Nie chodzimy obecnie do kościoła, i mimo to ani o jotę nie jesteśmy mniej chrześcijanami. Jak widać nie na tym stoi chrześcijaństwo.

Fragmenty homilii wygłoszonej 29 marca, w V Niedzielę Wielkiego Postu, w kościele św. Salvatora w Pradze

Sytuacja, w jakiej się znajdujemy, wiele nam zabrała i zabierze nam jeszcze więcej. Ale też wiele nam daje. Kto wie, czy jej skutkiem nie będzie to, że będziemy dojrzalsi, a być może także nasza wiara będzie bardziej dojrzała?

O ile pierwszych chrześcijan ludzie rozpoznawali z powodu ich wzajemnej miłości, tak dziś nas, chrześcijan, ludzie poznają po tym, że w niedziele chodzimy do kościoła. I proszę: oto papież jednym pociągnięciem pióra wydał dyspensę, która pozwala nam nie chodzić w niedziele do kościoła. Nawet telewizyjne transmisje nie są obowiązkowe. I mimo to ani o jotę nie jesteśmy chrześcijanami mniej!

Chodzić do kościoła na Mszę, świętować z innymi – to na pewno naturalne i dobre, ale, jak widać, nie na tym stoi chrześcijaństwo.

Dzisiejsze drugie czytanie w formie negatywnej zbliża nas do odpowiedzi na pytanie, na czym chrześcijaństwo jest postawione: „jeśli ktoś nie ma Ducha Chrystusowego, ten do Niego nie należy”. Nie jest tam napisane, że kto nie bierze udziału w obrzędach wielkanocnych albo nie przystąpił do wielkanocnej spowiedzi „ten do Niego nie należy”. Jak widać, czasem się po prostu nie da, a świat ani nasza wiara przez to się nie zawali. Jednak jeśli nie będziemy prezentowali „Ducha Chrystusowego” – Jego stanowiska wobec świata i innych ludzi – wtedy nasza wiara się zawali, a nasze kościoły się rozpadną.

Obecny czas jest być może treningiem przed sytuacją, która może szybko nastać, o ile Kościół – tak, celowo mówię: Kościół, a nie świat – się nie zmieni. Osłabienie wpływu Kościoła nie jest tylko skutkiem jakichś wpływów zewnętrznych. Przestańmy narzekać na tsunami sekularyzmu, materializmu, konsumpcjonizmu czy jak by się jeszcze mogły nazywać te straszydła z umoralniających kazań. Nie da się już nawet tego wszystkiego zrzucić na dekady komunistycznych prześladowań. A już w ogóle nie jest to objaw modernizacji społeczeństwa, w którym postęp i nauka zwyciężają automatycznie nad wiarą i religią, jak nas tego nauczano dawniej w szkołach. Przecież widać to także u nas, że do przestrzeni uwolnionej przez wiarę nie wstąpiła nauka i rozum, ale raczej wszelkiego rodzaju przesądy.

Szukajmy teraz Boga jako źródła siły i inspiracji dla tych, którzy w czasie katastrof nie myślą tylko o sobie, ale ofiarnie pomagają innym

Czasem kryzys religii bywa złotym czasem wiary. Przeciwieństwem zdrowej wiary są wyobrażenia o Bogu, które ateiści tacy jak Freud, Feuerbach albo Nietzsche pomogli nam zdemaskować jako bożki, jako projekcje naszych lęków. To tu znajdujemy wyobrażenia Boga jako istoty siedzącej gdzieś w wygodnym centrum dowodzenia poza światem, która zsyła na nas klęski, miota piorunami zemsty, ale też niezawodnie spełnia nasze postulaty, którymi staramy się Go przekupić czy Nim manipulować.

Nie – takiego boga nie ma. Nie szukajmy Boga jako mściciela. Szukajmy go raczej jako źródło siły i inspiracji dla tych, którzy w czasie katastrof nie myślą tylko o sobie, ale ofiarnie pomagają innym. Bóg działa jako solidarna miłość także w tych, którzy nie znają i nie wzywają Jego imienia. Bóg jest dyskretny i pokorny. Tam, gdzie ludzie w ofiarnej miłości przekraczają sami siebie, tam obecna jest ta bezwarunkowa energia dobra, którą my nazywamy Bogiem.

Ta sytuacja będzie trwała tak długo, aż nie będziemy gotowi na zupełnie inny świat, a my, chrześcijanie, powinniśmy być gotowi na zupełnie inny Kościół. Obłąkane są wyobrażenia, zgodnie z którymi możemy wrócić do tradycyjnej, barokowej religijności. Ale niemniej obłąkane są wyobrażenia, że Kościół musi się jakoś modernizować, unowocześniać i przystosować do właśnie panującej mody. Od lat to powtarzam: kto się żeni z duchem czasu, ten szybko owdowieje.

W dzisiejszych czytaniach brzmi obietnica Pana: „wywiodę was z waszych grobów”. Te słowa przypominają mi inny tekst, nad którym medytuję już od dziesięcioleci, tekst, który od ponad stu lat wielu chrześcijan straszył i okropnie prowokował. To głęboki, filozoficzny tekst filozofa Friedricha Nietzschego o śmierci Boga. Ten tekst był sto tysięcy razy cytowany, ale znacznie rzadziej rzeczywiście czytany, przemyślany, a jeszcze rzadziej zrozumiany. O co tam chodzi?

Nietzsche opowiada o szaleńcu, który w biały dzień z zapaloną latarnią idzie na targowisko i szuka Boga – a ludzie się z niego śmieją. Ale najważniejsze, czego wielu ludzi nie zauważyło, jest to, że w opowieści Nietschego przyszedł on pomiędzy ludzi, którzy w Boga nie wierzyli. Opowieścią o tym, że zabiliśmy Boga, Nietzsche nie prowokował wierzących, lecz ateistów, którzy już w Boga nie wierzyli i już nie kłopotali się tym, żeby go szukać.

Obecny czas jest być może treningiem przed sytuacją, która może szybko nastać, o ile Kościół się nie zmieni

Potem szaleniec idzie prowokować wierzących i wchodzi do kościołów, bo chce tam zaśpiewać requiem dla martwego Boga. A kiedy go wyprowadzają, pyta się, czym te świątynie są oprócz tego, że są grobami martwego Boga.

Tak, wyobrażenie Boga, które było wynikiem lęków i określonych warunków społecznych, jest już martwe, choć wielu chrześcijan próbuje je uparcie reanimować.

Dziś słyszymy obietnicę Pana: „wywiodę was z waszych grobów”. Pan nas dziś wyprowadza ze świątyń i daje nam możliwość zupełnie innego przeżycia świąt Wielkiej Nocy. Bóg chce chyba od nas więcej niż tylko tego, abyśmy zamienili prezbiterium kościoła na mszę w telewizji.

Czytanie o pustym grobie będziemy prawdopodobnie czytać w domach, a nie w kościołach. Nie powinniśmy się nad tą pustką Grobu, podobnie jak pustką kościołów, koncentrować tak bardzo, abyśmy nie dosłyszeli głosu z nieba: „Nie ma Go tu”.

Wybór i tłumaczenie Tomasz Maćkowiak