Dlaczego mamy wierzyć Jezusowi? Może dlatego, że sam doświadczył opuszczenia przez Boga, Ojcowskiej nieobecności, samotności Krzyża.

„Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Nie da się nie wyczuć w tych słowach Marty wyrzutu, goryczy, żalu. Tym bardziej, że miała prawo odebrać Jezusową nieobecność jako świadome ociąganie się. Przecież posłały do Niego z wiadomością „Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz”. A Jezus nie przyszedł natychmiast, tak jakby można było się tego spodziewać. „[…] pozostał przez dwa dni tam, gdzie przebywał”. Nietrudno zrozumieć jej żal. Bo cóż to za miłość, która się nie spieszy?

Kiedy czytam dzisiejszą Ewangelię, nie mogę nie wrócić do tej, którą komentował papież Franciszek przed dwoma dniami podczas niezwykłego nabożeństwa na pustym placu św. Piotra. Tamta sytuacja była bardzo podobna. Z jednej strony przerażeni i zmartwieni burzą uczniowie. Z drugiej strony Jezus śpiący jakby nigdy nic. „Trudno zrozumieć postawę Jezusa” – przyznaje papież. To samo wrażenie możemy mieć w odniesieniu do Jezusa, który zamiast zmierzać szybko do Betanii zostaje jeszcze dwa dni w miejscu, gdzie przebywał. W słowach Marty „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł” słyszymy ten sam wyrzut, który tchnie ze słów zaniepokojonych uczniów: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?”. „«Nie obchodzi Cię to» – myślą, że Jezus się nimi nie interesuje, że się o nich nie troszczy” – zauważa Franciszek.

Czy tak samo myślała Marta? Że się nimi nie interesuje? Że się nie troszczy? Skoro przyszedł, to znaczy, że się troszczy, że się interesuje, że kocha. A jednak w jej słowach jest cień goryczy: „Gdybyś tu był…”. To „gdybyś” jest bardzo znamienne. Mówi o czymś, co mogło się stać, ale się nie stało. Łazarz mógł jeszcze żyć. Ale nie żyje. Bo Jezusa nie było. Nie przyszedł. Spóźnił się.

Dobrze znamy to doświadczenie uczniów z łodzi na burzliwym morzu. Dobrze znamy te dni Marty, kiedy się czeka na przyjście Jezusa. Nieobecność Boga jest częstym doświadczeniem człowieka. „Łatwo odnaleźć się w tym opowiadaniu” – mówi papież o historii z Jezusem w łodzi pośród burzy na morzu. W tym opowiadania z dzisiejszej Ewangelii też się łatwo odnaleźć. Bóg śpi, Boga nie ma, Bóg jest nieobecny, Bóg odszedł, a przynajmniej się spóźnia, podczas gdy my toniemy, umieramy, chorujemy, cierpimy.

W dramacie „Draußen vor der Tür” Wolfganaga Borcherta, napisanym bezpośrednio po II wojnie światowej, jego bohater, niemiecki jeniec Beckmann, rozmawia z Bogiem, którego już nikt nie chce słuchać. Beckamann robi wyrzuty Temu, którego ludzie zwykli nazywać „dobrym Bogiem”: „Kiedy tak naprawdę jesteś dobry, dobry Boże? Byłeś dobry, gdy pozwoliłeś na to, żeby mój mały synek, który akurat miał roczek, został rozerwany przez bombę? […] Nie słuchałeś, gdy on krzyczał, a bomby wyły, dobry Boże. A może byłeś dobry, gdy z mojego oddziału zginęło jedenastu ludzi? Tych jedenastu na pewno głośno krzyczało w lesie, ale ciebie tam nie było, ciebie nigdy nie ma, dobry Boże. A może byłeś dobry w Stalingradzie, dobry Boże? Kiedy byłeś dobry, Boże, kiedy? Czy troszczyłeś się kiedyś o nas, Boże?”. Ten literacki tekst bardzo dobrze wyraża niejednokrotnie przywoływany argument przeciwko Bogu: istnienie zła zaprzecza Jego dobroci i wszechmocy. Bo jak Bóg mógł na to wszystko pozwolić? To nie jest pytanie nowe. Słyszymy w nim echo wołania uczniów i wyrzutu Marty.

Doświadczenie Marty i uczniów to nasze doświadczenie. Wydaje nam się, że Bóg odszedł, a przynajmniej się spóźnia, podczas gdy my toniemy, umieramy, chorujemy, cierpimy

Autor dramatu daje na to pytanie odpowiedź, wkładając w usta Boga takie oto słowa: „Nikt mnie nie słucha. Nikt mnie już nie słucha. Jesteście zbyt głośni!”. Luterański teolog z Weimaru prof. Gernot Weirich tak oto komentuje te słowa Boga będące odpowiedzią na wątpliwość o boską bezczynność w obliczu zła: Bóg „nie może na to pozwolić, ale nie dlatego, że pozwolenie byłoby sprzeczne z boskimi przymiotami wszechwiedzy, wszechmocy i dobroci, ale dlatego, że jako wszechwiedzący, wszechmocny i dobry okazał się nieobecny w historii tworzonej przez ludzi”. Wyrzut Beckmanna skierowany do Boga na końcu rozmowy jest znamienny: „Nie boimy się już Ciebie. Nie kochamy Cię. Jesteś nienowoczesny…”. Czy nie to miał na myśli Franciszek, kiedy wołał przed dwoma dniami: „W tym naszym świecie, który kochasz bardziej niż my, ruszyliśmy naprzód na pełnych obrotach, czując się silnymi i zdolnymi do wszystkiego. Chciwi zysku daliśmy się pochłonąć rzeczom i oszołomić pośpiechem. Nie zatrzymaliśmy się wobec Twoich wezwań, nie obudziliśmy się w obliczu wojen i globalnych niesprawiedliwości, nie słuchaliśmy wołania ubogich i naszej poważnie chorej planety. Nadal byliśmy niewzruszeni, myśląc, że zawsze będziemy zdrowi w chorym świecie”? Zbawienie zamieniliśmy na „zbawcze nawyki”, zwraca uwagę papież.

Obie ewangeliczne historie mają – mówiąc współczesnym językiem – happy end. Jezus ucisza burzę na morzu i ratuje uczniów. Wskrzesza przyjaciela Łazarza i zapewne siada z nim do stołu, jak to miał w zwyczaju, bawiąc u przyjaciół w Betanii. Tylko dlaczego tak późno? „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą” – wyjaśnia nam Jezus swoje spóźnienie i całą strategię. A Franciszek dodaje: „bo Boża moc polega na skierowaniu ku dobru wszystkiego, co się nam przytrafia, także rzeczy złych”. Tylko dlaczego wierzyć Jezusowi? Może dlatego, że sam doświadczy opuszczenia przez Boga, Ojcowskiej nieobecności, samotności Krzyża? Że sam zawoła „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. I że wszystko się dobrze skończy? Wszak czekamy na Zmartwychwstanie.

Ale jednocześnie nie da się o jednym zapomnieć. Nie wolno o tym zapomnieć. O tej wątpliwości, którą nosił w sobie poeta, a ja ją noszę wraz z nim: „czemuś mnie opuścił / czemu ja opuściłem / Ciebie” (Tadeusz Różewicz, „Bez”). Bóg nieobecny to Bóg opuszczony.