Przełóżmy wybory prezydenckie – chyba że chcemy rozpadu więzi społecznych i wojny wszystkich ze wszystkimi.

Tekst powstał w ramach programu „Polacy 2020 – nowe podziały, nowa solidarność?” prowadzonego przez Laboratorium „Więzi” (część projektu Oczyszczalnia).

Różne już pojawiały się argumenty, w myśl których wybory prezydenckie – zaplanowane na 10 i 24 maja br. – nie powinny odbyć się w tym terminie, lecz zostać przełożone na później. Większość z nich do mnie przemawia, ale i tak sądzę, że na kwestię terminu wyborów warto spojrzeć w perspektywie nieco innej niż bieżąca polityka.

Zacznę jednak od przywołania trzech przykładów wskazujących, że w dyskusji o zmianie daty wyborów chodzi o coś więcej niż tylko osobiste sympatie polityczne.

Nie tylko opozycja

Nawet w kręgach (bardziej lub mniej, ale jednak) bliskich obozowi rządzącemu pojawiają się bowiem poważne wątpliwości co do sensowności nacisku na utrzymanie terminu 10 maja. 

Oto republikański Klub Jagielloński poświęcił kilka bardzo poważnych analiz kwestii (nie: czy, ale) jak zmienić termin wyborów prezydenckich, zaś jego prezes Piotr Trudnowski nazywa nocną zmianę kodeksu wyborczego przez PiS polityczną bandyterką i podpalaniem państwa (a warto pamiętać, że poprzedni prezes Klubu Jagiellońskiego, Krzysztof Mazur, jest wiceministrem rozwoju w rządzie Mateusza Morawieckiego).

Opóźnienie wyborów prezydenckich jest działaniem w interesie dobra wspólnego, a nie partykularnych interesów

Oto długą listę trudnych do spełnienia warunków, niezbędnych do profesjonalnej organizacji wyborów w tym trudnym czasie, przedstawia nawet publicysta najściślej związanego z rządzącymi portalu wPolityce.pl, określając wszystkie piętnaście kwestii jako „absolutnie fundamentalne i priorytetowe”.

Oto – z całkowicie innej strony ideowej – o spełnieniu przesłanek do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, a tym samym odłożenia wyborów, ale też wprowadzenia szeregu nowych ograniczeń praw obywatelskich, mówi konstytucyjny strażnik tych praw, odległy od rządzących, Adam Bodnar (ze świadomością, jak jest to ryzykowne, ale jednak…).

Jeśli padają takie głosy, to znaczy, że refleksja nad zmianą terminu wyborów nie jest tylko dramatycznym pomysłem opozycji na zwiększenie szans jej nieporadnych kandydatów w konkurencji z Andrzejem Dudą – jak to przedstawiają czołowi politycy Prawa i Sprawiedliwości.

Opóźnienie wyborów prezydenckich jest działaniem w interesie dobra wspólnego. Właśnie ten aspekt wydaje mi się najważniejszy. Chodzi tu bowiem o coś jeszcze ważniejszego niż tylko (skądinąd arcytrudne) przekroczenie logiki myślenia partyjnego. Chodzi o spójność polskiego społeczeństwa. Żeby nie tylko ktoś jeden rządził przeciwko komuś innemu – albo odwrotnie.

Wirus wyborczych podziałów

W naszym głęboko spolaryzowanym społeczeństwie nieuchronnie wkrótce pojawią się nowe rysy i problemy. Im bliżej świąt wielkanocnych i zapowiedzianego końca okresu przedłużonej ogólnonarodowej kwarantanny, tym częstsze będą akty łamania obowiązujących ograniczeń.

Tysiące osób stracą pracę. Ludziom będzie się kończyć i cierpliwość do siedzenia w domu, i środki finansowe pozwalające na bezpiecznie funkcjonowanie. Nie jest wykluczony krach systemu opieki zdrowotnej, choćby przez zamykanie „zawirusowanych” szpitali czy ich kluczowych oddziałów. Zaczną pojawiać się pierwsze przypadki śmierci spowodowanej rezygnacją z działań medycznych w przypadkach innych niż koronawirus (o tych wszystkich niebezpieczeństwach pisał tu kilka dni temu Andrzej Jędrzejowski).

Jeśli w takiej sytuacji władze będą musiały przedłużyć obowiązywanie tzw. stanu epidemii na czas po świętach wielkanocnych (a trudno mi wyobrazić sobie inną możliwość, patrząc na rozwój pandemii w innych krajach), można spodziewać się znaczącego wzrostu niepokojów społecznych. Wyobraźnia socjologiczna podpowiada, że coraz częstsze będą akty łamania prawa, wzrośnie drobna przestępczość, itd. Wkrótce podzielone polskie społeczeństwo stanie się jeszcze bardziej podzielone, wedle nowych linii napięć. Może dojść do anarchii, narastania egoizmów, walk w sklepach o brakujące towary, braku odpowiedzialności za innych, drastycznego spadku zaufania wzajemnego, rozpadu norm społecznych – czyli do stanu społecznego zwanego anomią.

Wkrótce podzielone polskie społeczeństwo stanie się jeszcze bardziej podzielone. Może dojść do anarchii, narastania egoizmów, walk w sklepach o brakujące towary, rozpadu norm społecznych

Odpowiedzialni przywódcy powinni w takiej sytuacji minimalizować okazje do narastania napięć. A wybory prezydenckie miałyby efekt dokładnie odwrotny! One powodują w Polsce największy wzrost emocji politycznych. Cieszą się bowiem najwyższą frekwencją i – doprowadzając do wyraźnej personalizacji różnic politycznych – zaostrzają polaryzację.

Stan społecznej walki z pandemią koronawirusa to czas, w którym władze publiczne powinny dążyć do redukowania emocji i budowania koalicji wokół wspólnych koncepcji praktycznego działania. Wybory w maju to drugi zabójczy wirus. Niemal pewne jest, że wprowadzenie wirusa wyborczych podziałów w zmęczone ogólnonarodową kwarantanną społeczeństwo zaowocuje niekontrolowalną wojną wszystkich ze wszystkimi.

Brak woli politycznej

Niestety, po przegłosowaniu przez PiS zmian w kodeksie wyborczym – w środku nocy, w niekonstytucyjnym trybie i bez składania w parlamencie żadnych wyjaśnień – nie uwierzę w żadną dobrą wolę kierownictwa tej partii w kwestii terminu wyborów. Nie ma się też co łudzić, że Nowogrodzka zmieni zdanie pod wpływem protestów w mediach i w internecie. Na Jarosławie Kaczyńskim wrażenie robią jedynie masowe demonstracje uliczne – a te obecnie są równie zakazane, co byłyby nierozsądne.

Widzę zatem tylko trzy możliwe czynniki, które potencjalnie mogłyby doprowadzić do przesunięcia terminu wyborów na późniejszy. Zaistnienie dwóch z nich jest jednak mało realne, a pojawienie się trzeciego byłoby fatalne.

Scenariusz 1: Duda dobrej woli

Po pierwsze, teoretycznie sam Andrzej Duda mógłby wyjść z autorską inicjatywą w kwestii terminu wyborów – pod hasłem dania równych szans innym kandydatom.

W tym celu urzędujący prezydent musiałby uznać, że obecnie on sam wciąż przemawia, motywuje do działania, pochyla się z troską, składa gospodarskie wizyty, obiecuje wsparcie większe niż chce dać rząd, ma nawet ekskluzywny wstęp do kaplicy jasnogórskiej. Żaden inny kandydat nie ma natomiast szans, by nawet pomarzyć o tak szerokich możliwościach kontaktu z potencjalnymi wyborcami. Internet przecież nie zastąpi im klasycznych form kampanijnych – zresztą w dobie algorytmów rządzących mediami społecznościowymi kandydaci trafiają głównie do swoich dotychczasowych zwolenników, a w demokratycznej debacie powinni przecież móc przekonywać także nieprzekonanych.

Scenariusz „Duda dobrej woli” jest jednak bardzo mało prawdopodobny, gdyż dotychczas prezydent nie sprawiał wrażenia zakłopotanego swymi oczywistymi przywilejami, lecz skwapliwie z nich korzystał.

Scenariusz 2: Episkopat dobrej woli

Po drugie, można sobie – choć z jeszcze większym trudem – wyobrazić, że z sugestią zmiany terminu wyborów, w trosce o dobro wspólne, wystąpi kierownictwo polskiego episkopatu.

Sygnałem, że nie jest to całkowicie niemożliwe, jest czwartkowe stanowisko Rady ds. Społecznych KEP, która zaapelowała do polityków o „ograniczenie i czasowe zawieszenie wszelkiej rywalizacji politycznej”. Gdyby taki apel został dopowiedziany do końca – jako postulat przełożenia terminu wyborów prezydenckich – przez reprezentatywne grono biskupów, partia rządząca musiałaby się do niego odnieść nieco poważniej niż do postulatów opozycji (nie spełnią tej funkcji z pewnością, najmądrzejsze nawet, indywidualne głosy biskupów).

Musiałby jednak chyba stać się cud, aby Prezydium KEP zadziałało inaczej niż uważa PiS. Nieco bardziej prawdopodobne jest, że taki apel mogłaby wystosować Rada Stała KEP, gdyby doszło do jej – realnych lub zdalnych – obrad. Zwołanie Rady zależy zaś od decyzji jednego człowieka: przewodniczącego KEP.

To zatem abp Stanisław Gądecki zdecyduje, czy chciałby nawiązać do dawnych dobrych tradycji, gdy Kościół był nie stroną sporów politycznych, lecz rzecznikiem społeczeństwa. Zważywszy na dotychczasową daleko posuniętą ostrożność przewodniczącego KEP w tego typu sprawach, scenariusz „Episkopat dobrej woli” pozostaje jednak mało realny.

Scenariusz 3: Wirus złej woli

Po trzecie – i to byłby scenariusz fatalny dla nas wszystkich – do przełożenia wyborów może skłonić rządzących niekontrolowany dalszy znaczący wzrost skali zachorowań i, co za tym idzie, przedłużanie kolejnych okresów ogólnonarodowej kwarantanny, a także wzrost lęków czy wręcz paniki w społeczeństwie. Wówczas zapewne minister zdrowia Łukasz Szumowski (skądinąd najjaśniejsza aktualnie postać rządu) wyjaśni, że w trosce o zdrowie obywateli wybory trzeba przełożyć i że zawsze to było brane pod uwagę, tylko liczyliśmy na nieco łagodniejszy przebieg epidemii.

PiS przedstawia się jako przedmurze zagrożonego w Europie chrześcijaństwa. Ale co myślenie w kategoriach wroga ma wspólnego z chrześcijaństwem, które politykę nazywa formą miłości społecznej?

Realizacji tego scenariusza zdecydowanie nam nie życzę, choć jest on bardziej prawdopodobny od dwóch wcześniejszych. Na taką możliwość wskazał zresztą wczoraj prezydent Duda w wypowiedzi dla TVP.

Paradoksem jest tu określenie, którego użyłem dla nazwania tego scenariusza: „wirus złej woli”. Oto bowiem dopiero rozwój pandemii doprowadziłby do przełamania złej woli ze strony rządzących.

Zasada wroga a zasada miłości

I to właśnie jest w tym wszystkim najsmutniejsze. W kręgach elit rządzących zawrotną karierę robi myśl Carla Schmitta oparta na przekonaniu, że bez wroga nie ma polityki, że w polityce wróg jest nawet ważniejszy niż sojusznik. Wbrew tej naczelnej zasadzie polskiej polityki uparcie twierdzę od lat, że siłą napędową demokracji jest wcale nie konflikt, lecz umiejętność rozwiązywania napięć. Takie podejście jest jednak coraz bardziej wołaniem na puszczy.

Prawo i Sprawiedliwość przedstawia swą rolę polityczną jako bycie przedmurzem zagrożonego w Europie chrześcijaństwa. A ja zastanawiam się, co myślenie w kategoriach wroga ma wspólnego z chrześcijaństwem, które politykę nazywa formą miłości społecznej.

W nauczaniu społecznym Kościoła katolickiego naczelnym kryterium oceny życia społecznego jest zasada dobra wspólnego. Już w XIX wieku w encyklice „Rerum novarum” papież Leon XIII uznał zasadę dobra wspólnego za „pierwsze i ostatnie po Bogu prawo w społeczności”. To przez pryzmat służenia dobru wspólnemu katolicy mają więc oceniać różne programy polityczne.

Jak pisał w specjalnym liście bp Jan Chrapek, w imię dobra wspólnego „potrzebna jest nam solidarność nie przeciw drugim, ale za drugich i dla drugich”. W 2001 r. ówczesny biskup radomski przestrzegał: „Jeśli zabraknie jednoczącej siły wspólnego dobra, społeczeństwo nasze będzie stawało się coraz bardziej bezkształtną zbiorowością zatomizowanych jednostek, szukających nie wespół z innymi, ale przeciwko innym realizacji swych własnych, indywidualnych interesów” (więcej w moim tekście „Ewangelia społeczna według Chrapka”). Niestety, tak się właśnie dzieje obecnie – z tą smutną różnicą, że do realizacji swoich interesów dąży nie zbiorowość jednostek, lecz cały aparat państwa, zaprzężony w służbę jednej partii. W imię dobra wspólnego trzeba ten proces zatrzymać!

Odłóżmy zatem nieco w czasie te wybory – chyba że chcemy rozpadu więzi społecznych i wojny wszystkich ze wszystkimi. Jeśli polska polityka ma służyć dobru wspólnemu, a nie partykularnemu, przesunięcie terminu wyborów prezydenckich jest obecnie działaniem niezbędnym. Ale czy możliwym?