Ocena działań rządu w czasie pandemii koronawirusa nie jest związana z poglądami politycznymi, ale ze strachem. Osoby odczuwające zagrożenie oceniają decyzje rządzących pozytywnie, a nieodczuwające zagrożenia negatywnie – mówi prof. Michał Bilewicz, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego.

Bartosz Bartosik: Jakie skutki z perspektywy psychologii społecznej przyniesie trwająca pandemia COVID-19?

Michał Bilewicz: Możemy się spodziewać, że ludzie zwrócą się w kierunku własnej tradycji i kultury, w których będą poszukiwali wzmocnienia wobec doświadczenia kruchości życia. Taki dość spójny obraz na temat tego, jak zmieniają się przekonania i społeczne funkcjonowanie człowieka pod wpływem zagrożenia ze strony różnych patogenów – bakterii, wirusów czy grzybów – dają badania psychologiczne przeprowadzone w różnych warunkach kulturowych.

Na czym ten zwrot tradycjonalistyczny może polegać?

– Będzie on miał, a właściwie już ma, dwa oblicza. Z jednej strony zostaną wzmocnione więzi wewnątrz społeczności, które mierzą się z zagrożeniem, a z drugiej nastąpi wzrost niechęci wobec obcych. Ludzie zwrócą się w tym czasie ku bardziej konserwatywnym światopoglądom i tradycyjnemu postrzeganiu ról płciowych. Możemy się spodziewać wzrostu negatywnych postaw przeciwko mniejszościom – seksualnym, narodowościowym i innym. Ogólnie może się podnieść poziom uprzedzeń, choć w tym wypadku wyniki badań nie są całkowicie jednoznaczne.

Coś jednak jest na rzeczy. W zachodnich mediach zaczynają się pojawiać stereotypowe wzmianki na temat Polski – Kaja Puto pisze w „Krytyce Politycznej” o zachodnich intelektualistach, którzy ukazują Polskę w czasach pandemii jako zamknięty, autorytarny kraj alkoholików. Z kolei u nas słychać o wzroście uprzedzeń wobec Ukraińców, zwłaszcza na rynku pracy.

– Już dziś obserwujemy nasilenie postaw i zachowań ksenofobicznych. Zaczęło się od aktów wrogości wobec Chińczyków, które zostały szybko zgeneralizowane na całą populację azjatycką. Wiralowo rozchodzi się w sieci filmik z Łukowa, na którym dzieci atakują Wietnamkę, obrzucając ją przy tym wyzwiskami i oskarżając o szerzenie koronawirusa. Jej prośby o zaprzestanie rzucania kamieniami czy gałęziami drzew tylko wzmagały agresję dzieci. W Połtawie na Ukrainie zaatakowano autobus z osobami, które zwieziono z Chin, by ochronić je przed zakażeniem. W Australii wyrzucono z akademika Koreankę, która od kilku lat nie była w Azji.

Pojawiają się też inne przewidywania wieszczące, że w czasie pandemii nauczymy się nowych form solidarności społecznej i wyjdziemy z tego silniejsi.

– Może się tak stać, choć to zależy od miary, jaką przyjmiemy. Lekcja płynąca ze współczesnych socjologii i psychologii jest taka, że im silniejsze więzy wewnątrzgrupowe, tym większa niechęć do ludzi spoza grupy. Istnieje napięcie między kapitałem społecznym i zaufaniem do innych członków własnego narodu czy wspólnoty a niechęcią do obcych i zamknięciem na innych. Możemy ten stan porównać do modelu zamkniętego, konserwatywnego amerykańskiego miasteczka, w którym każdy jest dla siebie miły i pomocny, a jednocześnie zamknięty na obcych. Z jednej strony przyjemnie mieszkać w takiej miejscowości, a z drugiej –odrzucenie innych niesie ze sobą negatywne konsekwencje na wielu poziomach, włącznie z brakiem innowacji i zastygnięcie w dawnych formach życia społecznego. Sytuacja pandemii i zagrożenia biologicznego prowadzi do rozwoju takich modeli funkcjonowania społeczności ludzkich.

A czy dostrzegasz w obecnej sytuacji analogię do katastrofy smoleńskiej? Myślę o podobieństwie niespodziewanych wydarzeń, które zupełnie zmieniają sposób funkcjonowania państwa przez zachwianie jego strukturą.

– Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to częstotliwość występowania myśli o śmierci i egzystencjalnego napięcia, które pojawia się w sytuacji tragicznych zgonów w jednym momencie liderów państwa, którzy na dodatek reprezentowali jego różne instytucje, a także posiadali różne poglądy polityczne. Myśli o śmierci również gromadzą ludzi wokół tradycyjnie pojmowanej wspólnoty. Z tym że po Smoleńsku, o ile w pierwszych tygodniach widać było próby przełamywania polaryzacji politycznej, o tyle ostatecznie doszło do zabetonowania sceny politycznej podzielonej na dwa obozy, których rywalizacja do dziś wyznacza polityczny rytm życia kraju.

Z jednej strony zostaną wzmocnione więzi wewnątrz społeczności, które mierzą się z zagrożeniem, a z drugiej nastąpi wzrost niechęci wobec obcych

Natomiast dziś sytuacja jest jednak inna, bo ludzie odczuwają lęk nie z powodu politycznego, ale doświadczają zagrożenia na poziomie czysto indywidualnym, które może dotknąć ich i najbliższe im osoby.

Czy jednak obecnie również nie grozi nam rozbicie na dwa wrogo nastawione do siebie obozy? Tym razem nie wzdłuż politycznej linii demarkacyjnej, ale pokoleniowej. Dziś życie starszych – najbardziej narażonych na śmierć z powodu koronawirusa – w dużej mierze zależy od młodszych, którzy raczej przechodzą chorobę łagodniej, ale są jej głównymi roznosicielami.

– Rzeczywiście widzę takie zagrożenie. Jego skala zależy między innymi od polityki instytucji publicznych i politycznych decyzji w sprawie izolacji społecznej, ale także od motywacji obywateli do trzymania się zaleceń władz. Czy będziemy motywowani indywidualistycznie przez lęk przed zarażeniem, czy raczej wspólnotowo przez solidarność z osobami i grupami najbardziej narażonymi? Obawiam się spełnienia tego pierwszego scenariusza.

Czy wyniki badań mówiące o wzmocnieniu światopoglądów tradycjonalistycznych w okresie epidemii przełożą się bezpośrednio na wybory polityczne?

– Wiele na to wskazuje. Niedawno w czasopiśmie „Proceedings of the Royal Society B” wraz z ponad trzydziestoma naukowczyniami i naukowcami z całego świata publikowaliśmy badania, które pokazywały rozwój specyficznego światopoglądu etycznego nazywanego witalizmem moralnym w różnych krajach w obliczu zagrożenia patogenami. Witalizm moralny to postrzeganie świata w kategoriach walki dobra ze złem, przekonanie, że diabeł lub szatan obiektywnie funkcjonują w naturze i są odpowiedzialni za różne zagrożenia. Takie wierzenia są bliskie politycznemu konserwatyzmowi. To wszystko wiąże się również z emocją obrzydzenia, blisko związaną z dyskursem homofobicznym, która jest częściej odczuwana w obliczu zagrożenia bakteryjnego i wirusowego.

Możemy zatem powiedzieć, że badania interdyscyplinarne dają nam silne podstawy do przewidywania, że Krzysztof Bosak i Konfederacja, a jeszcze bardziej Andrzej Duda oraz Prawo i Sprawiedliwość zyskają politycznie na obecnej sytuacji. W tym drugim przypadku czynnikiem wzmacniającym jest dodatkowo tendencja do przywiązywania się do przywódców i autorytetów grupowych w sytuacji zagrożenia biologicznego.

To chyba jednak będzie zależeć od tego, jak rząd i wywodzący się z tego samego obozu politycznego prezydent poradzą sobie z obecnym zagrożeniem epidemicznym.

– Tak, to będzie oczywiście istotny czynnik. Natomiast pierwsze badania Centrum Badań nad Uprzedzeniami pokazują, że ocena działań rządu w czasie pandemii i emocje odczuwane wobec tych decyzji nie są związane z poglądami politycznymi, ale z osobiście odczuwanym zagrożeniem spowodowanym przez koronawirusa. Osoby odczuwające zagrożenie oceniają decyzje rządu pozytywnie, a nieodczuwające zagrożenia negatywnie.

Jak możemy mówić o równości szans kandydatów w wyborach, gdy kampanii wyborczej właściwie nie ma, a jedynym, który ją de facto prowadzi, jest prezydent Andrzej Duda?

Oczywiście, bardzo trudno przewidzieć w tym momencie, co zdarzy się za kilka tygodni. Jeśli na przykład wyjdzie na jaw niewydolność systemu opieki zdrowotnej, zabraknie respiratorów lub towarów w sklepach, to może się okazać, że obywatele odwrócą się od Prawa i Sprawiedliwości.

Liderzy tej partii od dłuższego czasu wypowiadają się przeciwko przesuwaniu terminu wyborów prezydenckich. W końcu w sobotę 21 marca na antenie radia RMF Jarosław Kaczyński jednoznacznie wykluczył takie rozwiązanie, we wtorek premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że nie widzi powodów, by wybory nie odbyły się w terminie. Jak na wyniki wyborów prezydenckich może wpłynąć decyzja o ich rozegraniu właśnie w trakcie pandemii?

– Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że taka decyzja wydaje się sprzeczna z podstawowymi zasadami wolnych, demokratycznych wyborów. Jak możemy mówić o ich równości, gdy kampanii wyborczej właściwie nie ma, a jedynym, który ją de facto prowadzi, jest prezydent Andrzej Duda? Przed kilkoma dniami widziałam na placu przed stacją metra Centrum w Warszawie – zazwyczaj jednym z najbardziej pełnych ludzi miejsc kraju – dwóch wolontariuszy zbierających podpisy pod kandydaturą Krzysztofa Bosaka. Zrobiło mi się ich autentycznie szkoda, bo naprawdę nie było od kogo wziąć tego podpisu, potrzebnego do rejestracji kandydata.

Pamiętajmy też o innym czynniku. Koronawirus jest najgroźniejszy dla najstarszych, będących główną część elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli więc wybory odbędą się w maju, a zatem w czasie, gdy prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z wciąż bardzo dużym ryzykiem zachorowania, to istnieją racjonalne powody, by sądzić że najstarsi obywatele będą chcieli ograniczać kontakty społeczne, a nie ryzykować zdrowiem przy urnach. Paradoksalnie wygrać na tym mogą potencjalnie kandydaci popierani przez młodszy elektorat, jak Robert Biedroń, Szymon Hołownia czy Krzysztof Bosak.

Michał Bilewicz – ur. 1980, psycholog społeczny, publicysta, doktor habilitowany nauk społecznych, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW oraz wykładowca na Wydziale Psychologii UW.