszkiewicz ze swoim westchnieniem „nic to nie będzie znaczyło” nie mylił się zbytnio, wyciągał bowiem logiczny wniosek z materialistycznej rzeczywistości, która zrezygnowała z poszukiwania sensu lub próbowała go znaleźć w ułudach widzialnej rzeczywistości.

Autor „Doliny Issy” zdawał sobie sprawę, że sam – dając wyraz swoim metafizycznym czy ściślej: teologicznym zainteresowaniom – ustawiał się w niszy polskiej kultury. W 1977 r. diagnozował, że zachodnia kultura znalazła się w ziemi Ulro, krainie wyzbytej religijnej wyobraźni. Miało to swoje konsekwencje.

Zdaniem Miłosza uświadomił je współczesnym choćby Samuel Beckett, który „ogłosił to, co jeszcze w dziewiętnastym wieku znane było tylko nielicznym, co sarkastycznie wyraził Nietzsche, wołając do Europejczyków: «cóż to, zabiliście Boga, i myślicie, że ujdzie to wam bezkarnie?». Teraz w skali masowej nastąpiło uświadomienie sobie nowej sytuacji metafizycznej człowieka, którą określa, dużymi literami wypisane: NIE MA. Żadnego głosu przemawiającego ze wszechświata, żadnego zła i dobra, żadnego spełnienia oczekiwań i żadnego Królestwa. Osoba ludzka dumnie pokazująca na siebie palcem: «ja» też okazała się ułudą, bo to tylko wiązanki refleksów okryte jedną epidermą. Miłość okazała się ułudą, przyjaźń okazała się ułudą, bo żeby istniały, musi istnieć jakiś sposób porozumienia, a gdzież on, jeżeli język jest tylko bełkotem utwierdzającym samotność każdego? A cóż ostaje się wśród tego ogromnego NIE MA? Tylko czas, czas absolutny, pędzący znikąd donikąd, mierzony stopniowym zniszczeniem w komórkach organizmu. Wobec czasu, zwiastuna śmierci, cokolwiek człowiek teraz robi, ma wartość jedynie divertissement [zabawy, które miały zagłuszyć świadomość śmierci – przyp. DJ]. Wśród tych divertissement najsilniejsze polegają na rozpamiętywaniu chwil minionych, zanim te chwile i nas samych pochłonie nicość”.

Radykalne spojrzenie. Miłosz chyba najdobitniej z twórców współczesnej literatury podkreślił, że metafizyczna pustka jest czymś druzgocącym, że nie można tak po prostu ze spokojem i samozadowoleniem zgodzić się na życie, które będzie pozbawionym sensu absurdem. Jeśli NIE MA nic POTEM, to nawiązując do jednego z wierszy – co mnie obchodzi, że będą dalej wschody i zachody słońca? I „cóż mają począć ludzie, dla których niebo i ziemia jest za mało i nie mogą żyć, jeżeli nie oczekują innego nieba i innej ziemi?” („Ziemia Ulro”).

Człowiekowi, który jak Miłosz doświadczył bólu i śmierci, także najbliższych, naiwnością musiała wydać się wiara w to, że wszystko w życiu zależy tylko od nas

Podobne wnioski wyciągał Leszek Kołakowski, uznający, że jeśli nie ma Królestwa, życie jest porażką (ton, przyznajmy, bliski późnym lirykom Iwaszkiewicza). Skoro zatem „druga przestrzeń” została nam zabrana, to – znowu Miłosz – „Porysujmy węglem twarze, rozpuszczajmy włosy. / Błagajmy, niech nam będzie wrócona”. „Bez łąk pozaziemskich jak spotkać Zbawienie? / Gdzie znajdzie sobie siedzibę związek potępionych?” – pytał w wierszu „Druga przestrzeń”.

Ale nawet jeśli Boga nie ma, to – zapisywał noblista – „nie wszyst­ko czło­wie­ko­wi wol­no. / Jest stró­żem bra­ta swe­go / i nie wol­no mu bra­ta swe­go za­smu­cać, / opo­wia­da­jąc, że Boga nie ma” („Jeżeli”). Mylą się zatem ci, którzy twierdzą, że w przypadku metafizycznej pustki wszystko jest moralnie dozwolone (tych znowu w praktyce nie ma aż tak wielu…). Puste niebo z niczego nie zwalnia. Nawet, jeśli „trzeba się z tym zgodzić / że Bóg odszedł z tego świata […] że trzeba żyć / bez Ojca”, to trzeba również „żyć godnie na świecie bezbożnym / nie licząc na karę ani nagrodę”, jak uczył Różewicza w „nauce chodzenia” Dietrich Bonhoeffer.

A co z poezją? Wygaśnięcie Absolutu sprawia, że – zauważa autor „Kartoteki” – „mar­nie­je re­li­gia fi­lo­zo­fia sztu­ka / ma­le­ją na­tu­ral­ne za­so­by / ję­zy­ka”. Słowa – kontynuuje poeta – zostały „zużyte / przeżute jak guma do żucia” („Słowa”). Wynika to z określonej, niepopularnej już dziś koncepcji poezji. Według starych poetów ich twórczość staje się – jak chciał Martin Heidegger – poszukiwaniem śladów po bogach, „wędrówką bez końca”, „poszukiwaniem blasku” (oba określenia Adama Zagajewskiego), „skokiem barbarzyńcy, który poczuł Boga” (Julian Tuwim). Poeta nie bawi się ze słowem i z czytelnikiem, nie przelewa na papier własnej irytacji. Staje się kimś pomiędzy Bóstwem a ludźmi. Kimś, kto czeka na natchnienie (niemodne słowo), kto w trakcie pisania jest bezbronny, „odwrócony tyłem do rzeczywistości”, słyszał przecież „oddech wieczności / przyśpieszony / nieregularny” („Poeta w czasie pisania”).

A jeśli nie ma Nikogo, kto mógłby udzielić natchnienia? Różewicz odpowiadał: „W czasie który nastał / po czasie marnym / po odejściu bogów / odchodzą poeci” („Der Tod ist ein Meister aus Deutschland”). Oto naturalna konsekwencja wygaśnięcia Absolutu.

Za wysoko

Były między nimi różnice. Miłosz i Różewicz spierali się przez lata o źródła pochodzenia zła, nie szczędzili sobie w wierszach mniejszych lub większych złośliwości, inaczej też podchodzili do kwestii możliwości języka, który podejmował metafizyczne zagadnienia. Miłosz – choć zauważał, że „katolickie dogmaty są jakby o parę centymetrów za wysoko” – pisał o teologicznych zagadnieniach wprost, bo „pierwsze ma być pierwsze”. Różewicz uważał natomiast, że TO jest niewyrażalne, niemożliwe do ukazania, pozostaje nam zatem położyć „palec na ustach”.

Połączyła ich niechęć do metafizycznej ignorancji. Zarówno dla Miłosza, jak i Różewicza ważniejsze od prostych deklaracji i manifestacji stawało się to, czy metafizyka jeszcze zajmuje ich odbiorców, czy też są już na nią obojętni (jeśli tak, to – jak prognozował Witkacy – zbliżamy się do katastrofy), a to znacznie subtelniejsze rozróżnienie niż proste „wierzę czy nie wierzę”.

Podobne funkcjonuje obecnie w teologii. Jak wyjaśnia Tomáš Halík: „dziś ‒ niejako w miejsce rozróżnienia na wierzących i niewierzących (albo dokładniej mówiąc: ludzi, którzy uważają się za wierzących, i tych, którzy się uważają za niewierzących) ‒ wchodzi jeszcze bardziej podstawowe rozróżnienie na seekers (poszukiwaczy) i dwellers (zadomowionych). Tych pierwszych przybywa, tych drugich ubywa”.

Iwaszkiewicz, Różewicz i Miłosz pisali o swoim bólu wprost i całkowicie serio, bez masek (choć nie bez dystansu), trochę zapominając, że w ten sposób dziś już się nie pisze

Mam nieodparte wrażenie, że nie znajdą dla siebie wiele w tej poezji posiadacze prawdy, i to po obu stronach barykady; ci „zamknięci” w kościołach i dogmatach niczym w twierdzach oraz ci trzymający się z dala od metafizyki, stereotypowo uznający, że wiara jest czymś irracjonalnym. Wnioski, do których dochodzili w swoich refleksjach Miłosz i Różewicz, są niewygodne dla obu tkwiących w samozadowoleniu grup. Formułowali je zresztą pod koniec wieku dwudziestego – tego samego, który brutalnie zachwiał naiwnym przekonaniem o dobroci ludzkiej natury i który odesłał na śmietnik historii naiwną koncepcję, że Opatrzność zawsze i wszędzie zapewni sprawiedliwemu szczęśliwe życie.

Sama wiara jest według poetów trudno uchwytna, niejednoznaczna, dynamiczna, a linia dzieląca ją od zwątpienia pozostaje cienka i przebiega wewnątrz człowieka. „Jedynie wątpiący pozostaną wierni” – zapisywał noblista w „Odzie na 80. urodziny Jana Pawła II”.

Wyrażona w „Traktacie teologicznym” krytyka wobec polskich współwyznawców, którzy „lubili słowa / kościelnego obrzędu ale nie lubili teologii”, dla których maryjne „sanktuaria służą / umacnianiu narodowej ułudy i uciekaniu się pod / Twoją obronę, pogańskiej bogini, przed najazdem / nieprzyjaciela”, sąsiaduje jednak z wyznaniem: „ale jest mi dobrze w modlącym się tłumie. / Ponieważ oni wierzą, pomagają mi wierzyć / w ich własne istnienie, istot niepojętych”.

Z drugiej strony Miłosz stawia sprawę jasno: „Ktokolwiek uważa za normalny porządek rzeczy / w którym silni triumfują, słabi giną, a życie kończy się / śmiercią godzi się na diabelskie panowanie” („Traktat teologiczny”). Odrzucenie wiary, czy szerzej: metafizycznego wymiaru życia – powtórzmy to jeszcze raz – nigdy nie jest zatem niewinne czy błahe, warto o tym pamiętać. Możemy i powinniśmy zrezygnować z kościółkowego języka i naiwnych obrazów, które on ze sobą niesie. Ale niewskazane – zdaniem noblisty – jest pozbywanie się od razu całej sfery, do której ten język nieudolnie próbuje się odnosić.

 Modlitwy szeptem

Istniała i wciąż istnieje pokusa przyswojenia sobie z późnej twórczości Miłosza i Różewicza jedynie błyskotliwych zdań, takich jak „życie bez boga jest możliwe / życie bez boga jest niemożliwe” (Różewicz), czy „ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę” (Miłosz). Wtedy jednak – zamiast uczucia metafizycznej trwogi – pojawi się, jak trafnie to ujął Sebastian Duda, „przesilona wątpliwość”, czyli postawa, która odrzuca choćby podjęcie trudu opowiedzenia się za wiarą bądź niewiarą.

Przesilona wątpliwość groziła także samemu Miłoszowi, który chętnie odwoływał się do argumentu Iwana Karamazowa o cierpieniu niewinnych. Zapisywał w „Wysokich tarasach”: „Niemożliwe, żeby ludzie tak cierpieli, / kiedy Bóg jest na niebie i koło mnie”. „Jak możesz patrzeć / na równoczesny, miliardokrotny ból. / Myślę, że ludzie, jeżeli z tego powodu nie mogą uwierzyć, / że jesteś, zasługują w Twoich oczach na pochwałę” – wyznawał w wierszu „Alkoholik wstępuje w bramę niebios”. A jednocześnie wciąż wierzył w coś przeciwnego: że „w tym świecie za dużo ohydy i brzydoty, / Więc musi gdzieś być prawda i dobro, to znaczy musi być Bóg” („Religia Helenki”). Ten, który – dodajmy – uwolni poetę od „win, prawdziwych i urojonych” oraz da pewność, że trudził się on na Jego chwałę.

Miłosz chyba najdobitniej z twórców współczesnej literatury podkreślił, że nie można ze spokojem zgodzić się na życie, które będzie pozbawionym sensu absurdem

A Różewicz? Od czasu „Lamentu” jego światopogląd wyraźnie ewoluował i w miejsce demonstracyjnego ateizmu pojawiła się tęsknota, modlitwy szeptane przed zaśnięciem oraz wiara w to, że „bez Jezusa / nasza mała ziemia / jest pozbawiona wagi”, zaś Chrystus „jeśli umarł / zmartwychwstaje / o świcie każdego dnia / w każdym / kto go naśladuje”(„***Dostojewski mówił”). A także zrozumienie dla autora „Idioty”, który gdyby kazano mu wybierać między prawdą a Jezusem, wybrałby Jezusa. Ujmujące pozostaje wyznanie poety, skierowane do papieża Jana XXIII w wierszu „Jest taki pomnik”:

błogosławisz mi
Tadeuszowi Judzie z Radomska
o którym mówią że
jest „ateistą”

ale mój Dobry Papieżu
jaki tam ze mnie ateista
ciągle mnie pytają
co pan myśli o Bogu
a ja im odpowiadam
nieważne jest co ja myślę o Bogu
ale co Bóg myśli o mnie

Przywołany już Kołakowski powtarzał, iż wolno nam wierzyć, że świat naszego doświadczenia nie jest realnością ostateczną. Przecież – jak z kolei podkreślał Witold Gombrowicz – „dla człowieka oszołomionego tajemnicą istnienia każde rozwiązanie jest możliwe”, zaś po nas niekoniecznie zostanie NIC, ale – jak pragnęła tego Julia Hartwig – „niewyobrażalne / i komuś czy czemuś / o tym wiadomo”. Oby…

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 3/2019.