Po wybuchu wojny nie podjął pracy we władzach emigracyjnych, ale z ambasadora ochoczo przeobraził się w żołnierza.

Przez Danię, Szwecję i Łotwę Józef Lipski udał się do Polski, by złożyć ostatni raport ministrowi spraw zagranicznych. Do Wilna przybył 8 września 1939 r. Po wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich, 18 września przeszedł granicę rumuńską i przez Bukareszt i Belgrad udał się do Francji. Był obecny w Paryżu przy objęciu funkcji prezydenta RP przez Władysława Raczkiewicza oraz powołaniu premiera Władysława Sikorskiego.

Wówczas zdecydował się na zaskakujący krok. Nie podjął pracy we władzach emigracyjnych, tylko zgłosił się do tworzonego we Francji polskiego wojska. Aby zrozumieć wagę tej decyzji, trzeba sobie uświadomić, że Józef Lipski miał wtedy 44 lata, był świeżo po ślubie (14 października 1939 r. w Paryżu ożenił się z Anną Rosset z domu Moszyńską) i nie miał wcześniej żadnych doświadczeń wojskowych – podczas I wojny światowej studiował przecież w Szwajcarii, bezpośrednio po niej zaczął pracę w dyplomacji. Był jednak zdecydowany walczyć z Niemcami.

Podczas swojej ostatniej rozmowy z Göringiem Lipski powiedział mu, że jeśli do wojny dojdzie, to on zgłosi się na ochotnika do wojska, by móc strzelać do niemieckich samolotów. „Będę do was strzelał, jak do kaczek” – stwierdził

Jako szeregowiec rozpoczął naukę w polskiej podchorążówce. Dostępne wspomnienia pokazują, że Lipski ochoczo z ambasadora przeobraził się w żołnierza. „Przez sześć miesięcy podchorążówki wykazał siłę woli i charakter, wytrzymując okropne warunki mieszkaniowe, gnieżdżąc się na kwaterach, przeważnie poddaszach domków bretońskich w czasie wyjątkowo surowej zimy 1939/40 i odbywając przeszkolenie w polu przy silnym mrozie, zawiejach i deszczach”. Mimo że w szkole był najstarszy, ukończył ją na 17 miejscu (na 122 podchorążych). Zaproponowano mu pozostanie w szkole w roli instruktora, nie zgodził się jednak na to, wobec czego został wcielony do polskiej I Dywizji Grenadierów.

Dywizja brała udział w obronie linii Maginota. Lipski zaliczył wówczas znamienny epizod. Podczas swojej ostatniej rozmowy z Göringiem – gdy ten groził, że jeśli Polska nie zgodzi się na żądania Hitlera, zostanie zamieniona w gruzy przez samoloty Luftwaffe – Lipski odpowiedział, że jeśli do wojny dojdzie, to on zgłosi się na ochotnika do wojska, by móc strzelać do niemieckich samolotów. „Będę do was strzelał, jak do kaczek” – stwierdził. Otóż podczas walk nad Albą Niemcy wysłali na polską jednostkę samoloty. Jeden z żołnierzy wspomina: „Nie mieliśmy obrony przeciwlotniczej. Zaimprowizował ją Józef Lipski, strzelając wraz ze starszym ułanem Waliłką z cekaemu do samolotów, z niezasłoniętego od odłamków bomb stanowiska – sposobem myśliwskim – jak strzela się do kaczek”. Strzały były celne – jeden z samolotów został strącony.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, wiosna 2020

„Więź”, wiosna 2020

Kup tutaj