Greta Gerwig potrafi opowiadać zajmujące historie. Może nie są one nadmiernie skomplikowane, ale zawierają uniwersalne prawdy, w dodatku zostają opowiedziane w inteligentny i pełen czułości sposób – rozmawiają Katarzyna Jabłońska i ks. Andrzej Luter w cyklu „Ksiądz z kobietą w kinie”.

Kobieta: W wywiadach mówi, że jej sposób patrzenia na świat ukształtowały literatura i teatr. A „Małe kobietki” to jej ukochana książka: „Lubiłam – wspomina –zwłaszcza zbuntowaną Jo. Nie potrafię dziś stwierdzić, czy czułam do niej sympatię, bo była podobna do mnie, czy po prostu pewnego dnia uznałam, że chcę być taka jak ona […]. Czułam, że zna moje sekrety. A czytając tę książkę po latach, miałam wrażenie, że pewne rzeczy, które jej się przytrafiły, miały miejsce w moim życiu”.

Ksiądz: (…) W filmie dziewczyny dojrzewają, przeżywają swoje pierwsze bunty, fascynacje, miłości. Każda z nich jest inna, wszystkie obdarzone są artystycznymi zdolnościami, pełne naturalności i młodzieńczej żywiołowości. Jo stawia pierwsze kroki w literaturze, tu próbuje wyrazić swoją niepodległą naturę – nie ma w niej zgody na spychanie kobiet na drugi plan. Buntuje się przeciw obowiązującej wówczas regule, że spełnieniem kobiety – i zwieńczeniem literackiej opowieści o niej – powinno być zamążpójście. „Kobieta na końcu musi wyjść za mąż” – poucza Jo wydawca książek. Jo widzi to inaczej; „Kobiety – przekonuje – mają umysły i dusze, tak samo jak serca. Mają ambicję i talenty, tak samo jak urodę”.

„Małe kobietki” to przede wszystkim wielka pochwała rodziny – siły, jaką daje ona swoim członkom

Jednak walka o niezależność i możliwość samostanowienia nie oznacza w wypadku sióstr Jo i nawet niej samej buntu przeciw instytucji rodziny czy przeciw religii. „Małe kobietki” to przede wszystkim wielka pochwała rodziny – siły, jaką daje ona swoim członkom. Gerwig dopisała do scenariusza filmu fragmenty inspirowane życiorysem Alcott. Dzięki temu, jak twierdzi wielu, z dziewczęcej powieści o dorastaniu reżyserka uczyniła historie o sukcesach i rozczarowaniach ambitnych kobiet w patriarchalnej rzeczywistości. Nie zgadzam się z taką interpretacją, jest zbyt ideologiczna.

Kobieta: Jestem wielką admiratorką tego filmu, ale stwierdzenie, że to historia o sukcesach i rozczarowaniach ambitnych kobiet w patriarchalnej rzeczywistości wydaje mi się, jednak na wyrost.

Siostry March mają z pewnością większą świadomość samych siebie i większe aspiracje niż na przykład bohaterki Jane Austen. Zresztą niemała w tym zasługa reżyserki, która pozwoliła bohaterkom na bardziej współczesną ekspresję swoich przekonań i uczuć – również w relacjach damsko-męskich – niż było to przyjęte w tamtej epoce. Jednak „Małe kobietki” to opowieść, jakich w popularnej literaturze wiele; można nawet powiedzieć: historia dość banalna. Nie mamy tu ani specjalnie pogłębionych portretów psychologicznych bohaterów, ani wnikliwych obserwacji natury społeczno-obyczajowej. W gruncie rzeczy jest to pogodna opowieść o sile rodzinnych i przyjacielskich więzi, o szlachetności i młodzieńczych marzeniach, których zderzenie z rzeczywistością musi zaboleć, ale nie okaże się przecież ani tragedią, ani dramatem. (..)

Ksiądz: Zgadzam się z tobą, Kasiu, że największą siłą tego filmu są perfekcyjne scenariusz i reżyseria. Swoją powieść Alcott napisała „po bożemu”, Gerwig w scenariuszu dała upust wyobraźni i emocjom – pomieszała chronologię zdarzeń, poprzestawiała sceny, ale pozostała wierna duchowi pierwowzoru. Zastosowanie alinearności w opowieści – a nie tak mocno zgranej retrospekcji – wymagało koncentracji na każdym szczególe.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, wiosna 2020

„Więź”, wiosna 2020

Kup tutaj