Z perspektywy człowieka religijnego należy pisarstwo Olgi Tokarczuk uznać za bezcenne.

Był maj 1994 r. Jechaliśmy pociągiem z Budapesztu do Pécs. Spotkaliśmy się po raz pierwszy kilka godzin wcześniej na warszawskim lotnisku, a jednak miałem wrażenie, że znamy się od zawsze. Pewnie dlatego rozmowa nabrała nagle bardzo poważnego charakteru. Nie z każdym daje się bez poczucia śmieszności gadać o tym, czy istnieje Bóg, jaki jest sens życia i czy śmierć to koniec, czy początek czegoś innego. Żyjemy w epoce dość sceptycznej: takie tematy są szalenie ekscytujące i okropnie wstydliwe – jednocześnie.

Miałem wtedy wielomiesięczną chandrę. Rozpadło mi się małżeństwo, zmętniały perspektywy zawodowe; nie bardzo wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Tamta rozmowa o poszukiwaniu jakiegoś wyższego Porządku była niczym otwarcie okna w klaustrofobicznej klitce: doświadczenie zachwycające, ale też trochę niebezpieczne. Zdrowy rozsądek podpowiadał, żeby się mieć na baczności. Ze zdumieniem odkryłem wkrótce w książce mojej nowej znajomej zdanie: „Jakaś część mnie pragnie wierzyć we wszystko, co mówisz, a druga się z tej pierwszej wyśmiewa” („Podróż ludzi Księgi” s. 122). Oddawało ono dokładniej, niż bym chciał, moje ówczesne myśli.

Rozmowa o poszukiwaniu jakiegoś wyższego Porządku była niczym otwarcie okna w klaustrofobicznej klitce: doświadczenie zachwycające, ale też trochę niebezpieczne

Podczas następnych spotkań, czasem częstych, czasem rzadszych, nasze relacje się zmieniły i wyklarowały. Mimo podziwu dla żywego umysłu mojej przyjaciółki – tak o niej lubię myśleć i także po Noblu dostałem na to zgodę – nie wszedłem nigdy w rolę adepta, który już-już, a zacznie powtarzać nauki swojego guru. Czasem się z nią zgadzam, czasem nie. Bywa, że się spieramy. Ale za każdym razem rozmowa z nią jest czymś niebywale inspirującym. Potem przez wiele dni mam o czym myśleć.

Kiedy po nagrodzie Nobla dla Olgi Tokarczuk pojawił się głos ks. prof. Jerzego Szymika – który zachęcając (!) do czytania Tokarczuk, przestrzega jednocześnie przed jej irracjonalizmem i neopogaństwem – i postanowiłem wyjaśnić, dlaczego się z nim nie zgadzam, znalazłem się jednak w nie lada kłopocie. Upublicznianie prywatnych rozmów z pisarką ani nie przystoi, ani też nie jest celowe, skoro inni nie mają do nich dostępu. Podejmując zatem wyzwanie, żeby napisać, „w co wierzy Olga Tokarczuk”, muszę się samoograniczyć. Dlatego biorę pod uwagę jedynie opublikowane teksty noblistki, a dokładniej – żeby nie zostać przygniecionym nadmiarem materiału – jej osiem powieści i jedną książkę eseistyczną. Pomijam opowiadania i teksty publicystyczne (wraz z ich wyborem „Moment niedźwiedzia”, Warszawa 2012). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie czytam ich niewinnie, i że na te, a nie na inne fragmenty zwróciłem uwagę może również z powodów pozaliterackich. Trudno, wyczyszczenie pamięci jest poza moim zasięgiem. Ale unikam niedyskrecji.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, wiosna 2020, pod tytułem „I wtedy będziemy wiedzieli”

„Więź”, wiosna 2020

Kup tutaj